parallax background

Oaza spokoju w górskiej wiosce
Seo My Ty

12 października 2020
Zielona Północ cz.3 Perełki Cao Bang Ban Gioc & Oko Anioła
16 września 2020
Fotorelacja i refleksje Sapa i okolica
14 października 2020
 
„Daleko w górach…”
„Daleko w górach jest wioska, w której nie ma Internetu” słyszymy od dziewczyny mieszkającej w wiosce Ta Van, gdzie przebywamy od kilku dni. Budzi się nasza ciekawość i nasz słuch się wyostrza. „Gdzie?” pytam od razu. „Piętnaście kilometrów stąd.” „Jak możemy się tam dostać?” już wiem, że to coś dla nas. „Na motocyklu ale droga jest w bardzo złym stanie. Wy tam nie dojedziecie”. „Ale pieszo możemy iść?” nie dam się zbić z tropu tak łatwo. „Tak, pieszo możecie iść, sami albo z przewodnikiem”. Mamy więc zielone światło. Ziarenko zostało zasiane. Pozostaje nam już tylko poczekać na bezdeszczowe dni.
Jakiś czas później rozmawiamy z naszymi sąsiadami, którzy podobnie jak my postanowili spędzić w Ta Van kilka tygodni. „Słyszeliście o wiosce w górach nad jeziorem?” pyta sąsiad „O wiosce słyszeliśmy ale o jeziorze nie”. „W wiosce jest też homestay. Jeśli zarezerwujecie nocleg w kwaterze prywatnej to właściciel otworzy wam bramę. Wioska bowiem znajduje się w Parku Narodowym i nie każdy może ot tak sobie wchodzić do parku”. W taki sposób napłynęły do nas kolejne bezcenne informacje o budzącej w nas coraz większą ciekawość Seo My Ty. My jednak nadal czekamy na lepszą pogodę.
 

Na początku sierpnia wciąż zielone tarasy ryżowe pokrywają Ta Van... pora deszczowa trwa...

 
Czy kiedyś przestanie padać?
Minęło 10 tygodni. Jest już początek października. Pora deszczowa dobiega końca. Poprzedniego okienka pogodowego, które miało miejsce w ostatnim tygodniu sierpnia, nie wykorzystaliśmy. Mieszkańcy regionu natomiast wykorzystali je odpowiednio. Szybko i sprawnie uporali się ze zbiorem ryżu. Jak się później okazało czas żniw skończył się bardzo szybko bo po niecałych dwóch tygodniach. 90% pól ryżowych zmieniło się w wypełnione wodą bajorka z resztkami nie wyciętej słomy. Gospodarze, którzy zaspali ze zbiorem ryżu musieli czekać na poprawę pogody co trwało kolejne 4 tygodnie. My również wytrwale czekaliśmy na kilka słonecznych dni, które w końcu nadeszły.
„Chyba nadszedł czas na wycieczkę?” mówię do Sebastian. „No to kiedy idziemy?”. „W piątek” odpowiadam. „W czwartek” proponuje Sebastian. Ok, niech będzie czwartek. Pytamy gospodarza „Com Lam Eco House” o możliwość noclegu w Seo My Ty. Thang szybko załatwia nam nocleg i udziela niezbędnych informacji.
 
 
Falstart
W czwartek wstajemy przed 5:00. Nie, nie ruszamy tak wcześnie 😉 Wstajemy wcześniej aby wykonać poranne praktyki medytacji i jogi. I wyskoczyć na lokalny targ po przekąski na drogę. Kiedy radośnie maszeruję w kierunku małego, znajdującego się na rozwidleniu ulic wioski Ta Van targu, zaczyna kropić. Po chwili deszczyk zamienia się w ulewę. Na niebie pojawiają się błyskawice, a przeciągłe, długie grzmoty rozlegają się nad górami. Wracam do naszego domku przemoczona do suchej nitki. Patrzymy na pokryte gęstymi chmurami niebo oraz niezwykłą grę żywiołów toczącą się nad nami i … rezygnujemy z wyprawy przesuwając ją na kolejny dzień.
 

W drodze na targ... uśmiech nie znika mi z twarzy nawet podczas ulewy ;)

 
„Dzisiaj albo nigdy”
Piątek wita nas pochmurną aczkolwiek bezdeszczową pogodą. „Dzisiaj albo nigdy” oświadcza Sebastian. „No to idziemy”. Znowu biegnę na targ, gotuję lunch na drogę, pakujemy plecaki. I co najważniejsze bierzemy numer telefonu do właścicielki homestay-a w Seo MyTy i do właściciela „Com Lam Eco House”, za którego pośrednictwem zarezerwowaliśmy nocleg w górskiej wiosce. „Gdyby Was zatrzymał strażnik, powiedzcie, że macie zarezerwowany nocleg w wiosce albo dzwońce” radzi nam Thang.
 

Mężczyźni niestrudzenie zwożą drewno na zimę,,,

 
Pod górkę w chmurkę
Ruszamy! Idziemy główną drogą. Pierwsze 4 km to dobrze znany nam odcinek drogi prowadzący do kościoła położonego na wzgórzu. Pokonaliśmy go kilkanaście razy w ramach spacerów po okolicy. Co jakiś czas mija nas ciężarówka wioząca kamień oraz miejscowi, którzy z niebywałą wprawą w prowadzeniu skutera pokonują koleiny na rozmokłej glinie. Droga jest naprawdę w fatalnym stanie. Pomiędzy betonowymi odcinkami pojawiają się co jakiś czas odcinki pełne błota i kamieni, które po deszczu są tak miękkie, że nie da się po nich jechać. Przejście po błotku też wymaga wprawy. Idziemy więc zygzakiem, raz z prawej strony, raz z lewej strony albo pośrodku, po większych kamieniach, a nawet na samych piętach kiedy pojawia się odcinek pełen wody. Mężczyźni niestrudzenie pokonują tę trasę kilkakrotnie podczas dnia zwożąc z wyższych partii gór drewno na zimę. Droga wiję się zboczem wzgórza. Jesteśmy coraz wyżej. Przekraczamy otwarty szlaban i wchodzimy do parku. W budce znajdującej się z naszej lewej strony nikogo nie ma. Zresztą budka wygląda na nieużywaną od dłuższego czasu. Po chwili jesteśmy w chmurach. Widoczność znacznie się zmniejsza. Przed nami nagle wyrastają niczym z ziemi jakieś postacie… ??? A, to strachy na wróble! Słyszę ujadanie psów. Czego pilnują? Ostatni z domów znajdował się bowiem bezpośrednio przed wejściem do parku. Nie jesteśmy jednak sami bo droga jest bardzo ruchliwa i co chwilę ktoś nas mija.