parallax background

Zielona Północ cz.3
Perełki Cao Bang
Ban Gioc & Oko Anioła

16 września 2020
Zielona Północ cz.2 Nad jeziorem Ba Be
15 września 2020
Oaza spokoju w górskiej wiosce Seo My Ty
12 października 2020

Cao Bang jest wspaniałą ucieczką do natury, która daje uczucie rześkości i odświeżenia. Chłodniejszy klimat, bogate lasy, świeże powietrze, turkusowe jeziora, zielone łąki, kolorowy wodospad, krasowe szczyty i majestatyczne Oko Anioła czynią ten region wyjątkowym.

Prowincja Cao Bang jest bogata w niezwykłe cuda natury. Wapienne góry, porośnięte gęstą roślinnością, otaczają ryżowe i kukurydziane pola, a drogi wiją się zielonymi dolinami. Ten słabo zaludniony, przygraniczny region Wietnamu zamieszkiwany jest głównie przez ludność etniczną Nung, Dao, Tay i H'mong. To tutaj w jaskini Pac Bo ukrywał się Ho Chi Minh po powrocie z wygnania w Chinach.
Oszałamiające, naturalne piękno regionu zostało docenione, kiedy w 2018 roku UNESCO podjęło decyzję o włączeniu Cao Bang do swojej Globalnej Sieci Geoparków.
Z Pac Ngoi do Cao Bang
Po ekscytującym pobycie nad jeziorem Be Be ruszamy ponownie w kierunku północnej granicy Wietnamu. Tym razem naszym celem jest prowincja Cao Bang. Cała trasa z Pac Ngoi do Cao Bang, poza krótkim odcinkiem drogi numer 254, o której pisałam tu, jest w bardzo dobrym stanie. Droga numer QL3 to droga „szybkiego” ruchu z pięknymi widokami. Na pnących się pod górę odcinkach mijamy duże, załadowane ciężarówki, dla których wjazd pod górę to niemałe wyzwanie. Suną wolno ale do przodu 😉 Jazda przebiega płynnie po krętej, szerokiej i równej jezdni. W odległości około 70 kilometrów od Cao Bang znajduje się kilka restauracji serwujących lunch i kilka sklepów z lokalnymi produktami i owocami. Cała podróż zajmuje nam pięć godzin z przerwą na obiad.

Skrzyżowanie to idealne miejsce suszenia kukurydzy


Niezatłoczone, kręte drogi w prowincji Cao Bang

W czasie drogi podziwiamy różne odcienie zieleni

"OK, OK"
W Cao Bang postanawiamy zatroszczyć się o naszą Asjatkę, podreperować to co konieczne, umyć i wymienić niektóre elementy naszego najlepszego środka transportu. Na początek dokładne mycie. W Wietnamie myjnie samochodowe można znaleźć wszędzie. W Cao Bang jest ich wyjątkowo dużo. Nic dziwnego bo miasto jest bardzo zakurzone. Szybko znajdujemy myjnię i w czasie kiedy nasz motocykl jest gruntownie szorowany, my popijamy herbatkę siedząc przy stoliku z kilkoma mężczyznami przebywającymi w tym czasie w zakładzie. W następnej kolejności podejmujemy próbę znalezienia mechanika współpracującego z siecią Style Motorbikes, która specjalizuje się w serwisie motocykli naszej marki. Chcemy aby naprawili nam elektronikę i wymienili przednią oponę. Mechanika znajdujemy za miastem. Dwóch mężczyzn spogląda na kabelki, po czym jednogłośnie stwierdzają abyśmy przyjechali w następny dzień rano. Sebastian pokazuje im przednią oponę i pyta "Czy nadaje się do wymiany?" "Ok, ok" brzmi standardowa odpowiedź mechaników. Więc tak czy nie? Nigdy nie wiadomo…
Wesoły mechanik
No to szukamy innego mechanika. Mechaników również w Wietnamie nie brakuje. Jest, zatrzymujemy się. "I can help you" słyszymy. I od razu wraz z pomocnikiem sprawdzają klakson i elektronikę po czym główny mechanik o imieniu Quan zaprasza nas do stolika, polewa herbatkę i kieliszek ruoi. A potem drugi. A potem nalewkę leczniczą i po czwartej kolejce zaprasza nas do siebie na kolację. Pytamy kiedy? "Now". Jak teraz, to teraz. Po co odkładać kolację na jutro skoro można ją zjeść razem już dzisiaj, teraz. Pomocnik wymienia jeszcze przednią oponę Asjatki, Quan daje nam znak abyśmy czekali na niego w warsztacie, a sam wskakuje na swój motocykl i gdzieś jedzie. Wraca po chwili, zamyka warsztat i jedziemy za nim. W ten oto, nieoczekiwany sposób wylądowaliśmy na kolacji u Quana. W towarzystwie żony i ich dwójki dzieci spędzamy miło wieczór. Musimy przyznać, że nasza Asjatka wyjątkowo w tym tygodniu zatroszczyła się o uatrakcyjnienie naszej podróży. Dwie przygody zakończone w domach gościnnych Wietnamczyków :) A to nie koniec motocyklowego „SPA”… Asjatka uznała, że jeszcze jej mało…

Zapowiada się generalny przegląd motocykla i wymiana kilku części

Jedna wizyta u mechanika nie wystarczy?
Dwa dni później motocykl nie odpala. Dzień rozpoczynamy więc od wizyty u mechanika. Idziemy pieszo. W międzyczasie termiczny kubek z wodą otwiera się w plecaku Sebastiana zalewając aparat fotograficzny. Chwilowe napięcie jednak szybko mija kiedy okazuje się, że aparat działa, a całość wody została wchłonięta przez torbę ochronną. Uff, oddycham z ulgą bo byłoby "grubo". Sebastian ciśnie motocykl, a następnie wykorzystując niewielką górkę, rozpędza go, po czym wskakuje na siodełko i odpala ulubioną maszynę. Ponownie szukamy mechanika. Nagle wszystko działa. Zatrzymujemy się jednak przy warsztacie i próbujemy odpalić ponownie. A jednak nie działa. Akumulator do wymiany. Przy okazji jeszcze klocki hamulcowe i łańcuch i olej. Tym razem to generalne „SPA” dla Asjatki. Jak widać nie chciała jechać dalej bez gruntownej naprawy. Nawet pogoda nie sprzyjała dalszej podróży, a kiedy wyjechaliśmy od mechanika wyszło słońce ;). W końcu trafiliśmy do mechanika, który nie tylko mówi "ok" ale po pierwszym spojrzeniu, rzuca okiem po raz drugi i znajduje "problem".
Coś z tą pogodą tutaj nie tak?
Czy Cao Bang leży w innej strefie klimatycznej? Pada cały dzień. Powietrze jest ciężkie, wilgotne. Nic nam się nie chce. Spędzamy cały dzień w chatce z bambusa. Robimy rozeznanie co byśmy mogli zobaczyć w okolicy i tak ni stąd ni zowąd trafiamy na informację, że w lipcu i sierpniu w północnym Wietnamie jest pora deszczowa… Jaka pora deszczowa? Przecież jest lato? Jakim cudem wcześniej nie trafiliśmy na tę informację? Sprawdzamy prognozy pogody… zachmurzenie duże i opady deszczu. Co my będziemy robić jak będzie ciągle padać? O tym pomyślimy później… A tymczasem mamy do zrobienia jeszcze dwie pętle… może się uda w przerwach między opadami?
Przestało padać. Asjatka gotowa do drogi. Czas na zrobienie kolejnej pętli: jaskinia Pac Bo, jezioro Thang Hen i Oko Anioła (Angel Eye Mountain).
Pada czy nie pada?
Jemy pyszne zielone chao (tak, na północy nawet chao jest zielone) i ruszamy nad jezioro... Pierwotny plan zakładał przejechanie pętli zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Zmieniany jednak kierunek bo zrobiło się późno i gęste chmury pokrywają niebo. Kiedy wjeżdżamy krętą, stromą drogą na przełęcz Ma Phuc zaczyna padać. Zatrzymujemy się i zakładamy peleryny. Chwilę później przestaje padać więc możemy je ściągnąć. A po kilku minutach znowu zaczyna pada. To jak zabawa w kotka i myszkę. Dojeżdżamy do rozwidlenia ulic. Droga w lewo to nasz kierunek. Najpierw jednak czekamy pod daszkiem, aż ustanie deszcz. Na rozwidleniu jest kilka punktów, w których można coś wrzucić na ząb. W końcu przestaje padać. Jedziemy. Mijamy znak na którym widnieje, że w lewo jest jezioro, a w prawo "Oko Anioła". To najpierw jezioro.
Nad jeziorem Thang Hen
Jedziemy wąską dróżką wokół, której znajduje się kilka domów. Podjeżdżamy pod bramę. Pan z budki już do nas macha biletami. Płacimy 30 000 VND od osoby, wjeżdżamy na teren resortu i zostawiamy Asjatkę na parkingu. Rozglądamy się. Niedaleko biwakuje kilka osób. Jezioro otoczone górami wyłania się zza drzew. Z lewej jego strony jest ścieżka. Bez wahania ruszamy ścieżką w dół. Dokąd prowadzi? Do punktu z ławkami, który jest naprzeciwko. Jest sielankowo, cicho. Motyle fruwają, koniki polne skaczą, pająk czuwa w sieci. Widok jak z obrazka. Różne odcienie zieleni mienią się w promieniach słońca. Grota wydrążona w skale budzi ciekawość. To miejsce do kontemplacji, gdzie można by spędzić pół dnia. Po prostu siedząc i ciesząc oko pięknem natury. I tak też robimy. Tym razem ja siedzę i obserwuję, a Sebastian biega z aparatem i stara się uchwycić swoim obiektywem niezwykłe latające okazy.
Zapraszamy do nas...
Kiedy po dwóch godzinach postanawiamy ruszyć do drugiego punktu (z powodu niepewnej pogody już zrezygnowaliśmy z robienia pętli) spotykamy sześcioosobową grupę Wietnamczyków. Widzę nalewkę. Już nam machają i zapraszają. Minąć się ich nie da, ot tak ;) Podchodzimy, „hello”, „xin chao”, i już mamy kubek z ruoi pod nosem. "Do dna"... Dzień bez kawy, cukru i alkoholu (wszystkie 3 warunki jednocześnie) wydaje się być niemożliwy do zrealizowania w północnym Wietnamie. Bo kiedy już decyduję się na kawowy i cukrowy detoks to ni stąd ni z owąd pojawiają się zaproszenia „na jednego”. Nieznajomość języka angielskiego nikomu nie przeszkadza. Tłumacz Google sprawdza się niezawodnie. Obowiązkowo jest też sesja zdjęciowa, po której dziękujemy za zaproszenie i miłe chwile i ulatniamy się bo przed nad jeszcze jeden cud natury…
Pod „Okiem Anioła” / Phja Piot / Angel Eye Mountain
Na skrzyżowaniu na którym stoi znak „Angel Eye Mountain” skręcamy w lewo w wąską dróżkę. Wjeżdżamy do wioski etnicznej Quang Dau. Mijamy kilka domów, pola. Zerkam na wzgórza. Na każde, które wyłania się zza zakrętu. To jeszcze nie to. Po 1,5 km wjeżdżamy pod górę. Zatrzymujemy się i zamieramy z wrażenia. Wow!!! Wow!!! Wow!!! Cudownie! Jak z bajki! To najpiękniejsze miejsce w Wietnamie! Przed nami stoi majestatyczne, otoczone wzgórzami "Oko Anioła" .

Phja Piot w języku Tay oznacza „góra z przelotową dziurą”, która jest tak naprawdę jaskinią. W dolinie łąka zalana częściowo wodą. W wyniku opadów powstało jezioro z wysepkami, które tworzy się w tym miejscu w porze deszczowej czyli w okresie od czerwca do sierpnia. Jest idyllicznie i sielankowo. W oddali szumi mały wodospad. Na łące pasą się konie, krowy, bawoły. Ważki latają nad głową, ptaszki ćwierkają, świerszcze i cykady wydają przyjemne dźwięki. Tu czas się zatrzymał.

Kontemplowanie okolicy w towarzystwie bawołów skubiących trawkę

W niemym zachwycie...
Przechadzamy się wolno po zielonej łące, bawoły dumnie przechodzą obok, idą wykąpać się w wodzie i zapozować do zdjęć. Albo stoczyć bitwę na rogi. Już wiemy dlaczego wszechświat utrudnił nam wyjazd z miasta o 10:00. Gdybyśmy pojechali w drugą stronę, tak jak planowaliśmy, to nad jezioro i w to miejsce dotarlibyśmy późno, zbyt późno aby w pełni nacieszyć się tymi cudami natury.

Piszę te słowa, a obok bawół skubie trawkę, słyszę ten dźwięk wyrywanej trawy. Dwa kolejne machają ogonem. Brak mi słów aby wyrazić wyjątkowość tego miejsca. To po prostu trzeba doświadczyć osobiście. Siedząc na zielonej trawce równo wyskubanej przez otaczające nas zwierzęta w niemym zachwycie podziwiamy otaczający nas, nienaruszony przez człowieka świat. To perełka Wietnamu.
Zastosuj się do znaków
Jedziemy nad wodospad. Wyjeżdżając z miasta Cao Bang wybieramy "niewłaściwą" drogę. Chociaż droga jak najbardziej byłaby ok gdyby część góry nie osunęła się na jezdnię i gdybyśmy pojechali zgodnie "ze znakami", a w tym przypadku znak był wyraźny w postaci kobiety stojącej na rondzie i wskazującej skręt w lewo. My jednak pojechaliśmy prosto aby po 15 minutach zawrócić. Gdybyśmy słuchali "znaków" nie stracilibyśmy 30 minut ale też nie zobaczyli byśmy osuniętej skały na drogę ;) Czyżby to był kolejny znak? Przejeżdżamy więc po raz kolejny przez miasto aby wjechać na drogę numer QL3 prowadzącą do Quang Uyen. Odległość, którą mamy do pokonania w tym dniu nie jest duża bo zaledwie 85 km. Nawigacja pokazuje tylko 2 godziny. Nam jednak dojazd na miejsce trwa nieco dłużej.
Przerwy na trasie
Jak już pisałam wcześniej na rozwidleniu ulic QL3 i DT205 (w lewo do Oka Anioła, w prawo nad wodospad) jest kilka punktów z jedzeniem. To okazja aby urozmaicić trochę nasze menu, które na północy jest niezwykle ubogie. U jednej z pań kupujemy lepki ryż z zieloną fasolką podsmażany na patelni. Na deser mamy świeżo obrany ananas od dziewczyny sprzedającej owoce pośrodku rozwidlenia. Pół godziny później przejeżdżając przez wioskę Quang Uyen Sebastian zauważa lokalną kawiarnię. Takich na północy nie spotykamy zbyt często, dzięki czemu mam okazję robić sobie czasowe detoksy od kofeiny. Tym razem jednak okazji nie przepuszczamy. Ca phe sua da sai gon na północy? A jednak. Ostatni raz taką kawę piliśmy w Prao czyli w Wietnamie Środkowym. Zatrzymujemy się więc po raz kolejny.
Przez góry i doliny...
Po ostatniej przerwie ciśniemy już bezpośrednio do miejsca noclegowego. Droga wije się malowniczą doliną otoczoną wapiennymi górami, kukurydzianymi i ryżowymi polami. Wjeżdżamy pod górkę aby po chwili z niej zjechać. Słońce rozświetla skały, a różne odcienie zieleni mienią się w oczach. Jezdnia jest w dobrym stanie. Wybrany przez nas Nguom Ngao Ban Gioc Homestay znajduje się w "Kamiennej wiosce".
Kamienna wioska Khuoi Ky
Wioska Khuoi Ky jest położona wzdłuż drogi prowadzącej do jaskini Nguom Ngao (Tiger Cave). Wioska jest otoczona wapiennymi skałami dlatego też kamień jest wykorzystywany przez jej mieszkańców w codziennych czynnościach. Z kamienia budowane są nie tylko domy ale i ogrodzenia, tamy czy piece. W wiosce znajduje się 14 kamiennych domów zamieszkiwanych przez ludność etniczną Tay, która wyznaje kult Boga Skały.

Na drodze do jaskini Nguom Ngao obserwujemy codzienne życie mieszkańców

Kolejny znak?
W Nguom Ngao Ban Gioc Homestay wita nas energiczna starsza kobieta, która bardzo dobrze radzi sobie z tłumaczem google, lepiej niż nie jedna spotkana wcześniej młodsza osoba prowadząca Homestay. Dostajemy pokój o wyższej kategorii niż zarezerwowaliśmy, w tej samej cenie. Od razu zamawiamy kolację po wcześniej ustalonej cenie. Jedynym gościem w Homestay-u jest Kuba. To trzeci Polak którego spotykamy w Wietnamie, a jesteśmy tu już prawie 5 miesięcy. Podczas krótkiej rozmowy dowiadujemy się, że Ha Giang w tym momencie jest zalany wodą (tym się zajmiemy później) i że wodospad Ban Gioc leżący na granicy wietnamsko-chińskiej od godziny 19:00 jest rozświetlony kolorowymi światłami. Do głowy by nam nie przyszło aby jechać nad wodospad kiedy jest ciemno. Kolejny znak. Te spotkania nie są przypadkowe. Tym bardziej, że na informację o nocnej iluminacji wodospadu wcześniej nigdzie nie trafiliśmy.
Kolorowy wodospad Ban Gioc
Po kolacji wskakujemy na motocykl i jedziemy nad wodospad. Im bliżej celu tym bardziej kolorowo. Lasery rozświetlają ciemne niebo nad granicą. Skręcamy z głównej drogi w lewo. Po godzinie 17:00 wstęp jest bezpłatny. Wodospad mieni się kolorami, wzgórze też. Cała wioska po chińskiej stronie to spektakl kolorów i animacji. Przepięknie zaaranżowane oświetlenie RGB, sterowane cyfrowo. Szum wodospadu i muzyka uzupełniają ten kolorowy świat. Zachwycamy się bajkowym krajobrazem ponad dwie godziny. Sebastian oddaje się sztuce fotografii czego efekty możecie zobaczyć w galerii :))
Burzliwy poranek po upalnej nocy
To była upalna noc w pokoju bez klimatyzacji. Wiatraki z góry i z boku dmuchały pełną parą. Wstaję jednak przed 6:00 ciekawa jakie jest powietrze na zewnątrz. Babcia już podlewa kwiatki w ogrodzie. Na zewnątrz jest przyjemnie. W końcu trochę rześkości o poranku. Po chwili dołącza do mnie Sebastian. Siedząc na ławce popijamy ciepłą wodę. Nagle słyszymy głos babci. Macha do nas zupką chińską i jajkiem... Śniadanie? Już? To za wcześnie. Mamy jeszcze przed sobą poranne praktyki. A poza tym trzeba zrobić wszystko żeby uniknąć zupki chińskiej. Szybko uzgodniliśmy z babcią, że wolimy naleśniki. Babcia energicznie pobiegła do kuchni, już wyciąga patelnię, biegnę za nią i pokazuję, że na śniadanie przyjdziemy dopiero o 8:00. Nie teraz. No ale babcia swoje, pokazuje że o 7:00. No trudno, zjemy zimne. Idziemy medytować.
Ciekawość zwyciężyła...
Rozpoczynamy praktykę i po 5 minutach słyszę pukanie do drzwi, po chwili kolejne. Po 3 minutach drzwi się otwierają. Zaskoczona babcia, widząc nas w pozycjach medytacyjnych, szybko zamyka drzwi i daje nam spokój. Czuję ulgę, że mogę już spokojnie wykonywać swoje praktyki. O 8:00 wychodzimy na śniadanie. Babcia kręci się wokół. Mam wrażenie, że jestem pod nieustanną obserwacją jak w domu Wielkiego Brata. Przed wyjściem z domu sprawdzam jeszcze telefon i widzę wiadomość od poznanej nad jeziorem Ba Be Australijki, która pisze o powodzi w Ha Giang... To kolejny wyraźny znak aby tam teraz nie jechać... Tym bardziej, że do Ha Giang planowaliśmy się udać w dalszej kolejności. No cóż będziemy musieli zmienić trasę naszej podróży i pętle Ha Giang odłożyć na jesień.
Wodospad Ban Gioc w świetle dnia
Pierwsze spojrzenie z góry wywołuje lekkie rozczarowanie. Pięknie rozświetlone wzgórze po chińskiej stronie w świetle dnia nie budzi aż takiego zachwytu jak w nocy. Przekonujemy się po raz kolejny co można osiągnąć dzięki dobrej iluminacji świetlnej. Wodospad natomiast prezentuje się majestatycznie na tle krasowego wzgórza porośniętego gigantycznymi bambusami i zieloną dżunglą. Jest rozległy. Ma 300 metrów szerokości i 35 metrów wysokości i składa się z kilku poziomów. Ban Gioc to czwarty największy wodospad na świecie położony na granicy. To naturalna granica pomiędzy Wietnamem a Chinami.
Coś na ząb nad wodospadem
Nad wodospadem można zjeść coś grillowanego, nie brakuje również sklepów z pamiątkami i kawiarni, a wzdłuż ścieżki prowadzącej nad wodospad można kupić pieczone kasztany. Wróciły wspomnienia o bratysławskich kasztanach sprzedawanych na Hlavnom Namesti albo Trnavskom Myte ;). Kupujemy więc porcję i dajemy się pochłonąć żywiołowi wody... Siedząc na ławeczce pod drzewem czuję jak przy każdym podmuchu wiatru, krople wody osiadają na mojej skórze i okularach. Szum wody sprawia, że tracimy poczucie czasu. Wokół nas na matach rozkładają się Wietnamczycy. To znak, że nadeszła pora lunchu.
Bilet wstępu 40 000 VND/os. Parking 10 000 VND

Truc Lam Phat Tich Pagoda to idealny punkt widokowy na okolicę i wodospad

Truc Lam Phat Tich Pagoda i widok na wodospad
Nie wystarczy Wam oglądanie wodospadu z bliska? Chcecie na niego spojrzeć z góry? To jest jak najbardziej możliwe. I nie trzeba przekraczać granicy 😉 Wystarczy wejść na pobliskie wzgórze na którym znajduje się świątynia buddyjska Truc Lam Phat Tich Pagoda. Droga prowadząca do świątyni jest dość stroma. Zostawiamy więc motocykl na parkingu i idziemy pieszo. Ze wzgórza rozpościera się rozległy widok na okolicę i wodospad. Ale nie zapomnijmy o świątyni. Kilkupoziomowa pagoda jest nie mniej atrakcyjna niż otaczająca ją przyroda. Naszą uwagę przyciągnęły obrazki z opisami umieszczonymi na murach jednego z budynków. I kiedy tak analizujemy te obrazki podchodzi do nas chłopak mówiący płynnie po angielsku, który opowiada nam trochę o religii w Wietnamie. 60 procent Wietnamczyków nie wyznaje żadnej religii. Wzorowanie się na chińskim stylu władzy doprowadziło w latach 60 i 70 dwudziestego wieku do niszczenia świątyń i wyparcia jakiekolwiek religii. 20 lat później władze Wietnamu zorientowały się, że nie był to właściwy kierunek, przyjmując inną politykę. Fundamenty religijności zostały jednak już naruszone. Trochę historii z pierwszej ręki i odpowiedź na pytanie dotyczące rysunków na ścianie świątyni, które obrazują różne przykłady karmy.
Młyny wodne
Kiedy już nasyciliśmy się widokiem na wodospad w dzień i w nocy, z góry i z dołu przyszedł czas na odnalezienie młynów wodnych. Okolica bowiem słynie również z większych i mniejszych, kręcących się drewnianych kół, rozlokowanych na rzece Quay Son. Tylko gdzie one są? Najtrudniej znaleźć ten pierwszy. Wypatruję. Jest jeden do którego można podejść, potem drugi po przeciwległej stronie rzeki i kiedy przejeżdżamy przez most i wjeżdżamy do wioski, widzimy trzeci mniejszy. „Wieczne maszyny” pracują dzień i w nocy dostarczając wodę do wioski i na pola. Młyny wodne są wykonane z naturalnych materiałów i wskazują na ogromną kreatywność miejscowej ludności w wykorzystaniu przyrody w codziennym życiu. Są również unikalnym symbolem grup etnicznych zamieszkujących prowincję Cao Bang.

W poszukiwaniu najstarszego drzewa w okolicy ;)

Zagubieni w wiosce
Kiedy już jesteśmy po drugiej stronie rzeki podejmujemy próbę przejechania przez wioskę. Mieszkańcy niepewnie na nas zerkają ale uśmiech, serdeczne "xin chao" i machanie rękami burzą mur nieśmiałości i niepewności. Trochę niezdarnie jedziemy po wąskiej, niezbyt równej drodze, (bardziej by tu pasowało słowo chodnik), mijamy bawoły, co chwilę hamujemy przed wybiegającą nam przed koła kurą lub kaczką. I się gubimy w tym gąszczu uliczek. Z jednej strony wjazd na pole ryżowe, z drugiej do czyjegoś ogrodu. Poddajemy się i zawracamy. Wystarczy tych wrażeń.
To może off road?
Jeszcze nam mało. No to może zrobimy pętelkę? Pętelkę zrobiliśmy ale nie polecamy, chyba, że macie odpowiedni motocykl. W miejscowości Quang Uyen skręcamy w lewo. Początkowo droga numer DT207 jest w dobrym stanie. Na skrzyżowaniu suszy się kukurydza. Na rzece można znaleźć kilka młynów wodnych. Ale mniej więcej po 18 km ta sielanka się kończy i jest tylko gorzej. Droga pnie się w górę i jest w tragicznym stanie. Co tu robić? Skręćmy w lewo… padła propozycja. Skręciliśmy i przez część trasy idę pieszo... Po wystających kamieniach po prostu nie da się jechać w dwójkę na motocyklu. Poza tym szkoda nam naszej Asjatki. Mam więc i spacer i przejażdżkę w jednym. Wyjeżdżamy w wiosce Thong Hue. Trasa jest niezwykle malownicza ale myślę, że nie warto narażać motocykla na szkody, które mogą wyniknąć z jazdy po dziurach i kamieniach.

Takie niespodzianki na nas czekają na "łączniku"

Nie ma wyjścia, trzeba jechać. Ja znowu idę pieszo ;)

Wizyta u mechanika na zakończenie naszego pobytu w prowincji Cao Bang

No to może jeszcze raz mechanik?
Prowincja Cao Bang będzie się nam kojarzyć nie tylko z oszałamiającym krajobrazem ale i z wizytami u mechanika. W dniu wyjazdu podczas montowania ciężkich bagaży na motocykl, zapomniałam na chwilę o jego asekuracji i odsunęłam się od motocykla… i sekundę później do mnie dotarło, że przecież nie bez powodu przy nim stoję… Ryzyko upadku jest duże. Tym razem motocykl z gracją zaczął opadać w moją stronę. Próby zatrzymania upadku skończyły się siniakiem na kolanie i oderwaniem się lusterka i… kolejną wizytą u mechanika… Stanie na słońcu i trzymanie motocykla podczas montowania bagaży nie jest moją ulubioną czynnością, podobnie jak montowanie bagaży nie jest ulubioną czynnością Sebastiana.



😊 Tak kończy się nasza ekscytująca przygoda w prowincji Cao Bang, prowincji pełnej oszałamiających widoków i niezwykłej przyrody, w prowincji gdzie soczystą zieleń można podziwiać nie tylko wokół nas ale i na talerzu 😊


Co dalej? Wiemy już, że Ha Giang odkładamy na jesień… Gdzie się zaszyjemy na czas pory deszczowej? No cóż, tego w momencie wyjazdu z Cao Bang jeszcze sami nie wiemy… ale to nie koniec naszej przygody… Ciąg dalszy nastąpi…