parallax background

Zielona Północ cz.2
Nad jeziorem Ba Be

15 września 2020
Zielona Północ cz.1z Mau Son do Bac Son
14 września 2020
Zielona Północ cz.3 Perełki Cao Bang Ban Gioc & Oko Anioła
16 września 2020


Witajcie
w urokliwej krainie
nad
Jeziorem Ba Be.

Drugi etap odkrywania północno-wschodnich regionów Wietnamu to wyprawa nad jezioro Ba Be. A może raczej przeprawa? Niewątpliwie dotarcie motocyklem z Bak Son do Pac Ngoi to przygoda sama w sobie, ubarwiona niespodziewanymi wydarzeniami, zaskakującymi jakościowo drogami, kluczeniem w ciemnościach i wielką niewiadomą „jak wygląda okolica w której jesteśmy?”. Odpowiedź nadeszła wraz z pierwszymi promieniami słońca rozświetlającymi mrok nocy…

Chwila wytchnienia w zielonej przestrzeni jeziora Ba Be

Trzask, zgrzyt, aż ciarki przeszły…
Wyruszając z Bac Son w dalszą drogę do końca nie wiemy gdzie się zatrzymamy. Może to będzie Bak Kan… chociaż oboje w głębi duszy czujemy, że Bak Kan to nie będzie… Udajemy się jednak w tym kierunku. W wiosce Binh Gia skręcamy w lewo na drogę numer QL279. Po godzinie płynnej jazdy po szerokiej i będącej w niezłym stanie drodze, zaczynamy nabierać wysokości. Droga się zwęża. Wjeżdżamy pod górkę, potem z górki... i znowu pod górkę.. aż tu nagle trzask, zgrzyt, aż ciarki przeszły… zatrzymujemy się… co się stało? Zerkamy w dół a tam łańcuch, który sobie luźno zwisa… „Musimy postawić motocykl na nóżkach"… słyszę. Hmm, biorąc pod uwagę wagę naszej Asjatki wraz z bagażami to lekko nie będzie. Wspólnymi siłami stawiamy jednak motocykl na nóżkach pamiętając, że nachylenie drogi wynosi około 10 stopni. Kolejny krok to zamontować łańcuch, podnieść koło, przekręcić... i jest, udało się! Jedziemy! Aż 100 metrów... Trzask, zgrzyt jeszcze większy... Powtórka ... Jedziemy kolejne 100 metrów... I znowu to samo. Bez narzędzi ani rusz. Konieczna jest korekta naciągu łańcucha.. Wracamy do miejsca, w którym łańcuch spadł nam po raz pierwszy przypominając sobie, że przy drodze stał dom, a w nim byli ludzie... Może pomogą?
Czy ktoś tu ma narzędzia?
Myślę, że nieprzypadkowo łańcuch spadł po raz pierwszy przy jedynym, w przeciągu kilku kilometrów, domu... Po raz trzeci zakładamy łańcuch i powoli zjeżdżamy aby zwrócić się o pomoc miejscowych. Kiedy parkujemy na jezdni przed domem, na plac podjeżdża dwóch mężczyzn, rzucają szybkie "hello" i znikają w środku... Hmm??? No to mamy pierwsze zadanie - wyciągnąć ich na zewnątrz. Przed drzwiami stoi pies, który zaczyna szczekać kiedy Sebastian podchodzi do drzwi. Słyszymy „hello” ale nikt nie przejawia zainteresowania turystami w potrzebie. Po chwili jednak jedna osoba za drugą wychodzą z domu. Dołącza do nich również gospodyni. Zasięgu brak, tłumacz Google nie działa. Na szczęście Sebastian ma wersję offline ale tylko do tłumaczenia w jedną stronę czyli z polskiego na wietnamski. Ważne, że chociaż oni mogą nas zrozumieć, bo my ich już nie. Po chwili kiedy już wszyscy wiedzą o co chodzi, zostajemy zaproszeni do środka. Siadamy na macie pośrodku domu i pijemy schłodzoną wodę. I rozpoczynamy rozmowę, taką na migi z pomocą rąk a trochę z pomocą tłumacza :) Kilka minut później przyjeżdżają narzędzia. Wspólnymi siłami łańcuch zostaje naciągnięty. Hurra!! Pamiątkowe zdjęcia, ogromna radość, symboliczna zapłata w ramach wymiany energetycznej i ciśniemy dalej :)))

Przyjechały narzędzia... bierzemy się więc do roboty :)

Hurra! Łańcuch naprawiony.. możemy cisnąć dalej :)

W podskokach do Bac Kan
Zabawa z łańcuchem trwała ponad godzinę. Zdajemy sobie sprawę z tego, że nie dotrzemy do „większej” wioski na lunch. A my już dobrze wiemy, że na północy jak nie zjemy obiadu do 12:30 to na następny posiłek mamy szansę po 17:00. Tym bardziej, że w małych wioskach opcji jest mało albo wcale. Los nam jednak sprzyja. Kiedy przejeżdżamy przez mini wioskę zauważamy tablicę „Bun Pho” przed jednym z domów. Nikogo nie ma ale są garnki. Kręcimy się chwilę i kiedy chcemy odjeżdżać z domu wychodzi młody mężczyzna. Po 5 minutach mamy przed sobą dwie duże miski gorącej zupy z makaronem ryżowym. To są te momenty kiedy odpuszczamy wegetarianizm, nie wybrzydzam, nie kręcę nosem tylko cieszę się, że mam co jeść :) Bo przed nami jeszcze kawał drogi. I to jakiej drogi! W budowie! W prowincji Bac Kan drogi numer QL279 i QL3 są w całości rozgrzebane. Niewątpliwie będzie to kiedyś szeroka i równa droga ale jak na razie jedziemy w podskokach... dryfując pomiędzy kamieniami, koparkami i walcami. I tak przez dwie długie, niekończące się godziny.

Tym razem jemy to co serwują... zupa Bun gdzieś na trasie

Teraz nasza kolej... Ja tradycyjnie w takich momentach idę pieszo ;)

„Tylko żebyśmy nie wpadli do jeziora”
W Bac Kan robimy sobie przerwę na kawę i naradę. Jest godzina 16:00. Oboje jednak z przekonaniem podejmujemy decyzję aby jechać dalej… nad jezioro Ba Be. O 16:50 ruszamy do wioski Pac Ngoi. Drogi numer QL3 oraz DT258 tym razem są w bardzo dobrym stanie, bez dziur. Po drodze jemy kolację i w okolice jeziora dojeżdżamy już w całkowitych ciemnościach. W pewnym momencie widzimy rozwidlenie i znak: w prawo przystań, w lewo Pac Ngoi. Aż chciało by się jechać asfaltową drogą w prawo. Ta jednak prowadzi tylko do portu. Nasza droga skręca w lewo, niestety. Zastanawiam się nawet czy na pewno tędy mamy jechać? Wygląda nieciekawie, wręcz źle. Droga jest wąska, dziurawa, mocno stroma i jest zupełnie ciemno. Nasz motocykl załadowany jest ciężkimi plecakami. Rzucam mimochodem "tylko żebyśmy nie wpadli do jeziora". I w tym momencie zza wzgórza wyjeżdża samochód oślepiając nas blaskiem swoich reflektorów. Lekkie zawahanie na motocyklu, przejeżdżamy po jakimś mocno wystającym kamieniu i zatrzymujemy się w krzakach. Dostaję delikatne upomnienie abym lepiej była cicho... Już nic nie mówię, nawet nie myślę.
Nocne poszukiwania
Jedziemy bardzo wolno. Do wioski docieramy pogrążeni w kompletnych ciemnościach. Po raz pierwszy przyjeżdżamy do miejsca docelowego w nocy. Przy pomocy pań ze sklepów znajdujemy „Tran Xuan Homestay”. I od razu nam się podoba mimo, że nic widać, tylko słychać. Wokół koncertuje pełno świerszczy i żab, jest przyjemnie... O tym jaki jest widok z tarasu przekonamy się dopiero rano.
Gdzie jesteśmy?
Wstaję przed 6:00. Jestem ciekawa gdzie jesteśmy? Jaki widok mamy z tarasu? Wychodzę na zewnątrz. Mgła otula okolicę, w powietrzu czuć wilgoć, patrzę na zielone pola ryżowe i otaczające je niezbyt wysokie wzgórza. Wytężam wzrok i w oddali dostrzegam jezioro... Jest pięknie, cicho i spokojnie. Stado kaczek rozpoczyna swój dzień. Jedna za drugą wychodzą na pierwszy w tym dniu spacer. Poranna toaleta, dziobanie w ziemi, brodzenie w błotku i gdakanie to ich codzienny rytuał, który z ogromnym zainteresowaniem śledzimy przez kolejne dni. Podziwiamy ich niezwykłe piórka, które mimo zanurzania się w błocie są lśniąco białe ;)

Kaczuchy na spacerze... to ich codzienny rytuał :)

Na spacerze
Po śniadaniu idziemy na długi spacer w kierunku jeziora. Mijamy kilka kwater prywatnych, sklep i wchodzimy do lasu. Wąska ścieżka biegnie skrajem lasu i jest bardzo ruchliwa mimo, iż jej jakość jest słaba. Miejscowi jednak korzystają z niej bardzo chętnie przewożąc na swoich motocyklach niemałe pakunki. Po 3 kilometrach ścieżka zmienia się w drogę asfaltową. W okolicy każdy dom to homestay lub pensjonat. Jest również „port”, z którego można wypłynąć łódką na jezioro i kilka straganów oferujących lokalne przekąski, które nie wzbudziły naszego zainteresowania. Rozsiadamy się natomiast w przyjemnym ogrodzie jednego z pensjonatów i przy lokalnej kawce podziwiamy piękno natury.

Park Narodowy Ba Be to nie tylko jezioro ale i stawy, bagna, klify

Park Narodowy Ba Be

Jezioro Ba Be jest położone pośrodku rozległego wapiennego pasma górskiego Parku Narodowego Ba Be. To największe naturalne jezioro w Wietnamie, utworzone przez trzy połączone ze sobą małe jeziora: Pe Lam, Pe Lu i Pe Leng. Obszar ten został zaliczony w 2011 roku do podmokłych obszarów chronionych w ramach konwencji Ramsar, której celem jest zapewnienie ochrony oraz rozsądnego użytkowania terenów podmokłych wraz z ich zasobami. Naturalne jezioro, stojące stawy i bagna, otoczone wapiennymi klifami wraz z bogatą fauną i florą tworzą więc wyjątkowy ekosystem.

Atrakcje Parku Narodowego Ba Be

Park narodowy Ba Be ma wiele do zaoferowania: wodospady, rzeki, doliny, jeziora i jaskinie, a wszystko to pośród malowniczych krajobrazów. Jak skorzystać z atrakcji? Wykupując rejs łódką lub wycieczkę zorganizowaną, wypożyczyć rower albo tak jak my wskoczyć na motocykl i eksplorować okolicę na własną rękę.

Na krętej górskiej drodze bez numeru pomiędzy wioskami, polami... spotykamy pasterzy z psami i krowami

Wodospad Tat Ma
Zaznaczony na mapie jako Silver Waterfall jest naszym pierwszym punktem docelowym w ramach pętli przez okoliczne górskie wioski. Z Pac Ngoi do ukrytej między wzgórzami, pełnej pól ryżowych doliny prowadzi kręta, zaskakująco dobrej jakości droga. Wodospad góruje nad wioską Hoang Tri i jest widoczny już z daleka. Woda spływa z wysokiego 40-metrowego zbocza skalistej góry. Ze względu na różnicę wzniesień wodospad Tat Ma wygląda bardzo majestatycznie, a biała woda płynie jak miękka, jedwabna piana niczym mgła na zielonym tle lasu. Wokół wodospadu znajduje się wiele ocienionych miejsc, które są idealnym miejscem aby się zrelaksować na łonie natury. Chętni mogą również skorzystać z kąpieli w strumieniu orzeźwiającej górskiej wody.
Wstęp bezpłatny.

Na takich wiejskich drogach najczęściej spotykamy roztargnione kury i koguty

Jaskinia Hua Ma
Znajduje się nad rzeką Leng i należy do wioski Pac Ngoi i jest kolejnym punktem naszej wycieczki. Hua Ma jest głęboko osadzona w górze Co Lon w środku zielonego i gęsto porośniętego drzewami lasu Leo Pen. Hua Ma była badana pod kątem turystyki tylko w latach 2003-2004 i nadal jest słabo rozwinięta pod względem usług turystycznych i liczby turystów. Jest położona na wysokości 350 m n.p.m. dlatego aby do niej wejść najpierw należy wdrapać się po schodach, a potem zejść w dół zagłębiając się w mroku jaskini. Słabe, delikatne światło rzuca blask na kamienne filary i formacje skalne rozmieszczone w jej przestronnym wnętrzu. W środku panuje cisza budząca nutkę tajemniczości, którą potęguje brak odwiedzających.
Bilet wstępu: 22 000 VND/os
Mała pętelka
Punktem kulminacyjnym naszego pobytu nad jeziorem Ba Be jest mała pętla w czasie której przejeżdżamy przez okoliczne wioski. Wijącą się między wzgórzami, dobrej jakości drogą bez numeru, wjeżdżamy wysoko w góry skąd rozpościera się widok na doliny, małe wioski oraz tarasy ryżowe ulokowane na zboczach zalesionych wapiennych gór. Co jakiś czas spotykamy pasterza spacerującego z psem i krowami. Podziwiany dziki krajobraz terenów nie naruszonych przez turystykę. Do Pac Ngoi wracamy drogą QL279, a następnie znaną nam z nocnej przeprawy wyboistą QL254.
Port
Na zakończenie naszej pętelki zaglądamy jeszcze do portu Bến thuyền Hồ Ba Bể. Na brzegu cumuje kilkanaście łodzi, jest też kilka straganów z podobnym asortymentem co stragany w Pac Ngoi. Podchodzi do nas mężczyzna proponując rejs. Mówi po angielsku co jest dla nas miłym zaskoczeniem. Najbardziej bowiem popularną atrakcją w okolicy jest rejs łódką po jeziorze z opcją zwiedzania jaskini Puong oraz wodospadu Dau Dang. Zarówno do jaskini jak i wodospadu można dotrzeć tylko od strony jeziora. Cena rejsu uzależniona jest od wybranej opcji. Istnieje również możliwość wypożyczenia kajaku i eksplorowania jeziora we własnym tempie. My tym razem z rejsu rezygnujemy gdyż nie tak dawno płynęliśmy przez zatokę Ha Long i Lan Ha, a w pamięci wciąż mamy niezwykle klimatyczny, burzowy rejs po An Trang.
Wioska Pac Ngoi
Przed nami „drogowa perełka” regionu czyli najgorszy jakościowo odcinek drogi przy jeziorze. Dwa dni wcześniej pokonaliśmy go w zupełnej ciemności. Tym razem mamy szansę zobaczyć jak wygląda ;) Bez bagaży jedzie się łatwiej ale i tak podskakujemy na dziurach i stukamy się kaskami przy hamowaniu. Droga biegnie zboczem góry, z którego można podziwiać wioskę Pac Ngoi położoną u podnóża przeciwległej góry. Wioska się rozbudowuje. Wysokie budynki, które powstają w wyniku rozwoju turystycznego nie dodają jej jednak uroku. Mimo wszystko turystyka w stylu zachodnim jeszcze tu nie dotarła. W wiosce nie ma restauracji, kawiarni czy dużych sklepów. Są za to kwatery prywatne w których można zjeść pyszny lokalny posiłek, napić się herbatki z mini filiżanki i zrelaksować na tarasie z widokiem na jezioro. W lokalnym sklepie, mimo iż jego asortyment jest ubogi, można skosztować lokalne wino kukurydziane „ruoi”.


Codziennie na skrzyżowaniu przed mostem można spotkać kobiety, które sprzedają swoje wyrobki np. tajemnicze zawiniątka (najczęściej jest to sticky rice z dodatkami, zawinięty w liście bananowca). W soboty 6 km od wioski odbywa się targ gdzie lokalna ludność zaopatruje się między innymi w artykuły spożywcze.

Po intensywnie spędzonym popołudniu wracamy do homestay-a i dosłownie wpadamy na naszą gospodynię, która niesie nam kolację na taras. Jaka synchronizacja 😊 Gospodyni to uśmiechnięta i bardzo sympatyczna kobieta, która dobrze gotuje i załatwia rzeczy niemożliwe… Co?

Rozwijająca się wioska Pac Ngoi u podnóża wzgórza

Wymarzone urodziny
W czasie naszego pobytu nad jeziorem wypadają urodziny Sebastiana. To dlatego tak cisnęliśmy dzień wcześniej aby ten wyjątkowy dzień spędzić wśród natury, a nie w mieście czy podróży. Okolica jeziora Ba Be to wręcz wymarzone przez Sebastiana miejsce na spędzenie swoich urodzin. Jezioro, góry, lasy, pola, wszystko tonie w bezkresnej zieleni o różnych odcieniach. Uroku dodaje czterdziestometrowy wodospad, z którego woda spada po pionowej ścianie rozpryskując się po skałach oraz głęboko we wnętrzu góry ukryta jaskinia tonąca w budzącym dreszczyk emocji półmroku. Kaczuchy brodzące w błocie, dźwięk cykad i świerszczy, a wieczorem rechot żab. Taka wiejska sielanka. Smażone banany na śniadanie, frytki na kolację… skąd nasza gospodyni wie co Sebastian lubi najbardziej? I niespodzianka na zakończenie dnia… tort urodzinowy… w wiosce w której nie ma piekarni. Najbliższa jest w mieście oddalonym od wioski o 40 km 😊 Niespodzianka podwójna bo nawet ja się nie spodziewałam, że gospodyni jednak zrobi wszystko aby Sebastian mógł zdmuchnąć świeczki z wietnamskiego tortu 😊 Wietnamczycy potrafią 😊




Park Narodowy Ba Be ma wiele do zaoferowania. Najważniejsze to docenić piękno natury i pozwolić sobie na relaks w cichej i spokojnej przestrzeni największego naturalnego jeziora Wietnamu i otaczających go wapiennych klifów.