parallax background

W labiryncie Delty Mekongu

20 lipca 2021
Duchowa Siódemka czyli Góry w Delcie Mekongu
19 kwietnia 2021
Słodkie szaleństwo czyli przekąski południowego Wietnamu
10 sierpnia 2021
 
Co może być ciekawego na płaskim terenie? Co my będziemy robić na rozlewisku? Ale tam śmierdzi i jest nudno… To niektóre z moich myśli, które pojawiły się rok temu, kiedy rozpoczynaliśmy naszą podróż po Wietnamie. Zdecydowanie odrzuciłam wtedy propozycję Sebastiana aby odkrywanie Wietnamu rozpocząć właśnie od Delty Mekongu. Przekonania, które miałam na temat miejsca, w którym nigdy wcześniej nie byłam sprawiły, że w marcu 2020 roku wyruszyliśmy z Ho Chi Minh City w kierunku północnym czyli przeciwnie do tego prowadzącego na deltę. Czyżbym potrzebowała czasu aby przetransformować swoje przekonania i na nowo spojrzeć na życie i otaczający nas świat? Nie zakładać niczego z góry? Nie oceniać miejsc w których nigdy wcześniej nie byłam na podstawie subiektywnych opinii innych osób?
 
 

Gdzie jest nasza Asjatka?

W grudniu 2020 roku po raz drugi lądujemy w największym mieście Wietnamu. Po półrocznym pobycie w północnych zakątkach kraju tym razem zapuszczamy się w jego południowe regiony. Ale zanim ponownie wyruszymy w podróż musimy odzyskać naszą Asjatkę. Gdzie jest nasz motocykl? Będąc jeszcze w Hanoi otrzymujemy wiadomość od firmy kurierskiej zajmującej się transportem motocykli, iż możemy odebrać nasz pojazd. Motocykl, który został przez nas wysłany z Hanoi do Ho Chi Minh City pociągiem dociera na miejsce szybciej niż my i od dwóch dni czeka na nas na dworcu kolejowym w HCMC. Odbieramy więc Asjatkę zaraz po przylocie na miejsce. Pierwsze wyzwanie jakie nas czeka to brak paliwa i znalezienie najbliższej stacji benzynowej. Sebastian biegnie więc na stację po butelkę paliwa. Odpalimy czy nie? Nie… ??? Akumulator rozładowany… ??? Jak się odpala motocykl nogą? Po kilku nieudanych próbach podchodzi do nas mężczyzna i zręcznym, stanowczym ruchem nogi odpala nasz motocykl. Uff… jedziemy… Pod prąd… jak to często w Wietnamie się zdarza. Po zatłoczonym mieście jednak nie łatwo jest się poruszać tak aby silnik nie zgasł… Czeka nas naprawa kabelków. Ale najpierw trzeba dojechać do pensjonatu ;) A potem spędzić wieczór w przyjemnym towarzystwie naszych wietnamskich przyjaciół, których poznaliśmy podczas pobytu w Hoang Gia Trang The Rustic Garden.
 

Ale zanim wyjedziemy z HCMC spotykamy się z przyjaciółmi :))

 

Pierwszy kontakt z Deltą Mekongu

Następnego dnia po południu, kiedy ruch na drogach jest naprawdę duży, wyjeżdżamy z HCMC w kierunku zachodnim. To nasz pierwszy, bardzo krótki, kontakt z Deltą Mekongu. Właściwie to obejmuje tylko trasę pomiędzy Ho Chi Minh City, a nadmorskim Hà Tiên skąd płyniemy promem na wyspę Phu Quoc. Na pierwszy nocleg zatrzymujemy się spontanicznie w małej miejscowości Tân Thạnh gdzie krzyżują się dwa kanały. Drugą noc spędzamy w przyjemnym miasteczku Long Châu położonym nad rzeką Mekong. Do miasta płyniemy promem przez Mekong, który jest najdłuższą rzeką Półwyspu Indochińskiego i głównym szlakiem komunikacyjnym. Wieczorem zaś spacerujemy promenadą wzdłuż rzeki i po raz pierwszy czujemy klimat południowego Wietnamu. To jednak dopiero zalążek naszej przygody w Delcie Mekongu. Prawdziwe jej oblicze poznajemy dopiero trzy miesiące później, po powrocie z wyspy na ląd.
 
 

Jakie więc jest południe Wietnamu?

Bez wątpienia jest płaskie. Jest poprzecinane sześcioma głównymi odnogami Mekongu oraz licznymi rozgałęzieniami i niezliczonymi, wąskimi kanałami, które tworzą sieć labiryntu. Rozległa przestrzeń mieni się kolorami niezależnie od pory roku. A pory roku są dwie. Pora deszczowa i pora sucha, o których miejscowi mówią „hot and hotter” czyli gorąco i bardziej gorąco. I to się potwierdza. Temperatura nie spada tutaj poniżej 25 stopni nawet w nocy. Pora deszczowa rozpoczyna się w maju i trwa do listopada. Podczas opadów temperatura delikatnie się obniża dając chwilę wytchnienia i ulgi, natomiast w trakcie upałów najlepiej schować się w cieniu i korzystać z dodających energii poranków i przyjemnych wieczorów. Południe Wietnamu jest przede wszystkim pełne życia, gościnne, uduchowione, gorące i słoneczne albo gorące i pochmurne. Jest również niesamowicie „słodkie” dzięki swojej bogatej i różnorodnej kuchni.
 
 
Różne oblicza natury
Najbardziej na południe wysunięta część kraju, obejmująca swym obszarem również Deltę Mekongu nazywana jest „smoczym ogonem”. Krajobraz delty różni się w zależności od regionu. Prowincja An Giang to przede wszystkim rozległe pola ryżowe z których wyrasta pasmo świętych gór Bảy Núi czyli Siedem Gór. Natomiast prowincja Can Tho to bujne sady owocowe i pola warzywne, które sprawiają, że przestrzeń lśni zielenią. Zieleń uspokaja nadaktywny umysł i wpływa kojąco na zmysły. Najlepszym sposobem aby zanurzyć się w ciche, spokojne, poprzecinane kanałami regiony prowincji Can Tho są wycieczki rowerowe. Zaś podczas spontanicznych wycieczek motocyklowych można obserwować zmieniający się krajobraz pól ryżowych, barki pływające po rzekach, domy położone wzdłuż kanałów. Równiny delty natomiast niesamowicie prezentują się z poziomu świętych gór, zachęcających do pieszych wędrówek.
 

Nie taka płaska ta Delta Mekongu jak myślałam...

 

Kolorowe pola ryżowe

Jest marzec a na polach ryżowych cztery pory roku. Na przestrzeni kilku kilometrów krajobraz zmienia się jak w kalejdoskopie. Część pól mieni się intensywnym zielonym kolorem, dając nowe życie i wiarę w lepszą przyszłość, cześć pól mieni się żółtym kolorem osadzając w teraźniejszości z uczuciem zadowolenia z plonów, które daje żyzna ziemia. Część pól pokryta brązową ziemią daje odpoczynek oraz czas aby przygotować się na nowy cykl i czas siania oraz obserwacji jak ziemia zaczyna kiełkować ukazując nowe możliwości.
 

Cykl kończy się wypaleniem pozostałości po zbiorach

 
Ten naturalny cykl natury inspiruje nas do fotograficznej eksploracji terenu. Wyruszamy więc spontanicznie przed siebie, bez ustalonej z góry trasy. To najlepszy sposób podróżowania. Bez oczekiwań.
 

Niezapowiedziana wizyta w wiosce? Co tu się będzie działo?

 

Stop.. siadajcie… ???

Naszą bazą wypadową po prowincji An Giang jest niewielkie aczkolwiek bardzo przyjemne, miasteczko Tri Tôn, z którego podążając w kierunku zachodnim spontanicznie z głównej drogi zjeżdżamy do wioski wokół której odbywają się właśnie żniwa. Zatrzymujemy się i ruszamy na spacer przez wioskę. Spacer zazwyczaj dostarcza nam wielu wrażeń i pozwala nawiązać kontakt z ludźmi. I tym razem jest podobnie. Nie spodziewamy się jednak aż tak szybkiej reakcji. Z sukcesem przechodzimy „aż” 20 metrów, po czym nadjeżdżający z naprzeciwka mężczyzna pokazuje nam abyśmy się zatrzymali. Po chwili ustawia krzesła, zbiega się grupa dzieciaków, na stoliku pojawia się nước mía (świeżo wyciskany sok z trzciny cukrowej) i w ten sposób w kilka minut stajemy się atrakcją wioski. Dzieci mają okazję potrenować swój angielski z czego chętnie korzystają. Nieśmiało zadają pytania niepewne czy zrozumiemy. Na nasze pytania jednak rzadko uzyskujemy odpowiedź.
 

Dzieci są bardzo nieśmiałe i tylko chłopcy decydują się na wspólne zdjęcie :)

 

Podział obowiązków

Po kilkunastu minutach pełnych euforii i śmiechu ruszamy na spacer. Wzdłuż drogi leżą poukładane jedne na drugich worki z ryżem. Praca przy zbiorach przebiega etapowo i każdy ma przydzielone zadanie. Część osób pracuje bezpośrednio na polu przy zbiorach ryżu. Tutaj wszystko odbywa się przy użyciu kombajnu. Następnie worki z ryżem zwożone są do wioski na platformie intrygującego pojazdu poruszającego się na szerokich gąsienicach. Po rozładunku mężczyźni wracają po kolejne worki. Tymczasem w wiosce odbywa się ważenie worków i ich ewidencja. Waga jednego worka dochodzi do 70 kg. Wśród osób pracujących przy zbiorach odnajdujemy również przedstawicieli szpitala, którzy dbają o przydział ryżu dla miejsca, w którym pracują. Chodzimy, obserwujemy, rozmawiamy z dziećmi i ich rodzicami, robimy zdjęcia. Niektórzy do nas mówią po wietnamsku z nadzieją, że rozumiemy... Chcielibyśmy bardzo ale nijak nam to nie wychodzi. Nasza spontaniczna wycieczka kończy się jednak sukcesem z kilkoma ciekawymi ujęciami.
 

A po zbiorach kaczuchy mają raj do brodzenia w błotku i wygrzebywania ziarenek ryżu

 

Odpoczynek w mieście?

‘W Cần Thơ zostajemy co najmniej tydzień” oświadcza Sebastian. „Co Ty chcesz robić w mieście przez tydzień?” pytam z niedowierzaniem. „Odpoczywać. W domku nad rzeką” słyszę w odpowiedzi. „Odpoczywać w mieście?” Nie potrafię w to uwierzyć… Ale jedziemy. Z miasta Long Xuyên wyjeżdżamy po obiedzie. Suniemy wzdłuż rzeki Song Hau podziwiając zmieniający się krajobraz delty. Późnym popołudniem dojeżdżamy do Can Tho, przejeżdżamy przez most Cầu Cần Thơ, który jest najdłuższym mostem w Delcie Mekongu i za miastem wjeżdżamy w wąską ulicę w której znajduje się „Nguyen Shack”.
 

Mosty w Delcie Mekongu są okazałe ze względu na zaskakująco szerokie odnogi rzeki

Odnogi są tak szerokie, że pomiędzy ich brzegami znajdują się małe wyspy

Spa dla Asjatki. Tak wygląda profesjonalne mycie motocykli w Wietnamie :)

 

„Ja tu nie zostaję”

Nguyen Shack to kompleks kilkunastu bungalowów wykonanych z bambusa. Niegdyś cieszył się ogromnym zainteresowaniem ze strony zagranicznych turystów. Obecnie zionie pustką i podupada. Miejsce na pierwszy rzut oka nie robi dobrego wrażenia ze względu na brak porządku i unoszący się wszędzie kurz. Kobieta pracująca w ośrodku prowadzi nas do bungalowa. Przechodzimy przez most wiszący nas rzeką, ogród pełen drzew owocowych, podest wątpliwej jakości i wchodzimy do środka bambusowego domu… Niepewnie przekraczam próg. W powietrzu unosi się kurz. Z podłogi wystaje deska o którą łatwo można potknąć się w drodze na taras. Na łóżkach znajduje się pełno śmieci spadających z nieszczelnego dachu… Gdzie my jesteśmy? Z niedowierzaniem patrzę na Sebastiana, który jest zachwycony otaczającą nas przyrodą i prostotą miejsca. Chcę stąd jak najszybciej uciec. "Jak ja mam zostać w miejscu w którym jest brudno? Najpierw musiałabym tu posprzątać” - mówię do męża. Nie jestem zadowolona ale jestem też zmęczona i jest już wieczór. Prosimy o zmianę pościeli i szybkie sprzątanie i zostajemy na noc…, na trzy noce..., na tydzień..., na miesiąc…
 

Mostek prowadzący z części głównej do ogrodu i bungalowów położonych nad rzeką

Bungalow po naszej "modernizacji". Wystającej deski z podłogi nie dało się naprawić. Przez powstałą dziurę usuwamy pozamiatane śmieci z podłogi ;) Zamiatanie podłogi odbywa się kilka razy dziennie ;)

Taras po "modernizacji". Sebastian mocuje moskitiery abyśmy mogli wieczorami bujać się na hamaku. Jest dużo lepiej ale gryzące paskudy i tak znajdują sposób aby dostać się do środka ;(

 

A jednak zostaję…

Co nas zatrzymuje w tym miejscu? Otoczenie. Wokół nas jest zielono jak okiem sięgnąć. Z obu stron domu rosną bananowce, drzewa jack fruit, ananasy, wietnamskie jabłka, jest ogród z warzywami, a naprzeciwko za rzeką rosną papaje. Jesteśmy na obrzeżach Can Tho – największego miasta w Delcie Mekongu, a w ogóle nie słyszymy gwaru miasta. Wręcz przeciwnie. Delektujemy się ciszą i spokojem, który panuje w okolicy. Codziennie rano jeżdżę na rowerze na targ po śniadanie i przekąski. Po południu zaś jeździmy razem na rowerowe wycieczki podczas których obserwujemy codzienne życie mieszkańców Delty Mekongu. Sebastian miał rację – odpoczynek w tym mieście jest możliwy.
 

Codzienne odkrywamy jakiegoś ananasa rosnącego między drzewami, którego nie widać na pierwszy rzut oka

Owoce jack fruit osiągają gigantyczne rozmiary. Na jednym niewielkim drzewie można znaleźć nawet kilkanaście owoców

Widok z tarasu na "znikającą" rzekę i plantację papai

 

Na dwóch kółkach z własnym napędem

Obszar, na którym się znajdujemy jest pełny węższych bądź szerszych kanałów. Wzdłuż tych kanałów mieszkają ludzie. W murowanych domach z ogródkiem. Pełno tu sadów owocowych i pól warzywnych. Wąskie ulice wyglądają jak alejki, które można by nazwać: „Alejka bananowa”, „Alejka jack fruit”, „Alejka papajowa”. Drogi pomiędzy kanałami połączone są mostami dzięki czemu jadąc na skuterze czy rowerze łatwo można przedostać się na drugą stronę. Ulice jednak są tak wąskie, że samochodów na tym obszarze nie ma bądź są rzadkością. Inną opcją przemieszczania się w labiryncie odnóg rzecznych i kanałów jest łódka, z której często korzystają miejscowi.
 

W sąsiedniej prowincji Hau Giang podczas zakupów na lokalnym targu obserwujemy domy położone nad rzeką

Podczas codziennych wycieczek rowerowych obserwujemy życie mieszkańców Delty Mekongu i otaczające nas sady owocowe

 
Podczas wycieczek rowerowych obserwujemy dzieci kąpiące się w rzece, które z daleka wołają do nas „hello”, kobiety robiące pranie, mężczyzn łowiących węgorze, większe i mniejsze łódki które stacjonują przy brzegu. W tej części prowincji Can Tho można codziennie zapuścić się w inną okolicę oraz zgubić w gąszczu dróżek i mostów. A potem szukać drogi powrotnej co może okazać się niemałym wyzwaniem ;) Wszędzie panuje harmonia, cisza, spokój i porządek. Okolica jest czysta i zielona.
 

Domy z widokiem na rzekę. Tylnym wyjściem można bezpośrednio wejść na łódkę i wypłynąć

 

Zakupy z łodzi na Chợ Nổi Cái Răng

Atrakcją regionu jest pływający targ. Jak sama nazwa wskazuje targowisko znajduje się na rzece. Targ odbywa się codziennie w godzinach porannych od 4:00 do 9:00. W wyznaczonym miejscu gromadzą się sprzedawcy warzyw i owoców, którzy oferują swoje towary prosto z łodzi, będące jednocześnie ich domem. Targ jest atrakcją turystyczną dlatego też pomiędzy dużymi łodziami kursują małe łódki, które oferują ciepłe śniadanie, napoje oraz owoce. Operatorzy tych łodzi z dużą wprawą przypinają się do łodzi turystycznej i zachęcają do zakupu swoich produktów. Na taką poranną wycieczkę można wybrać się z grupą wykupując pakiet czterech atrakcji na nabrzeżu Bến Ninh Kiều. Rejsy rozpoczynają się od godziny 5:00 i trwają 4 godziny. Można również wynająć sobie prywatną łódkę i w promieniach wschodzącego słońca wypłynąć na wody rzeki Sông Cần Thơ.
 

Sprzedawcy zręcznie przypinają swoją łódź do łodzi turystycznej i w ten sposób sprzedają owoce

 

Naciągane atrakcje

Wybieramy opcję wycieczki z grupą. O 5:00 rano podjeżdżamy na nabrzeże i zgodnie z powiedzeniem "podążaj za tłumem" kierujemy się prosto do punktu sprzedaży wycieczek. Wykupujemy pakiet czterech atrakcji w cenie 50 000 VND i wraz z 50 krajowymi turystami bierzemy udział w wycieczce zorganizowanej. Kilkanaście łodzi wypływa przed nami bo my czekamy na spóźnialskich. Na łodzi jest anglojęzyczny przewodnik, który w skrócie wyjaśnia nam jak będzie przebiegał rejs. W promieniach wschodzącego słońca dopływamy na targ. Chętni robią zakupy od pływających sprzedawców, kupują owoce, kawę lub inny napój serwowany na wynos. Obserwujemy małe prywatne łódki i trochę żałujemy, że zrezygnowaliśmy z takiej opcji wycieczki. Moglibyśmy sobie zjeść zupkę na śniadanie w łódce i popłynąć tam gdzie byśmy chcieli. Ach, co by było gdyby? Zdecydowaliśmy się na tańszą opcję wycieczki z dużą grupą więc śniadanie jemy na platformie na której znajduje się restauracja i sklep z pamiątkami. Po śniadaniu niespodziewanie zostajemy poproszeni o zmianę łodzi. Dlaczego? Nie wiemy. Ale druga łódka jest mniejsza, a przewodniczka lubi żartować. Jest to więc zmiana na plus. Krążymy dwa razy naokoło targu, po czym ponownie zatrzymujemy sie w sklepie z pamiątkami. Hm? O co chodzi? Dziwna ta wycieczka. Po długiej przerwie płyniemy do owocowego sadu gdzie spędzamy kolejną godzinę. Ostatnim punktem wycieczki jest wizyta w "fabryce makaronu", która znajduje się nieopodal targu na którym codziennie robimy zakupy. W sklepie z pamiątkami wyrabiany jest makaron, który również można zakupić na miejscu. Wracamy do portu po pięciu godzinach kursowania po rzece biorąc udział w trochę "naciąganej" wycieczce ale najważniejsze jest to, że widzieliśmy pływający targ, a to było celem naszej wycieczki.
 

Łodzie przycumowane do brzegu na rzece Song Can Tho

 

Transport

Delta Mekongu poprzecinana jest rzekami i kanałami. W miejscach, w których nie zbudowano jeszcze mostów transport przez wodę odbywa się za pomocą promu. Zazwyczaj przeprawa odbywa się sprawnie. Przeprawiamy się przez rzekę kilkakrotnie dzięki czemu nasza podróż jest bardziej urozmaicona. Koszt takiej przeprawy jest symboliczny. Drogą wodną transportowane są również materiały budowlane, ryż, maszyny. Barki kursują nieustannie.
 

Barki w Delcie Mekongu służą ludziom jako środek transportu oraz dają dach nad głową

 

Słodkie szaleństwo

Delta Mekongu to królestwo słodkich przekąsek. Najwięcej z nich można znaleźć na targu w godzinach porannych. Kolorowe parowane ciasta i buchty, ciasta ryżowe, lepki ryż w różnych kolorach z dodatkiem fasolki, naleśniki z mąki ryżowej faszerowane fasolką mung i kokosem, różne rodzaje „che” na ciepło lub z lodem. To zdecydowanie najsłodszy region Wietnamu. Na południu nawet do zup dodawany jest cukier. Smak i bogactwo składników w zupie może więc być zaskakujący. To również najtańszy zakątek kraju. Restauracje wegetariańskie czyli quan chay są wszędzie, a ceny zaskakują nas bardzo pozytywnie.

Śniadanie na słodko i deser do herbatki kupowane na targu :)
 
 
Na obiad i kolację mamy coś bardziej wytrawnego :)
 
 

Wyzwania

Podczas pobytu w Can Tho mamy trzy wyzwania: brak wifi, bezwzględne krwiopijcze komary i wizyta u stomatologa. Co jest najgorsze? Komary! Pogryzienia komarów doprowadzają mnie do łez, a brak wifi stwarza okazję do „nic nie robienia”. Najsprawniej radzimy sobie z wyzwaniem trzecim.
 
 
Auć... boję się…
Wizyta w klinice stomatologicznej poleconej nam przez poznaną tydzień wcześniej dziewczynę przerasta nasze oczekiwania. W klinice jest czysto i sterylnie, a usługi świadczone są na najwyższym poziomie, bardzo profesjonalnie. Leczenie kanałowe w pierwszym momencie wywołuje mieszane uczucia i przerażenie. Trzeba jednak zaufać i poddać się leczeniu. Cztery wizyty, dzień po dniu i koronka idealnie przylega do zęba, a Sebastian z uśmiechem dziękuje lekarzowi za pełne zaangażowanie i miłą obsługę.
 

W klinice stomatologicznej na tym krześle Sebastian spędza kilka godzin

 
Co zamiast wifi?
Drugie wyzwanie to brak wifi. Co zrobić z wolnym czasem, którego jest więcej? Jak sobie radzimy z brakiem internetu? Poprzez akceptację i docenienie tego co nas otacza. Czerpię pozytywną energię z możliwości, które daje mi zielona przestrzeń wokół nas. To czas regeneracji wśród natury, czas bujania się w hamaku, czytania książek, słuchania świerszczy, rechotu żab, oglądania świetlików i „odpływania” w drzemkę na hamaku, czas wycieczek rowerowych i porannych zakupów na targu. Czas bez wifi i bez celu. Czas odkrywania i poznawania siebie w nowych okolicznościach. Czas akceptacji tego co jest. Brak wifi szybko przestaje być problemem. Rośnie natomiast potrzeba stabilizacji, która jest zalążkiem zmiany charakteru naszej podróży.
 

A na straży czuwa pajączek... Wstęp do domku z bambusa wzbroniony ;)

 
Swędzi do bólu… wyjeżdżam stąd!
Najtrudniejsze dla mnie wyzwanie to komary i nie wiadomo co jeszcze, co gryzie. Z tym radzę sobie najsłabiej. Jest to bowiem czas kiedy jestem non stop pogryziona. Krem na komary tym razem się nie sprawdza. Swędzi mnie całe ciało i to jest w tym wszystkim najtrudniejsze do zniesienia. Bąble nie znikają jak po ugryzieniach znanych nam polskich komarów ale utrzymują się przez kilka dni. Olejek łagodzący swędzenie pomaga na chwilę i tylko łagodzi swędzenie, które odnawia się kilka razy. Siedzenie w getrach i bluzie z długim rękawem w temperaturze 30 stopni celcjusza nie wchodzi w grę na dłuższą metę. Poza tym nie przynosi 100% efektów. Ten aspekt więc wraz z rozpoczynającą się porą deszczową, podczas której komarów jest jeszcze więcej, jest na tyle kluczowy, że postanawiamy opuścić Nguyen Shack i Deltę Mekongu w momencie kiedy w Wietnamie rozpoczyna się „czwarta fala”. Rezygnujemy z podróży do najbardziej na południe wysuniętych prowincji Wietnamu i ruszamy w kierunku północnym.
 
 

W zaufaniu do Siebie

Po raz pierwszy, od ponad roku, decydujemy się na podróż w czasie kiedy wśród ludzi wzrasta poziom strachu i nieufności. Po czternastu miesiącach spędzonych w różnych częściach Wietnamu, po przejechaniu siedemnaśtu tysięcy kilometrów na motocyklu, odkrywamy nowe oblicze podróżowania po Wietnamie. Rosnący w powietrzu poziom strachu zmienia ludzi tak bardzo, że nie mamy pewności czy podczas nocnego snu będziemy mieć dach nad głową… Wzmożona akcja wykrywania nielegalnych imigrantów również nam nie pomaga w przemieszczaniu się zwłaszcza w momencie gdy nasze paszporty znajdują się w departamencie imigracyjnym w Hanoi... Ale to już zupełnie inna historia… I inny cykl naszej podróży...
 

Rzucamy się na głęboką wodę... po raz kolejny...

 

Delta Mekongu – czy warto?

Zmiana, która dokonała się we mnie sprawiła, że z lekkością i ogromnym zainteresowaniem odkrywamy różnorodność Delty Mekongu, intrygujące życie ludzi, ich gościnność i serdeczność. Odkrywamy nowe potrawy i nowe smaki wśród których dominuje smak słodki. Podziwiam kulinarną kreatywność kobiet i jestem pod wrażeniem ile różnorodnych przekąsek można przygotować bez użycia piekarnika. Klimat, który panuje w tym regionie sprawia, że targi pełne są owoców i warzyw przez cały rok, a żyzna gleba pozwala rolnikom zbierać ryż aż trzy razy rocznie. Rzeki i kanały wykorzystywane są do przewozu zarówno ryżu, jak materiałów budowlanych. Łodzie służą nie tylko do transportu ale często są również domem dla ich właścicieli. Największym zaskoczeniem jednak jest to, że poziom wody w kanałach i rzekach zmienia się w zależności od fazy księżyca. Przypływy i odpływy docierają daleko w głąb lądu sprawiając, że wypełniony wieczorem wodą kanał może świecić niemal pustym dnem o poranku.
 
 

Delta Mekongu jest intrygująca. Zaskakuje. Wciąga. Zatrzymuje na dłużej i zmusza do refleksji na temat własnych przekonań.
Dlatego nie zakładaj niczego z góry i otwórz się na nowe doświadczenie :)

 
 

Zmiana

To już ostatni wpis z cyklu „Podróż przez Wietnam”. Wraz z wyjazdem z Can Tho, który ma miejsce 5 maja 2021 roku, zmienia się charakter naszej podróży. Po intensywnych i pełnych niezapomnianych przygód czternastu miesiącach w czasie których przemierzyliśmy Wietnam z południa na północ oraz północy na południe decydujemy się na stabilizację i zamieszkanie w jednym miejscu. Taki jest nasz plan. Dokąd uda nam się dojechać? Gdzie się zatrzymamy? Na jak długo? Czy to koniec naszych przygód? NIE! Wręcz przeciwnie. Przed nami nowe wyzwania sprawdzające nasze zaufanie do siebie samych jak i siły która nas prowadzi. Gdzie nas to zaprowadzi? To wielka niewiadoma również dla nas ;)
 

W promieniach zachodzącego słońca nad Mekongiem... Co dalej? Wielka niewiadoma...