O godzinie 8:30 spotykamy się z naszym przewodnikiem o imieniu Ticho. Ruszamy na dwudniowy trekking do górskich wiosek położonych na wzgórzu po wschodniej stronie jeziora Inle. Ta część stanu Shan nie została jeszcze ogarnięta przez masową turystykę (jeśli o takiej w ogóle można mówić w Birmie). Chcemy dowiedzieć się jak wygląda życie ludzi w górach i przy okazji spędzić trochę czasu na łonie birmańskiej natury.

Transport do punktu startowego... zapalenie takiego tuk tuka nie jest takie łatwe, o czym przekonał się nasz przewodnik

Wioska Kan Taw została przeniesiona z wyższych partii wzgórza na niższe
Pełni zapału wsiadamy do tuk tuka i jedziemy do punktu startowego. Za miastem wchodzimy na szlak. Mijamy pierwszą wioskę Kan Taw. Ludność przeniosła się w to miejsce z wyższych partii gór aby mieć szybszy i lepszy dostęp do miasta oraz służby zdrowia. Jest tu kilkanaście domów zbudowanych z bambusa. Mieszkańców jednak nie widzimy.
Niedługo później docieramy do jaskini Htat Eain, która jest jednocześnie świątynią. W tym miejscu mijamy się z parą turystów, która podobnie jak my idzie z przewodnikiem. I to są jedyni turyści, których spotykamy podczas tego trekkingu.

Naturalny czyścik prosto z drzewa

Świątynia w jaskini - jedna z wielu w Mjanmie
Po wyjściu z jaskini dołącza do nas drugi przewodnik o imieniu Zozo, który do tej pory prowadził wycieczki pomiędzy Inle i Kalaw. Zozo chce również poznać ten obszar aby w przyszłości prowadzić grupy przez wschodnie wzgórze. Wystarczy dwa razy przejść po szlaku aby zostać przewodnikiem na dany region… Tylko tyle? Czy przewodnik powinien znać tylko drogę? A co z ciekawostkami i informacjami o życiu ludzi w wioskach?

Nasi przewodnicy Ticho i Zozo

Widzę Was ...
Mamy więc już dwóch przewodników. Idziemy pomiędzy polami, lasami, odpoczywamy pod bambusami. Na plantacji awokado zatrzymujemy się na lunch. Wydawało mi się, że na mapce była zaznaczona wioska w której mieliśmy zjeść posiłek? W zamian mamy piknik na dywanie z liści i szumiącą wodą w tle. Czemu nie? Przewodnik zbiera awokado spod drzew, wspólnie robimy sałatkę i jemy obiad siedząc na liściach bananowca.

Dojrzałe awokado prosto spod drzewa jest najlepsze

Na sałatkę z pomidorem i cebulką :)
Po lunchu dwóch sympatycznych mężczyzn z okolicy chce nam pokazać wodospad. Idziemy za nimi. Wydeptanej ścieżki to tu nie ma. Robi się interesująco. W końcu coś się dzieje. Mężczyźni sprawnymi ruchami wycinają gałęzie, kładą kładki na podmokłym terenie. Robią nam kijki trekkingowe z bambusa. Ścieżka jest zarośnięta i coraz bardziej stroma ... I kiedy już czujemy adrenalinę w kościach to … nasz główny przewodnik się wycofuje. Ehh szkoda.

Brniemy między chaszczami po zarośniętej ścieżce...w dół zbocza

I nagle narada i po naradzie nasz przewodnik podejmuje decyzję o odwrocie
Przychodzimy do wioski w której pierwotnie był zaplanowany lunch. Przewodnik znika w chacie. Z kimś rozmawia. Zachowuje się tak jak by nas tam w ogóle nie było. Nie ma mowy o żadnej konwersacji z osobami mieszkającymi w tej chacie. Witamy się uprzejmie i tyle. Ruszamy dalej. Po chwili przerwa na papierosa albo nawet dwa (nasi przewodnicy dużo palą). My w tym czasie podziwiamy krajobraz. W końcu idziemy, kolejna wioska. Przewodnik ignoruje spotkanych ludzi. Kolejna przerwa. Tak nasi przewodnicy dbają o to abyśmy się nie zmęczyli za bardzo. Wypalanie terenu daję okazję do kolejnej przerwy i fajki. Po niespełna 14 km dochodzimy do wioski Yin Pyar w której mamy zaplanowany nocleg. Mijamy klasztor, szkołę. Nasz przewodnik chyba zapomniał, że jest przewodnikiem. O wioskach, o ludziach nie mówi nic.

Na szlaku ... podczas licznych przerw robimy sobie sesję zdjęciową

W wiosce Yin Pyar w tym domu spędzamy noc
Wchodzimy do domu w którym mamy spędzić noc. Mimochodem rzuca hasło, że ten pan jest właścicielem a ta pani jego żoną. I to by było na tyle. Rodzina, która udostępnia nam swoją kuchnię i pokój nie została nawet w należyty sposób przedstawiona. Sami zadajemy pytania i próbujemy z sympatyczną starszą parą gospodarzy nawiązać kontakt. Bez znajomości języka jest jednak trudno a nasz przewodnik nawet się nie kwapi do tego abyśmy mogli lepiej poznać życie w wiosce.

Sympatyczny i uśmiechnięty gospodarz proponuje nam cygaro

Mężczyźni robią ścianę domu z bambusa... nawet szybko im to idzie
Obserwujemy więc jak dzieci biegną ze szkoły z menażką w ręce, zwierzęta wracają do zagrody. W wiosce nie ma prądu. Ludność ma światło dzięki solarom. W częściowo murowanym domu jedna z dwóch izb na górnym piętrze przeznaczona jest na kuchnię. Pośrodku znajduje się palenisko. W tym pomieszczeniu się gotuje, posiłek natomiast spożywany jest w drugim pokoju, będącym również sypialnią. Na jednej ze ścian jest ołtarzyk. Każdy członek rodziny rozpoczyna dzień od modlitwy. Dolna część domu to pracownia i przechowywalnia produktów przeznaczonych na sprzedaż oraz mały sklep. Na podłodze zauważam suszące się ziarna kawy. Z wioski roztacza się przepiękny widok na północno-wschodni region Shan a ze wzgórza można podziwiać wschód słońca (tym razem jednak ten moment spędzamy pod kocem). Za to zachód słońca w towarzystwie krów był przepiękny.

Dzieci w wioskach bez problemu znajdują sobie zabawki

A krówka wraz z nami delektuje się zachodem słońca
Kolację przygotowują przewodnicy. Rodzina nie bierze udziału w gotowaniu. Przewodnicy wszystkie składniki przynieśli ze sobą. Zapraszamy ich do wspólnego posiłku. Nawet sobie nie wyobrażamy, żeby Ticho i Zozo poszli spać głodni. Tak to jednak w pierwszej wersji wygląda. Udaje nam się jednak namówić przewodników aby zjedli wspólnie z nami. Po kolacji Zozo gra na gitarze i śpiewa. Ticho rozkłada podkładki i koce. To nasze łóżko. Mimo, iż leżymy na podłodze to nie czuję twardych desek pod plecami (jak to było u Bataków na Sumatrze). Jest wygodnie a pod trzema kocami nawet ciepło. Zasypiamy szybko.

Kuchnia a pośrodku izby palenisko

Nasze zaopatrzenie na zimną noc ;) koce aż trzy, poduszki, karimatki
Przed 6:00 słyszę jak wioska budzi się, koguty pieją, członkowie rodziny podchodzą do ołtarzyka i modlą się, zwierzęta dostają pokarm. Z herbatką w ręce obserwuję wioskę i wdycham świeże, czyste, górskie powietrze.

W świetle porannego słońca ...

Zozo nakłada sobie tanakę
Po śniadaniu żegnamy się z gospodarzami i ruszamy w dół. Pola, łąki, wioska. O i są ludzie. Nasz przewodnik chwilę z nimi rozmawia, mruczy coś pod nosem. Nie ma w tej rozmowie nutki sympatii. A przecież jego żona pochodzi z wioski położonej niedaleko. Coś nam zaczyna nie pasować. Coś tu nie gra. Ticho próbuje nadrabiać nie śmiesznymi kawałami. Zozo ratuje sytuację i trochę opowiada o uprawie kukurydzy i kwiatach jadalnych. My jednak już chcemy jak najszybciej zakończyć ten trekking... Trekking przepiękny krajobrazowo, który mógłby być jeszcze bardziej interesujący i wciągający gdyby nasz przewodnik był bardziej otwarty na kontakt z ludźmi.

Schodzimy z gór i podziwiamy krajobraz w milczeniu

Silk cotton rośnie na drzewie i wykorzystywana jest jako wypełnienie do poduszek

Naturalny czyścik nadaje się do zmywania i czyszczenia





