Szum wodospadu koi, uspokaja, zmusza do zatrzymania się na chwilę. Chwilę, która przeradza się w dłuższą chwilę. Spoglądam na strumień spływającej wody, muszki latające wokół porośniętej mchem skały, zielone i brązowe liście, niewielką jaskinię, którą delikatnie muskają promyki słońca odbijające się od tafli wody. Nad nami góruje olbrzymi, otoczony bujną roślinnością wodospad Anisakan. O tej porze roku spływa z niego niewiele wody ale i tak robi wrażenie. Jest przyjemne rześkie powietrze, takie jak lubię, siadam na kamieniu i rozkoszuję się otaczającą nas przyrodą. Jesteśmy tu sami w ten walentynkowy poranek. W końcu poza miastem. Nikt ani nic nie zakłóca dźwięków natury. Co najwyżej ptaszki podejmują próbę przebicia się swoim śpiewem przez szum spływającej wody.

Walentynki wśród wodospadów
Skuter gotowy do drogi, my też. Ruszamy, w podskokach (ach ten półautomat nie chce dać się ujarzmić), podziwiać wodospady. Wodospady, których niespodziewanie jest więcej niż myśleliśmy. Małe, ukryte i olbrzym zaznaczony na mapie. W niecałe pół godziny z Pyin Oo Lwin dojeżdżamy na parking w Anisakan. Płacimy 500 MMK i zaczynamy schodzić ścieżką w dół. A wraz z nami miejscowy młody chłopak i dziewczyna. „O, też ruszają w tym momencie co my? Dziwne”. Po chwili chłopak przedstawia się jako przewodnik, który poprowadzi nas taką ścieżką abyśmy mogli zobaczyć cztery ukryte wodospady. Nie, no kolejny przewodnik. Bez przesady. Ścieżka jest idealnie zaznaczona na maps.me a poza tym chcemy iść sami. Szybko i zdecydowanie dziękujemy za oferowane usługi i dalej już idziemy bez asysty. Szeroka utwardzona ścieżka schodzi stromo w dół. Po chwili widzimy rozwidlenie. To tu można skręcić w prawo aby zobaczyć ukryte wodospady.

Schodzimy krętą, utwardzaną drogą, zaglądając co kryje się za zakrętem...być może jest tam jakiś ukryty wodospad?

Nie, tym razem nie skorzystamy z żadnego środka transportu ;)
My jednak kontynuujemy zejście szeroką drogą. Mijamy kolejne zakręty. Na jednym z nich odbijamy delikatnie w lewo. Przed nami pojawia się mini wodospad. Zielone dno przebija się przez wodę. Zatrzymujemy się na chwilę i już wiemy, że to będzie dłuższa wyprawa... Bo jak tu się nie zatrzymać kiedy szum wody koi zmysły i wręcz zachęca do kontemplacji. Z tego miejsca udaje mi się wyrwać Sebastiana po kilku minutach. Przy kolejnym mini wodospadzie, tuż obok świątyni, już oboje wpadamy w "sidła" lejącej się wody. Nawet nie wiem kiedy mija godzina albo dwie.

Pierwszy mini wodospad ukryty za zakrętem ... ledwo co wyrywam Sebastiana z zadumy i dłuższej kontemplacji ...

Aby za chwilę też wpaść w sidła szumiącej wody ... tu już zatrzymujemy się na dłużej ...
Kilka metrów dalej jest Anisakan. Zanim jednak uda się nam do niego podejść zagaduje nas kolejny młodzieniec. Uprzedzając go mówimy, że nie chcemy przewodnika. On jednak proponuje nam transport. "Tylko 10 minut na skuterze i będziecie u góry. Pieszo pójdziecie aż godzinę". Przyjemną godzinę a może i dłużej bo tak chcemy i lubimy. Zdecydowanie dziękujemy za kolejną ofertę. I już jesteśmy pod wodospadem, siedząc na kolejnym kamieniu, obserwując wąskie strumienie spadającej wody. Sebastian wskakuje do zimnej wody i jest zachwycony widokiem skał z bliska. Mi wystarczy uczucie orzeźwiającej bryzy i kropel wody delikatnie muskających twarz. Mija kolejna godzina. W końcu decydujemy się na lunch w knajpce położonej obok.

I jeszcze dłużej pod Anisakanem aby wskoczyć do krystalicznie czystej wody ...

I odkryć, że longyi pełni również funkcję stroju kąpielowego...i że nie trzeba mieć pełnej szafy ubrań na każdą okazję :)
Upss, zasiedzieliśmy się, a przecież jeszcze kilka wodospadów przed nami. Wchodzimy na wąską ścieżkę biegnącą z prawej strony knajpy. Pniemy się do góry. I oboje cieszymy się z obranego kierunku. Zdecydowanie łatwiej po tej ścieżce się wchodzi niż schodzi. Jest stromo a w porze deszczowej prawdopodobnie bardzo ślisko. Dzięki aplikacji maps.me znajdujemy wszystkie wodospady i te małe i ten ukryty i największy Dat Taw Gyiant. O tej porze roku jednak woda z niego nie spływa, no może jakimś tylko małym ciurkiem, nie widocznym z dużej odległości.

Ciekawe co też tam jest na górze? Sprawdzimy ...

I widzimy knajpkę i miejsce gdzie spędziliśmy kilka godzin...a z drugiej strony kolejne poziomy wodospadu
Z wąskiej ścieżki wchodzimy na utwardzoną drogę i wracamy na parking. Wskakujemy na skuter i jedziemy do punktu widokowego, który okazuje się resortem. Wstęp na punkt z którego rozpościera się widok na Dat Taw Gyiant kosztuje 1000 MMK. Ze względu na porę suchą i brak wody na wodospadzie, wchodzimy do resortu za darmo. Kończymy ten walentynkowy dzień zdjęciem z widokiem na dolinę wodospadów :)

Zielona herbatka w mini filiżankach z widokiem na wodospad smakuje jeszcze lepiej :)













