parallax background

Niezapomniana przygoda na dwóch kółkach

30 marca 2020
Mjanma (Birma) motocyklem
19 marca 2020
Górska perełka Bali – wędrówka na Gunung Abang
9 kwietnia 2020
 
Do Mandalay przyjeżdżamy w jednym celu. Potrzebny nam środek transportu. Tak jak inne kraje Azji Birmę zamierzamy zwiedzić na dwóch kółkach. To najlepszy sposób na dotarcie do miejsc poza szlakiem. Skuter wypożyczamy u Zacha, od którego dostajemy również listę atrakcji oraz noclegów, których nie ma na booking.com. (Wszystkie informacje praktyczne odnośnie poruszania się motocyklem po Birmie znajdziecie we wpisie "Mjanma (Birma) motocyklem", specjalnie przygotowanym przez Sebastiana).
 
 
Pierwsze minuty na półautomacie czyli w podskokach do Pyin Oo Lwin
Pakujemy się w jeden duży i jeden mały plecak, resztę dobytku zostawiamy w wypożyczalni. Wrzucamy bagaże na bagażnik. Zaraz, zaraz ale jak to wszystko zawiązać i jak działa półautomatyczna skrzynia biegów? Wracamy na konsultacje. Sebastian zmienia biegi w miejscu, wszystko wydaje się być proste. Bagaże przywiązane. Wsiadamy na skuter. Sebastian odpala silnik, dodaje gazu… buch…buch… to mój kask odbija się dwa razy od kasku Sebastiana. Motor zgasł. „Hm? Co się stało?” Pytam męża. „To tylko ta skrzynia biegów, muszę wyczuć jak zmieniać biegi na półautomacie”. Ok. Próba numer dwa. Ruszamy. Hura, jedziemy. Udaje nam się wyjechać z miasta. Górka przed nami. Buch, buch to znowu mój kask. Ale jedziemy. Czerwone światło, zielone, ruszamy… buch, buch… dobrze, że to tylko kask a nie moja głowa bo czoło byłoby pełne siniaków 😉 Droga pnie się w górę, wokół rozpościera się widok na okolicę, trochę jakby zamglony. Może to smog? Wznosimy się wyżej, zimne powietrze podmuchuje w twarz. Jest coraz chłodniej. Po lewej stronie jezdni pojawiają się stragany. „O wina!” Takiej okazji nie przepuścimy. Hamulec, przechodzimy przez ulicę i kupujemy małe na próbę bo nie jesteśmy pewni co do jakości tych win.
Wciskamy butelkę do plecaka i wskakujemy ponownie na naszą furę i w podskokach docieramy do Pyin Oo Lwin – pierwszego punktu na naszej orientacyjnej mapie skuterowej wyprawy (orientacyjnej bo planowanie u nas odbywa się z dnia na dzień, nigdy z wyprzedzeniem). Zakwaterowanie znajdujemy w pensjonacie położonym niedaleko centrum miejscowości i ruszamy na miasto.
 
 
Atrakcje Pyin Oo Lwin
To niewielka miejscowość w której jest wieża zegarowa jak Big Ben w Londynie, tylko zdecydowanie mniejsza. Jest ogród botaniczny Kandawgyi i jezioro o tej samej nazwie. Jest też nocny targ (DHK Night Market and Food Court) i stragany z owocami, kilka knajpek i sklepów. I jest chłodno, rześko, w nocy wręcz zimno. Podczas wieczornego spaceru najchętniej wskoczylibyśmy w termo bieliznę, którą zostawiliśmy w Nepalu. O poranku ze świątyni rozbrzmiewają nauki, których chcąc, nie chcąc każdy musi wysłuchać. Nawet ja podczas porannej praktyki jogi na tarasie pensjonatu. W sumie, to niezła kombinacja: joga i nauki buddyjskie w tym samym czasie 😊
Niedaleko Pyin Oo Lwin (ok. 12 km) znajdują się wodospady. Najsłynniejszy z nich to Anisakan. Wskakujemy więc na nasze dwa kółka. Buch, buch i jedziemy. Dzień spędzamy wśród natury, szumu wodospadów, w ciszy i przestrzeni serca zatopieni w sobie lub wodzie (tu mowa o Sebastianie który do wody wchodzi zawsze i wszędzie). O Anisakan i pozostałych wodospadach więcej piszę tu: „Wodospady Mjanmy”.
 
 
Autostradą do Nawnghkio z przystankiem w buddyjskiej jaskini
W Pyin Oo Lwin spędzamy dwa dni po czym ruszamy do miejscowości Nawnghkio. Po drodze wstępujemy do świątyni Maha Nandamu Peik Chin Myaung Cave. Świątynia w jaskini wypełniona jest statuetkami Buddy. Najczęściej występujący tu motyw to Budda siedzący pod drzewem. Drzewa w delikatny sposób podświetlone są lamkami. Tworzy się w ten sposób przyjemny, lekki klimat. Ze ścian jaskini kapią krople wody, czasem prosto na okulary. Spotkać tu można głównie Birmańczyków odwiedzających świątynię całymi rodzinami. Wokół jaskini obszar jest również zagospodarowany, statuetki Buddy znajdują się także na zewnątrz. Przed kompleksem świątynnym są poustawiane stragany. Można tu znaleźć wszystko. Pamiątki, herbatę suszoną, smakołyki oraz wino. Korzystamy z okazji i degustujemy lokalne wino z winogron oraz innych owoców. To jednak nie nasze smaki. Za słodkie i zbyt „chemiczne” nie przypadają nam do gustu. Dobrze, że kilka dni wcześniej nie kupiliśmy dużej butelki.
 
 
W Nawnghkio znajduje się jeden tylko hotel - Naung Hkio Hotel, który ma licencję na przyjmowanie zagranicznych turystów. Nie mamy więc wyboru i musimy zatrzymać się w najdroższym, podczas naszego całego pobytu w Birmie, hotelu w którym po angielsku nikt nie mówi.
Ale to nie hotel jest naszym celem. Niedaleko znajduje się najsłynniejszy wiadukt w Birmie – Gokteik. Ten jeden z najbardziej spektakularnych mostów kolejowych na świecie został wybudowany w 1901 roku przez brytyjskich kolonizatorów. Ma prawie 700 metrów długości i ponad 100 metrów wysokości. Znajduje się na trasie pomiędzy Mandalay a Hsipaw. Można go więc podziwiać bezpośrednio w czasie podróży lub podczas postoju pociągu na stacji kolejowej Gokteik. My jednak do Hsipaw się nie wybieramy dlatego mamy zamiar go zobaczyć z punktu widokowego „widmo”. Dlaczego widmo? No właśnie…
 
 
Punkt widokowy widmo
„To tylko 20 minut stąd” krzyczy Sebastian kiedy poganiam go abyśmy w końcu udali się do punktu widokowego z którego jest widoczny wiadukt Gokteik. Ustawiamy nawigację na maps.me. Mijamy centrum miasteczka wstępnie rozglądając się za knajpką w której zjemy kolację. Nawigacja pokazuje, żeby z asfaltowej drogi skręcić w lewo… skręcamy i odbijamy się od zakazu wjazdu i zamkniętej drogi. Hm? Kamienie równo ułożone świadczą o tym, że droga jest w remoncie. Co dalej? Wjeżdżamy w dróżkę obok i kierowani przez miejscowych wyjeżdżamy na asfaltowej dwupasmówce z której zjechaliśmy 15 minut temu… Dla pewności podjeżdżamy na stację aby zatankować… Nigdy nic nie wiadomo więc lepiej mieć pełny bak. Sebastianowi udaje się z pomocą uprzejmego Birmańczyka, nie znającego angielskiego, ustalić inną trasę.
 
 
Próba numer dwa. Jedziemy… Na początku idzie nam całkiem nieźle. Mijamy wzgórze na którym znajduje się świątynia buddyjska i stoi olbrzymi posąg Buddy (tu zajrzymy w drodze powrotnej). Szutrowa droga mieni się kolorami. Pył unosi się w powietrzu… Mijamy chatki i kilku miejscowych i … co to? Znowu odbijamy się od barierki. Obok znak. Możemy tylko się domyślać co jest na nim napisane. „Objazd”? Zawracamy, skręcamy w inną uliczkę. O jest kilku miejscowych. Pytamy „Gokteik?”Jeden z mężczyzn wskazuje ręką „Tam”. I tak kilka razy bo zakrętów jest mnóstwo. Kiedy dojeżdżamy do małej wioski i po raz kolejny zawracamy, zrezygnowani, spotykamy parę Birmańczyków na skuterze. Pokazują, żeby jechać za nimi. No to jedziemy, zasuwamy, kurz się unosi, podskakuję na siodełku. Sebastian podekscytowany krzyczy „Ale fajnie!”. Po 10 minutach wskazują nam drogę w prawo i sami jadą w lewo. A my znowu błądzimy. Mijamy jeszcze jedną wioskę, wjeżdżamy na nowo budowaną drogę i … „JEST!!!, Jest tam!” Po prawie dwóch godzinach błądzenia po okolicy widzimy słynny wiadukt. Udało się…no prawie 😉 Gdzie jest ten punkt widokowy??? Mijamy tory kolejowe i wjeżdżamy na teren świątyni. Ale puntu widokowego jak nie było tak nie ma. Zawracamy. Zatrzymujemy się przy polu. Jest już po zbiorach więc można podejść kawałek chociaż naokoło pełno chaszczy. Podchodzimy. Pstrykamy zdjęcia….i Sebastian proponuje aby sprawdzić jeszcze raz przy świątyni. Ponawiamy próbę. Idziemy ścieżką z prawej strony. Dochodzimy do „bramy” i zostajemy przegonieni przez strażnika. Tu nie można wchodzić. Dwa razy nie musiał nam tego powtarzać. Zmykamy stąd. Most widzieliśmy, zdjęcia mamy, cel osiągnięty…to nic, że dotarcie do celu zajęło nam dwie godziny a nie 20 minut ale dobrze się bawiliśmy błądząc wśród szutrowych ścieżek, unoszącego się wszędzie kurzu, kierowani przez miejscowych. Warto było 😊
 
 
Drogą bez drogi czyli z Nawnghkio do Nyaungshwe
Przed nami długa droga. Do pokonania mamy 230 km. Dlatego z Naung Hkio Hotel wyjeżdżamy zaraz po (skromnym, azjatyckim) śniadaniu. Zimne, poranne powietrze dmucha nam w twarz. Przejeżdżamy kilkaset metrów i zatrzymujemy się aby ubrać kurtki. Ubrani na cebulkę śmigamy dalej. Mijamy Birmańczyków na skuterach zmierzających do pracy, podziwiam krajobraz, rozkoszuję się widokiem i … nagle czuję luz za plecami. Mam więcej miejsca. Odwracam się… Gdzie są nasze plecaki?! Spoglądam w dół. Uff są … dyndają ale wciąż wiszą. Zatrzymujemy się i poprawiamy wiązanie. Ruszamy po raz kolejny. Jeszcze raz mijamy tych samych Birmańczyków, których już raz wyminęliśmy. Kilka minut później znowu czuję luz… plecaki znowu wiszą. Och jak tak dalej pójdzie to my dzisiaj tych 230 km nie przejedziemy. Poprawiamy, zapinamy, mocujemy. Wydaje się, że jest ok. W końcu jedziemy. Droga jest prosta, co jakiś czas przejeżdżamy przez wioskę, mijamy pola (po zbiorach) i ludzi, którzy budują odcinek drogi. I co ciekawe w prace zaangażowani są zarówno mężczyźni jak i kobiety oraz dzieci. Bez maszyn, ręcznie przenoszą kamienie, usypują, przekładają, wylewają smołę i tylko walec wszystko przygniata. Mijamy jedną grupę, potem kolejną, wjeżdżamy w góry a raczej z nich zjeżdżamy w kierunku rzeki. Pojawiają się serpentyny i to nie byle jakie. Wow. Co za ekscytująca trasa. Zbliżamy się do rzeki i droga się kończy… to znaczy jest w budowie. Podczas gdy czekamy, aż koparka zrobi nam miejsce abyśmy mogli przejechać, rozmawiamy z młodym chłopakiem. Kurz unosi się dookoła. Jesteśmy w najniższym punkcie na trasie. „Wiesz, być może będziesz musiała zejść ze skutera przy podjeździe” słyszę. Sebastian czekał do ostatniego momentu aby mnie o takiej ewentualności poinformować. Jak trzeba, to trzeba. No cóż. Mijamy most i zaczyna się podjazd. Chyba jednak nie jesteśmy aż tacy ciężcy bo dajemy radę. Wjeżdżamy, my i nasze plecaki, pod górę. Kręta droga i przepiękny górski krajobraz. Góry, góry, góry. Uwielbiam to 😊
 
 
Po 80 km i 2 godzinach jazdy robimy sobie przerwę. Czas na zrelaksowanie swoich tyłeczków. Co jak co, ale tyłeczek od siodełka trochę boli. Idziemy na kawkę. Chociaż szansa na czarną kawę jest znikoma. Podejmujemy jednak próbę i zamawiamy dwie czarne kawy. Pani kiwa głową, że ok po czym bierze torebki z herbatą 3w1 i zalewa wrzątkiem. Wdech, wydech …. Dobrze, że w Mjanmie jest zwyczaj podawania zielonej herbatki do wszystkiego. Biorę mini filiżankę i popijam pyszną, zieloną herbatkę bez cukru zostawiając napój 3w1 nietknięty. Do tego (sprawdzone) ciasteczko wygrzebane ze sterty pudełek z „niezdrowymi” przekąskami. Pierwsza przerwa za nami.
Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Nawnghkio i Nyaungshwe mijamy wioskę jedną z wielu na tej trasie ale ta jest wyjątkowa. To taka autentyczna wioska, pełno w niej chat zbudowanych z bambusa i stojących na palach. Wioska jest tak klimatyczna, że postanawiamy się zatrzymać na lunch. Tym razem jednak bariera językowa i zarówno nieśmiałość nasza oraz miejscowych wzięła górę. Nie udało nam się zjeść lunchu w tej wiosce ale za to w następnej już tak. Kiedy dojrzeliśmy smażone warzywa na talerzu od razu ruszyliśmy w kierunku chatki. Cała rodzina zaangażowała się w przygotowanie dla nas miejsca. Dostaliśmy talerz smażonek oraz zieloną herbatkę w termosie i tak w towarzystwie miejscowych minęła nam druga przerwa.
Trzeci przystanek to przerwa na kawę – tym razem czarną bez cukru – w miejscowości Shwenyaung, z której mieliśmy już tylko 20 km do Nyaungshwe. Tylko pół godziny i jesteśmy! Skrzyżowanie, skręcamy w lewo. Jedziemy i jedziemy. Dlaczego my ciśniemy pod górę skoro jedziemy nad jezioro? Ups… źle skręciliśmy na skrzyżowaniu. I tak zamiast 20 km jedziemy 40. Taka błahostka… tylko tyłeczek nie za bardzo jest zadowolony z pomyłki 😉 Do hotelu w Nyaungshwe docieramy przed 18:00. Udało się!
 
 
Okolica jeziora Inle
Kolejne 4 dni spędzamy w rejonie jeziora Inle. Robimy sobie skuterową wycieczkę naokoło wzgórza, podziwiamy życie na jeziorze i udajemy się na trekking. A po intensywnie spędzonych 4 dniach jedziemy do Kalaw. O naszych przygodach w okolicy jeziora piszę w osobnych postach.
 
 
Trekkingi w Kalaw
To miejsce, które zachwyciło nas najbardziej w czasie podróży po Mjanmie. Nieduże miasteczko w którym jest targ, świątynia, knajpki, jest również świetnym miejscem wypadowym na okoliczne wzgórza. Nie ukrywamy również, że na nasze zadowolenie z pobytu w Kalaw wpłynął nocleg w Thitaw Lay House. To miejsce stworzone z pasji, wśród natury gdzie każdy element ze sobą współgra tworząc harmonię i spokój. To dobre miejsce wypadowe na trekking i idealne na odpoczynek po wyczerpującym dniu. To tu dostaliśmy instrukcję z propozycją kilku trekkingów po okolicy. I tak weszliśmy na Hilltop skąd podziwialiśmy zachód słońca. Następnie wybraliśmy się na trekking na skuterze do punktu widokowego Kalaw (jak się później okazało to najpopularniejszy trek w tej okolicy będący również częścią 3-dniowe treku Kalaw – Inle) i w końcu sami, bez przewodnika, tym razem pieszo, zrobiliśmy kółeczko - rozpoczynając w Kalaw doszliśmy przez las do Myinmati Cave a następnie przeszliśmy przez 3 wioski plemienne, zostaliśmy zaproszeni na herbatkę przez sympatyczne mieszkanki jednej z wiosek i wróciliśmy do Kalaw zboczem wzgórza (cała trasa znajduje się na WikiLoc). Zdecydowanie polecam zatrzymać się w Kalaw na dłużej niż jedną noc.
 
 
Pindaya na sportowo
Z Kalaw udaliśmy się do Pindayi. Tutaj w przeciwieństwie do Kalaw doznaliśmy takiego rozstrojenia, że ciężko było się pozbierać przez kilka kolejnych dni. Akurat w tym czasie dzieci były przyjmowane do klasztoru. Na tydzień lub dłużej wcielały się w rolę mnicha. No i super. Fajna sprawa, gdyby nie to, że w tym czasie z głośnika świątyni były wygłaszane modlitwy … przez 24 godziny na dobę. Tak, bez przerwy, w dzień i w nocy głos modlącego się mnicha docierał do naszych uszu… Godzina modłów jest ok, to jeszcze można zaakceptować ale 24h? To było dla mnie za dużo. Dobrze, że w miasteczku jest jezioro Taloke … dwa kółeczka to około 7km. Idealnie. W czasie porannego biegania miałam okazję zobaczyć jak mieszkańcy rozpoczynają dzień w miasteczku … kobiety kąpią się w jeziorze, myją włosy i robią pranie. Na porannym targu można kupić owoce i zjeść śniadanie. Uśmiechałam się cały czas podczas biegu bo wszyscy miejscowi się do mnie uśmiechali, niektórzy spoglądali ze zdziwieniem bo byłam jedyną osobą biegającą naokoło jeziora. Polecam bo warto, zwłaszcza rano po całonocnych modłach 😉
 
 
W Pindayi znajduje się Golden Cave Pagoda położona na wzgórzu. Poszliśmy, zapłaciliśmy za wstęp 3000 MMK/os i szybko pożałowaliśmy podjętej decyzji. Może już za dużo tych świątyń? Niezliczona ilość posagów Buddy nie zrobiła na nas wrażenia. Świątynia Maha Nandamu Peik Chin Myaung Cave była zdecydowanie przyjemniejsza w odbiorze a klimat niepowtarzalny.
Co jeszcze można zobaczyć w Pindayi? Jak powstaje papier z drzewa morwy, jak ręcznie tworzone są parasolki, lampki, notatniki. Wszystko z ręcznie robionego papieru, zdobione jest rysunkami malowanymi przez sympatyczną właścicielkę, która wraz z rodziną prowadzi „parasolkowy” biznes. Warsztat rzemieślniczy Theingi fa jest prowadzony od 4 pokoleń. I każda z pracujących tu osób z uśmiechem pokazuje swoje dzieła a właścicielka zaprasza na herbatkę i sałatkę z liści herbaty.
 
 
Pindaya - Ywangan - Mandalay
Nasz czas w Mjanmie dobiega końca. Trzeba wracać do Mandalay. Tym razem do pokonania mamy 200 km. Rozkładamy więc powrót na dwa dni. Postanawiamy zatrzymać się w Ywangan (po 80 km). Ale zanim tam dojedziemy po drodze mamy zaznaczony jeszcze jeden punkt na naszej orientacyjnej mapie… mini jeziorko Blue Pond.
Poszukiwanie Blue Pond czyli Mya ThaPaite
To miejsce polecił nam Zach. Z głównej drogi, ok 35 km przed Ywangan, skręcamy w lewo. Na znaku widnieje „8 km”. Po niecałych 2 km dojeżdżamy do jeziora. Wokół znajdują się stragany. To chyba nie jest to miejsce. Na znaku było przecież 8 km a nie 2000 metrów… Szukamy, błądzimy, zawracamy. W końcu rezygnujemy i idziemy coś zjeść. Serdecznie zostajemy ugoszczeni przez sympatyczne Birmanki. I kiedy delektujemy się chipsami z liści jakiegoś drzewa jedna z kobiet nam wskazuje miejsce, gdzie jest Blue Pond. Miejsce licznie uczęszczane przez miejscowych. A jednak udało się 😊 Tylko to na pewno nie było aż 8 km 😉
 
 
Najlepszy Shan noodle z tofu w Ywangan
Ywangan to miejscowość położona wzdłuż jednej, głównej drogi…drogi, która jest w remoncie. Ponownie tłumy miejscowych zaangażowane są w jej budowę. Zatrzymujemy się w hotelu Shwe GuGu. Sympatyczni właściciele zaprowadzają nas do pokoju w jednym z kilku bungalowów. Jest cicho, zielono i przyjemnie mimo, iż hotel znajduje się przy głównej drodze. W tym hotelu nie podaje się ani europejskiego ani amerykańskiego śniadania. Za to serwowany jest shan noodle. Do wyboru jest zupa, makaron oraz zupa z tofu. I to tu właśnie zjadłam najlepszą shan noodle z tofu w całej Birmie. Była przepyszna!
W samej miejscowości nie ma zbyt wielu atrakcji. Ze światyni Shwe Pwint Lin można podziwiać zachód słońca, w Genius Coffee Factory skosztować lokalnej kawy i zobaczyć jak wygląda proces jej produkcji.
 
 
Zaskakująco ekscytujący powrót do Mandalay
To drugi najbardziej ekscytujący odcinek drogi jakim jechaliśmy. W stanie Shan droga wiedzie przez góry, jest mnóstwo serpentyn i pięknych widoków. Prędkość na liczniku w porywach dochodzi do 20km/h ale ciśniemy 😉 Po kamieniach, w podskokach (tym razem to nie z powodu sprzęgła) po szutrowym niekończącym się odcinku drogi. Zmęczeni podskokami postanawiamy zatrzymać się na przerwę w knajpce na jednym z zakrętów. Pijąc herbatkę podziwiamy piękno otaczającej nas natury. Kręcimy filmiki do relacji rodzinnych i w końcu wjeżdżamy na asfalt. Przed granicą stanu Mandalay zatrzymujemy się na lunch w knajpce położonej nad rzeką i to jest ostatni „spokojny” punkt na trasie. Wraz z przekroczeniem granicy ruch na ulicach się nasila. Zewsząd wyjeżdżają ludzie na skuterach. Jest coraz więcej straganów z owocami, budek z jedzeniem i niestety śmieci… Im bliżej miasta tym śmieci jest więcej…Co z ludźmi robi rozwój, pozorny rozwój bo stan poboczy na pewno nie świadczy o większym rozwoju.
 
 
Pożegnanie
W Mandalay żegnamy się z naszym motocyklem, który spisał się wyjątkowo. A jeszcze lepiej spisał się Sebastian, który po birmańskich drogach jeździł prawie jak miejscowi 😊 nie łapiąc przy tym ani jednej gumy. Ale na temat dróg, zasad panujących na drogach i wielu innych aspektów do powiedzenia ma więcej sam kierowca więc jeżeli jesteście zainteresowani zwiedzaniem Mjanmy na skuterze to zachęcam do zapoznania się z informacjami zawartymi w poście „Mjanma (Birma) motocyklem”.
No i nadszedł czas na birmańskie lane piwko wśród miejscowych ;)