parallax background

Tajlandia – wakacje w rodzinnym gronie

20 sierpnia 2021
Tajlandia – wakacje od wakacji
20 sierpnia 2021
 
Rozpoczynamy drugą część naszych "wakacji od wakacji". Pierwsze dwa tygodnie spędziliśmy na wyspie Koh Lanta i w Khao Sok rozkoszując się tajską przyrodą i ładując akumulatory na kolejne dni. W tym czasie również przygotowywaliśmy się do nieplanowanego wcześniej spotkania. Wyjeżdżając z Polski kilka miesięcy temu nie wiedziałam kiedy ponownie zobaczę się z rodziną. Wiadomość, którą otrzymałam tuż po przylocie do Tajlandii, wywołała we mnie dużo pozytywnych emocji i radości. To tutaj właśnie ma miejsce ważne dla mnie wydarzenie. Po prawie siedmiu miesiącach w podróży spotykamy się z moją siostrą, która przylatuje do Tajlandii wraz z koleżanką na krótki urlop. Dziewczyny postanowiły wygrzać się na słońcu w środku polskiej zimy i przy okazji spędzić z nami osiem dni. Drugą połowę naszego urlopu spędzamy więc w miłym towarzystwie ciesząc się wspólnie spędzonym czasem.
 

Czekając na przylot siostry tworzę wpis na bloga nad brzegiem rzeki

 
Krabi – w oczekiwaniu na spotkanie
Przyjeżdżamy do Krabi z Khao Sok dzień przed przylotem dziewczyn do Tajlandii. Ustalamy, iż najlepszym miejscem spotkania będzie właśnie Krabi skąd możemy wspólnie udać się na wyspę. Zanim jednak dojdzie do spotkania mamy do dyspozycji aż 1,5 dnia. Jak najlepiej i najefektywniej wykorzystać czas który mamy? Oczywiście na skuterze. Wypożyczamy skuter na 24 godziny i ruszamy przed siebie. Spontanicznie, bez przygotowania i szczegółowej analizy tego co warto albo nie warto zobaczyć.
 
 
Oaza chaosu i rozgardiaszu - zachód słońca na plaży Ao Nang
Co można robić wieczorem nad morzem? Gapić się na zachód słońca! Wskakujemy więc na skuter o 17:00 i jedziemy na zachód słońca na Ao Nang Beach. Prawdę mówiąc wiem, że jedziemy na jakąś plażę. Ale zupełnie nie wiem co to jest za plaża. Szybko jednak się przekonuję. Im bliżej plaży jesteśmy tym większy ruch na drodze się odbywa. Pojawiają się stoiska z jedzeniem na poboczach, zabudowania i spacerujący ludzie. Ruch się wzmaga, droga się korkuje, miejsca parkingowe są przepełnione. Rozglądam się wokół i wszędzie widzę stragany z jedzeniem, knajpy, restauracje z głośną muzyką, mnóstwo skuterów i w ogóle na ulicy panuje większy rozgardiasz. „Gdzie my jesteśmy?” Zastanawiam się. Już zapomniałam jak to jest kiedy masa turystów zbiera się w jednym miejscu, a tutaj mam ponownie okazję tego doświadczyć. Tłum jest wszędzie: na ulicy, chodniku, plaży. Przy plaży cumują łódki… O jedna wypływa! I robi tyle hałasu, że aż uszy bolą! A co dopiero jak by wszystkie nagle ruszyły na morze? Jak się zrelaksować w takich warunkach? Czy to jest w ogóle możliwe? Nie, to zdecydowanie nie miejsce dla nas. Poza tym jakoś tak nieładnie tu pachnie. Spacerujemy chwilę po piaszczystej plaży. Oglądamy zachód słońca i szybko ulatniamy się z tej oazy chaosu i rozgardiaszu.
 

Plaża Ao Nang w promieniach zachodzącego słońca

 
Roti na śniadanie w lokalnej knajpce
Nowy dzień, nowa przygoda. Jedziemy do parku! Spacer po lesie deszczowym wygrywa w starciu z innymi dostępnymi w Krabi opcjami zwiedzania okolicy. Ruszamy o 7:00. Ale najpierw śniadanie… roti w lokalnej knajpce pełnej miejscowych. Taki lokalny rozgardiasz to my lubimy chociaż tym razem mamy wątpliwości czy uda nam się coś zamówić. Po kilkunastu minutach obserwacji udaje nam się zwrócić uwagę kelnera. Jest sukces! Zamawiamy nasz ulubiony chlebek roti z mleczkiem, czarną kawę i dostajemy również darmową herbatę. Chlebkiem roti zajadaliśmy się już w Malezji dlatego chętnie korzystamy z okazji aby ponownie przypomnieć sobie smak chlebka i lokalnie parzonej kawy.
 

Lokalna knajpka w której rano serwowane są roti cieszy się dużym zainteresowaniem

 
Lokalna kawa
Kawa w Tajlandii parzona jest podobnie jak na Sumatrze czy w Malezji za pomocą takiego oto zestawu. Podawana jest w małych szklaneczkach. Będąc w Azji warto rozejrzeć się za lokalnie parzoną kawą i spróbować małej, czarnej najlepiej w lokalnej kawiarni do której chodzą miejscowi.
 
 
Na szczyt Dragon Crest ścieżką przyrodniczą Ngon Nak
Po smacznym śniadaniu nadchodzi czas aby ruszyć w drogę do Parku Narodowego Mu Ko Phi Phi. Podczas drogi podziwiany tajski krajobraz, którego jednym z elementów są charakterystyczne zielone wzgórza wyrastające z ziemi. Ruch na drodze jest umiarkowany. Po 40 minutach jazdy na skuterze jesteśmy na miejscu. Rozglądamy się. Przy drodze stoją taksówki. Nie kursuje tutaj żaden autobus więc jedyną opcją dostania się do parku jest dojazd na skuterze albo taksówką. Przed wejściem znajduje się punkt, w którym należy się zarejestrować. Sprawnie się więc rejestrujemy, korzystamy z bezpłatnej toalety i ruszamy na szlak. Za darmo! Aż jesteśmy zaskoczeni, że w Tajlandii jest coś za darmo ;) No prawie za darmo bo w punkcie rezerwacji znajduje się skrzyneczka na dotacje. Każdy może więc wrzucić do skrzynki dowolną kwotę. Wchodzimy do parku i rozkoszujemy się dźwiękami natury, pięknem drzew i niesamowitą aurą lasu deszczowego.
 

Na ścieżce przyrodniczej Ngon Nak w lesie deszczowym

Widoki ze szlaku Ngon Nak w Parku Narodowym Mu Ko Phi Phi

 
Uwaga! Gigantyczny pająk na szlaku
Szlak jest łatwy, przyjemny i widokowy. Morze, wyspy, dżungla wokół nas, a na szlaku pająk gigant czeka na swój posiłek. W pajęcze sieci wpada mucha, która w mgnieniu oka, niczym pyszna grilowana pianka, zostaje zachłannie pochłonięta przez strażnika sieci. Jeszcze chwilę obserwujemy tę scenę po czym podążamy na szczyt, z którego roztacza się cudowny widok. Siadamy na skale i podziwiany krajobraz i piękno tajskiej przyrody. To co widzimy najlepiej zobaczyć na zdjęciach chociaż zdjęcia nie odzwierciedlają tego co można poczuć, zobaczyć, usłyszeć na żywo… Dają jednak obraz tego co stworzyła natura i jej niepowtarzalnego piękna.
 

Pająk gigant, który ma ogromny apetyt i z szybkością błyskawicy pożera wszystko co wpadnie w jego sieci

 
Aktywny poranek
Homestay, w którym spędzamy dwie noce jest położony nad rzeką, tuż przy deptaku prowadzącym z centrum miasta na stadion. Po tym deptaku przed świtem biegają tłumy ludzi z centrum na stadion lub na odwrót. Dołączam do tej aktywnie spędzającej poranki grupy ludzi i jestem zachwycona miejscem, klimatem i wschodzącym znad rzeki słońcem. To miejsce ma swój urok. Na stadionie duża grupa osób uprawia poranny jogging. Wszyscy biegną w lewo a ja w prawo. Hmm? Nie przejmuję się tym zbytnio i biegnę dalej. Ach jak przyjemnie rozpocząć dzień wraz ze wschodem słońca.
 

Deptak spacerowy, który idealnie nadaje się na poranny jogging w blasku wschodzącego słońca

 
Nocny market w Krabi i kolacja na ulicy
Wieczorem natomiast udajemy się na nocny targ, który odbywa się w centrum w każdy piątek, sobotę i niedzielę. Stoiska rozmieszczone są co najmniej w trzech miejscach. Tyle udaje nam się znaleźć. W jednym z tych miejsc są owoce, które można kupić i wziąć ze sobą na wyspę... Wśród licznych straganów można znaleźć również lokalne specjalności, które można zjeść od razu, jeszcze ciepłe, różne sałatki i przekąski. Wybieramy spring rolls… Ale zaraz gdzie my mamy to zjeść? Rozglądamy się... ławeczki już zajęte... siadamy więc tam gdzie ludzie siadają aby zjeść swoją kolację a mianowicie… na ulicy przy rzecze… jak street food to street food ;) Po kolacji robimy kolejną rundkę po targu aby kupić coś dla dziewczyn, które za chwilę do nas dołączą.
 

Świeże spring rolls na kolację zakupione na nocnym targu

 
Spotkanie
O jest wiadomość, już są!!! Moment wzruszenia, powitań i uścisków… Jak dobrze jest spotkać się z siostrą po długiej przerwie, na innym kontynencie. Spontanicznie, bez planowania. Przez kolejnych osiem dni cieszymy się swoim towarzystwem pełni wdzięczności za to spotkanie w tym czasie, tuż przed wstrzymaniem lotów i turystyki.
 
 

Płyniemy na wyspę - Koh Lanta po raz drugi

Tuk tuk czy samochód?
Po raz drugi podczas naszego pobytu w Tajlandii płyniemy na Koh Lantę, tym razem wraz z dziewczynami. Wspólnie planujemy wycieczkę po wyspie. Skuter tym razem odpada. Może tuk tuk? Sebastian dzielnie podejmuje się prowadzenia wypożyczonego tuk tuka ale tym pojazdem za daleko nie dojeżdżamy. Niestabilny pojazd którego sprawność szybko stanęła pod znakiem zapytania oddajemy po pierwszej próbie pokonania kilkuset metrów po równej drodze. Dla bezpieczeństwa wszystkich decydujemy się na samochód z automatyczną skrzynią biegów, który ledwo daje radę na górkach, które znajdują się na trasie do Parku Narodowego Mu Ko Lanta.
 

Prowadzenie tuk tuka to wyzwanie. Prowadzenie niesprawnego tuk tuka grozi lądowaniem w rowie

 
Wycieczka do Parku Narodowego Mu Ko Lanta
Z sukcesem jednak dojeżdżamy do parku. Kupujemy bilety i ruszamy na krótką wycieczkę przez las deszczowy specjalnie w tym celu przygotowaną ścieżką edukacyjną wzdłuż której znajdują się tabliczki informacyjne. Czegoś jednak mi brakuje w tym skrawku dżungli… już wiem… dźwięków typowych dla lasu deszczowego. Wokół panuje cisza i słychać tylko głosy rozmawiających turystów. Po spacerze wdrapujemy się na wzgórze, na którym znajduje się nieczynna latarnia morska. Spoglądając w dół widzimy z prawej strony plażę piaszczystą a z lewej kamienistą. Ładny widok. Wybieramy plażę z piaskiem. Rozkładamy się pod drzewem, pluskamy w ciepłej wodzie, relaksujemy i jemy „zawiniątka” kuponie na straganach przy drodze.
 

W Parku Narodowym Mu Ko Lanta gdzie z jednej strony woda rozbija się o skały a z drugiej gorący piasek zachęca do relaksu

Na cypelku wyspy gdzie znajduje się latarnia morska

 
Relaks na Bamboo Beach
Po godzinie albo dwóch, zmieniany plażę. Jedziemy na Bamboo Beach, gdzie na leżaku z szumem fal w tle, odpływamy przez kolejną godzinę. Na zakończenie naszej wycieczki jedziemy do Koh Lanta Old Town aby dziewczyny mogły zrobić zakupy. Kolację jemy u sympatycznych Islamek gdzieś pośrodku wyspy.
 

W spokojnej i cichej okolicy Bamboo Beach odpływamy w popołudniową drzemkę

 
Sielanka na wyspie w przyjemnym towarzystwie mija nam szybko. Spokojna Koh Lanta pozwala nam jednak zregenerować ciało i wyciszyć umysł. Zwolnić i cieszyć się niezapomnianymi chwilami w rodzinnym gronie.
 
 
Czy ktoś tu w ogóle wie co się dzieje i gdzie jesteśmy?
Do Bangkoku postanawiamy wrócić nocnym busem. Wspólnie z dziewczynami, dla których ma to być kolejne doświadczenie związane w Tajlandią. Zwlekamy jednak z zakupem biletów i prawie tracimy tę opcję transportu. Podróż autokarem do Bangkoku cieszy się dużym zainteresowaniem. Dzień przed wyjazdem prawie wszystkie miejsca w autokarach różnych firm transportowych są wyprzedane. Zostaje tylko jedna opcja...VIP... Bierzemy! I wraz z momentem zakupu biletów zaczyna się nasza przygoda… Czekamy na minivana a podjeżdża samochód. „Czy to po nas?” Tak, jedziemy prywatnym samochodem na prom. Potem kierowca mini vana odbiera nas pieszo na przystani i prowadzi na prom. Tego się nie spodziewaliśmy ale dzięki temu możemy podziwiać krajobraz z ławki a nie z wnętrza vana. Następnie wsiadamy do mini vana i jedziemy do Surat Thani gdzie kierowca daje nam bilety i zostawia w przyjemnym klimatyzowanym budynku gdzie nikt nie mówi po angielsku. Gdzie my jesteśmy i co mamy robić? Udaje nam się po jakimś czasie dowiedzieć, że mamy czekać na transport na dworzec autobusowy. Po kolejnych kilkunastu minutach pojawia się super VIP bus, który podwozi nas dworzec autobusowy. Na tym dworcu dopiero wsiadamy do busa, który jedzie do Bangkoku.
 

Płyniemy promem z wyspy na ląd siedząc na ławeczce i podziwiając krajobraz

 
Szybkie zakupy na targu i w drogę
Ale zaraz, mamy jeszcze ponad godzinę do odjazdu a niedaleko za dworcem jest nocny targ… nie przepuścimy takiej okazji. Ruszamy na targ i robimy szybkie zakupy.
Czas ruszać w drogę. Obsługa w busie zaskakuje nas pozytywnie. Po kilku minutach od wyjazdu zostajemy wyposażeni w kocyk, poduszkę, wodę, napój energetyczny i bułeczki. Tak przygotowani jesteśmy gotowi do nocnej jazdy. Zasypiam od razu. Ale przecież w cenie był jeszcze posiłek. I tak o godzinie 23:00 zatrzymujemy się na lekką kolację podawaną w chińskim stylu na obrotowym stole. Hmmm skąd my to znamy? Full wypas. Po 20 minutach ruszamy w dalszą drogę i punktualnie o 5:00 rano jesteśmy w Bangkoku...przed nami dłuuugi dzień :)
 

Ta uśmiechnięta Tajka przygotowuje dla nas sałatkę

 

Zwiedzamy Bangkok i okolice

Do Ayutthaya pociągiem
Do oddalonego o 80 kilometrów od Bangkoku starożytnego miasta Ajutthaja jedziemy pociągiem. Kupujemy bilety do wagonów 3 klasy za 20 batów od osoby. Wchodzimy na peron i jesteśmy pełni podziwu. Klimatyczny, przenoszący w czasie dworzec, z którego odjeżdżamy przykuwa uwagę i aż prosi się o zdjęcie. Pociąg odjeżdża punktualnie o 6:40, a w pociągu rusza sprzedaż posiłków: jedna pani proponuje napoje, druga pani ryż z jajkiem i kurczakiem, idzie też pan z satajami i kolejna pani ze słodkimi przekąskami, a na stacji można zjeść loda kokosowego. Podczas podróży na pewno z głodu nikt nie umrze. Co jakiś czas pojawia się osoba z wykupioną miejscówką i ustępujemy miejsce, najczęściej przy oknie. Znajdujemy inne, wolne miejsce i jedziemy dalej… tuf, tuf, tuf… Podróżujemy wraz z miejscowymi, którzy jadą do pracy albo, tak jak my, zobaczyć historyczną stolicę Królestwa Syjamu. Na terenie miasta znajdują się ruiny zabytkowych świątyń, stup, klasztorów i pałaców.
 
 
Ayutthaya na rowerze
Jak zwiedzić archeologiczny kompleks świątynny rozrzucony na obszarze małego miasteczka. Jest to obszar obejmujący ponad 400 ruin więc zwiedzanie kompleksu pieszo raczej nie jest dobrym pomysłem, aczkolwiek nie niemożliwym do realizacji. My jednak spaceru, tym razem, nie bierzemy pod uwagę więc sprawdzamy jakie mamy opcje. I nie jest źle. Można wybierać pomiędzy jazdą tuk tukiem z kierowcą, wypożyczeniem skutera albo wożeniem się autokarem (jak się wykupiło wycieczkę)… Jaką opcję my wybieramy? Jazdę na dwóch kółkach z własnym napędem. A mianowicie rowery, które są dostępne w kilku miejscach na ulicy prowadzącej od rzeki do miasta. Jesteśmy w czwórkę i dzięki rowerom jesteśmy niezależni. Wybieramy sami co chcemy zobaczyć.
 

Gotowi do zwiedzania ruin i świątyń w historycznym mieście Ajutthaja

 
Pomiędzy stupami i ruinami
Spokojnie przejeżdżamy od jednej świątyni do kolejnej. Ruiny i stupy doskonale są widoczne z drogi, nie trzeba więc płacić za wstęp do każdej świątyni. W zupełności wystarczy wejść do jednej, maksymalnie dwóch kompleksów aby z bliska przyjrzeć się zabytkom. Leżący budda jest ostatnim punktem naszego programu.
 
 
Mamy czas
Wracamy do wypożyczalni, oddajemy rowery, przepływamy promem na drugą stronę rzeki i biegniemy na dworzec, zerkamy na tablicę… Po co się tak spieszymy? Nasz pociąg ma opóźnienie… 40 minut… nie szkodzi… mamy czas na przekąski: smażone banany i ziemniaki, lody, owoce, kawa. Wszystko dostępne jest na dworcu bądź przed dworcem. Spokojnie czekamy na nasz spóźniony pociąg, który nadjeżdża niespiesznie… Jedziemy… puf, puf, puf!
 
 
Khlong Lat Mayom Floating Market
Pływający market Khlong Lat Mayom jest oddalony od naszego hotelu o około 20 kilometrów. Zamawiamy więc graba, którym szybko i sprawnie dostajemy się na market. Lubimy buszować po lokalnych targach i jesteśmy pod wrażeniem tego właśnie pływającego targu. To jeden z najlepszych marketów na jakich byliśmy w czasie naszej podróży po Azji. Różnorodne i cudnie wyglądające dania kuszą wyglądem i zapachem. Dostępne są również opcje w wersji wege. Słodkości, świeże soki i owoce można kupić również prosto z łódki. Zachwycamy się i kosztujemy wybrane specjalności, a w przerwie między posiłkami płyniemy łódką...
 
 
Prywatny rejs
Prywatną… bo mamy ją tylko dla naszej czwórki. Uśmiechnięty kapitan kilka razy dziękuje nam, że skorzystaliśmy z jego usług... Płyniemy kanałami i podziwiamy kiście bananów z kwiatem w kolorze purpurowym, papaje na drzewach i mango rosnące nad wodą… „Ciekawe czy dojrzałe mango spada do rzeki czy jednak udaje się je uratować i sprzedać?” Zastanawiam się przez moment. Dzieci i dorośli machają do nas i robią nam zdjęcia… „Jeszcze się im turyści nie znudzili?” A może dlatego, że targ jest czynny tylko w sobotę i niedzielę więc nie mają ich na co dzień. A poza tym to turystów jest tu niewielu, głównie miejscowi. Relaksujemy się przyjemnie na łódce i po pełnym wrażeń rejsie wracamy na targ.
 
 
Po 14:00 ruch słabnie, stoiska zamykają się… Łapiemy się jeszcze na lunch, po którym nadchodzi czas powrotu do hotelu. Ponownie zamawiamy graba… Miejscowi pomagają nam w ustaleniu miejsca, z którego odbierze nas kierowca. Z sukcesem więc odnajdujemy samochód i szybko dostajemy się do centrum. Mamy więc jeszcze czas na kolejny punkt programu… Spacer po nocnym targu i ulicach Bangkoku, zakupy i kolacja. Ostatnie wspólne chwile po których nadchodzi ten moment... Kiedy ponownie się spotkamy? Tego nikt nie wie...
 

Targ Khlong Lat Mayom na którym można zjeść przeróżne tajskie specjalności

Dania i przekąski przygotowywane na bieżąco w różnych wersjach

 
Nic nie dzieje się przypadkiem
To miał być krótki urlop w podróży od podróżowania. Tajlandia jednak nie pozwoliła nam szybko ruszyć w dalszą drogę... Wiadomość o przylocie siostry spowodowała, że podejmujemy decyzję o wydłużeniu naszych spontanicznych wakacji. I tak zamiast dwóch tygodni spędzamy w krainie uśmiechu cztery tygodnie. Nic jednak nie dzieje się przypadkiem o czym przekonujemy się dwa miesiące później.
W ciągu tych czterech tygodni nie wysilamy się za bardzo żeby zwiedzić jak najwięcej. Wręcz przeciwnie. Pozwalamy sobie na relaks i cieszymy się tym co nas otacza. Te cztery tygodnie to czas regeneracji i rodzinnych spotkań, czas nadrabiania blogowych zaległości, zatrzymania i pozwolenia sobie na jeszcze większy slow. Z lekkością podróżujemy po Tajlandii ciesząc się każdym niezapomnianym momentem. Odpuszczamy i cieszymy się słońcem. Z wdzięcznością wspominam czas spędzony z siostrą doceniając jeszcze bardziej takie momenty jak ten. Tym razem moje wspomnienia z pobytu z Tajlandii są zupełnie inne… Warto było dać Tajlandii drugą szansę...