Gunung Matchinchang to druga najwyższa góra na Langkawi po Gunung Raja i ma wysokość nieco ponad 700 m n.p.m. Jest to również najstarsza formacja skalna w całej Azji Południowo-Wschodniej i powstała około 550 milionów lat temu. Góra jest częścią Geoparku Światowego Dziedzictwa UNESCO a po drodze na szczyt można zobaczyć oszałamiające formacje skalne, gigantyczne drzewa i liście lasu tropikalnego oraz mnóstwo różnorodnej flory i fauny. Ze szczytu można podziwiać panoramę wyspy i morza.

Podekscytowani perspektywą trekkingu w lesie deszczowym i wejścia na szczyt zrywamy się z łóżka przed wschodem słońca. O godzinie 7:00 wsiadamy na skuter i ruszamy na podbój Gunung Matchinchang. O tej godzinie jeszcze było wyczuwalne chłodne powietrze a chmury przybrały delikatny różowy kolor co oznaczało wschód słońca. Podczas drogi rozglądałam się nieustannie w poszukiwaniu otwartej knajpki w której moglibyśmy zjeść śniadanie.
- Rozglądaj się za knajpką gdzie chciałabyś zjeść śniadanie – słyszę głos Sebastiana
- Do skrzyżowania musimy coś znaleźć bo później już nic nie będzie” – mówię i kilka minut później Sebastian zatrzymuje skuter, zerkam w lewo a tu, jak na zawołanie, knajpka na rogu w której ciasto na roti już było wyrobione i uformowane chlebki czekały na swoją kolej smażenia. Od razu zamawiamy po jednym roti canai i cieszymy się, że w idealnym miejscu udało nam się zjeść pyszne śniadanie. Roti canai jest naszym ulubionym chlebkiem. W Malezji cieszy się ogromną popularnością i prawie na każdym kroku w godzinach dopołudniowych można znaleźć miejsce gdzie chlebki są smażone na rozgrzanej płycie. Roti canai jest podawane z dhalem lub curry. Nigdy nie trafiliśmy na dwa identyczne sosy.


Po smacznym śniadaniu zmierzamy na parking w Pantai Kok z którego wychodzi się na Seven Wells Waterfals. W miejscu tym jeszcze wszystko jest zamknięte, nie ma nawet panów, którzy pobierają opłatę za parking (co nie oznacza, że za niego nie zapłaciliśmy - po powrocie z trekkingu zostaliśmy poproszeni o uiszczenie opłaty). Początek szlaku jest nam już znany. Wchodzimy po 638 stopniach do miejsca Seven Wells Waterfals, przekraczamy rzekę i tu rozpoczyna się nasza przygoda.


Początkowo szlak biegnie równoległe do strumienia i już od samego początku widać, że nie jest zbyt często uczęszczany. Ścieżka jest zarośnięta ale oznaczona biało czerwonymi foliami zawieszonymi na drzewach. Idziemy wśród bujnej roślinności lasu deszczowego nie do końca spodziewając się jak ten szlak może wyglądać. Wokół rozbrzmiewają dźwięki ptaków, cykad i czegoś co wydaje dźwięk brzmiący jak piła. Na ścieżce owad wytrwale walczy z glistą aż jej nie przetnie na pół i nadal atakuje żyjącą część glisty nie zadowalając się martwą połówką. Mijamy strumień rzeki, przechodzimy przez most, las gęstnieje, jest coraz ciemniej a my coraz bardziej zaczynamy się wspinać do góry.


Po jakimś czasie szlak na mapach maps.me z których korzystamy się kończy a na szlaku pojawia się lina, która jest poprowadzona do samego szczytu. Wspinamy się po śliskich skałach, korzeniach drzew aż tu nagle słyszę głos Sebastiana:
- Tu są pijawki! – informuje mnie
- Co pijawki? Nie miałam jeszcze do czynienia w pijawkami…na pewno mnie nie zaatakują - myślę sobie w duchu i idę dalej ale już co chwilę zerkam na nogi. Po chwili widzę jedną małą przyczepioną do łydki, zrzucam ją z siebie i coraz szybciej idę pod górę.
- Myślałem, że mam kamyk w bucie a to pijawka! Sprawdź sobie buty!
- Nic nie czuję, mnie na pewno nie zaatakują, idę – i już po chwili czuję „kamyk” w bucie.
- Hmm, a może to jednak nie kamień. Lepiej sprawdzę – ściągam buta a tam „nabombiona” pijawka siedzi w środku, druga mniejsza przyczepiona do stopy poi się moja krwią. Pozbywam się nieproszonych gości i ruszam w górę, coraz szybciej. Nagle zapragnęłam szybko zdobyć ten szczyt i znikać z tego urokliwego lasu pełnego pijawek.


Ścieżka robi się coraz bardziej stroma, miejscami jest bardzo ślisko.
- Zwolnij trochę, nie możemy się za bardzo od siebie oddalać! – Sebastian został daleko z tyłu
Ale mój poziom adrenaliny wzrósł i dlatego prawie już wbiegałam na tę górę a tu szczytu jak nie ma tak nie ma. Po dwóch godzinach trekkingu, regularnym sprawdzaniu stóp na obecność pijawek docieramy na wysokość 701 metrów.

Widok ze szczytu rekompensuje trud wspinaczki. Cieszymy się, że wybraliśmy opcję trekkingu zamiast wjazdu kolejką, którą widzimy na wprost siebie. Podczas 15 minutowego pobytu na szczycie podziwiamy piękny kolor morza, okoliczne wysepki, część lądu i jednocześnie nadciagające chmury, które w mgnieniu oka pokryły górę.
„Jesteśmy już w chmurach, spadamy stąd” – mówię do Sebastiana


Zaczynamy schodzić. Po chwili spotykamy pierwszą i jedyną grupę ludzi z przewodnikiem, którzy zmierzają na szczyt. Po krótkiej rozmowie ruszamy w dół trzymając się liny. Po chwili słyszę szum, zaczęło padać. Co jakiś czas przez gęste liście przedostają się krople deszczu na ścieżkę. Robi się coraz ciemniej i znowu te pijawki atakują. Co jakiś czas sprawdzamy sandały. Kiedy lina się kończy oddycham z ulgą bo wiem, że pozostała część szlaku jest już całkiem przyjemna, chociaż uczucie obecności pijawek pozostaje jeszcze na długo.


Po niecałych dwóch godzinach docieramy do punktu startu i ze satysfakcją spoglądamy na siebie. Zafundowaliśmy sobie sporą dawkę adrenaliny, wspinaczkę po śliskich skałach z liną w rękach w otoczeniu bujnej roślinności lasu deszczowego i towarzystwie niesamowitych dźwięków dochodzących z różnych stron oraz przepiękny widok ze szczytu i w dodatku nie musieliśmy korzystać z atrakcji oferowanych turystom. Było warto wstać wcześnie aby przeżyć wspaniałą przygodę i znaleźć coś idealnego dla nas na tej typowo turystycznej wyspie.

Po trekkingu zażyliśmy kąpieli pod wodospadem Temurun co było orzeźwiającym zakończeniem tej niesamowitej przygody. W drugiej części dnia zdecydowaliśmy się na objazd wyspy w kierunku głównego miasta Kuah zatrzymując się po drodze na lunch w jednej z przydrożnych knajpek przy której od razu można było zakupić również owoce duku oraz słodki deser.
Dzień zakończyliśmy kolacją na nocnym targu i w ten oto sposób skończyła się nasza przygoda na Langkawi. Na wyspie spędziliśmy 72 godziny i to nam wystarczyło aby zwiedzić wyspę i jednocześnie efektywnie wykorzystać ten czas oraz przekonać się, że w każdym miejscu każdy może znaleźć coś odpowiedniego dla siebie.

Wskazówki:
• Szlak jest wymagający, my regularnie chodzimy po górach, mamy za sobą kurs wspinaczkowy i niezliczoną ilość przebytych szlaków dlatego decydując się na wejście na Gunung Matchinchang proszę weź pod uwagę swoje możliwości fizyczne i warunki pogodowe
• Najlepszą porą na trekking jest pora sucha czyli od listopada do marca, w porze deszczowej na szlaku może być ślisko dlatego warto skorzystać wtedy z liny. My odbyliśmy ten trekking w sierpniu i miejscami było naprawdę ślisko
• Upewnij się, że masz odpowiednie buty ze stabilną podeszwą
• Podczas wędrówki należy ściśle trzymać się wyznaczonego szlaku
• Istnieje również możliwość wejścia na szczyt z przewodnikiem, jest to trekking organizowany przez operatora kolejki i nazywa się Skytrail Trek lub też zapytać o ofertę innych operatorów






