parallax background

Dzień z życia w podróży

11 sierpnia 2020
Cuda natury w Parku Narodowym Phong Nha-Ke Bang
8 sierpnia 2020
Burza nad Trang An
17 sierpnia 2020
 
Jak wygląda nasz dzień w czasie podróży po Wietnamie? Jesteście ciekawi? Odpowiem tak: nie ma reguły. Czasami przemieszczamy się kilka dni z rzędu, zatrzymując się po drodze na jedną noc tranzytową. Czasami zatrzymujemy się na dwa lub trzy dni aby poznać okolicę. Czasami miejsce tak nas urzeknie, że po prostu rano decydujemy, że zostajemy dzień dłużej i jeszcze jeden. Tak było np. w niewielkiej miejscowości Prao. W spotach turystycznych zazwyczaj przebywamy kilka dni, odpoczywamy i zwiedzamy. A jak poczujemy, że dane miejsce nas wciąga to idziemy za ciosem i zostajemy tak długo, aż ponownie poczujemy, że czas ruszać dalej. Tak właśnie wciągnęła nas nadmorska część Hoi An podczas drugiego pobytu w tym niebywale klimatycznym zakątku Wietnamu. Nasz dzień wygląda inaczej w zależności od tego na jakim etapie podróży jesteśmy. W tym wpisie zaprezentuję Wam jeden dzień z trzydniowej podróży, podczas której przemieszczaliśmy się z Phong Nha do Ninh Binh. Do pokonania mieliśmy 520 km. W drugim z tych trzech dni przemierzyliśmy 210 km, tym samym bijąc nasz dzienny rekord odległości. I to właśnie ten dzień jest tematem tego wpisu, w którym chciałabym Wam pokazać jak drobne wydarzenia, niezwykłe spotkania oraz otwartość sprawiają, że zwykły dzień w podróży staje się dniem wyjątkowym. Takim, na wspomnienie którego uśmiech od razu pojawia się na naszych twarzach. Doceniamy te małe, drobne wydarzenia bo to one właśnie tworzą nasze życie i naszą rzeczywistość, którą sami sobie przecież kreujemy.
 
 
Poranek w Pho Chau
Jest niedziela. Wczoraj pokonaliśmy 180 km. Zatrzymaliśmy się na nocleg tranzytowy w miejscowości Pho Chau. To nieturystyczne miasto, z którego można dojechać do granicy z Laosem. Zwykłe miasteczko, w którym znajduje się niezliczona ilość zakładów fryzjerskich oraz gabinetów kosmetycznych. Na każdym rogu ktoś relaksuje się przy pedicure. Jest też ogromny targ na którym kupujemy owoce. W trakcie zakupów uczymy się liczyć: ja po wietnamsku a dziewczyny sprzedające owoce po angielsku. Towarzyszy nam przy tym spora dawka śmiechu, która dobrze nam wszystkim robi. Każdy korzysta, a my mamy świeże owoce na śniadanie. Spacerujemy ulicami miasta w którym czuć, że toczy się życie. To taka przyjemna odmiana po kilkudniowym pobycie w Phong Nha.
Budzę się po 5:00. Od razu mam ochotę wyskoczyć z łóżka. Poranne praktyki od czasu pobytu w Da Lat tak nam weszły w nawyk, że stały się codziennością. Dzień rozpoczynam od Sadhany czyli praktyki oddechowej i jogi. Na jogę przeznaczam od 15 minut do godziny. To zależy ile mam czasu, czy ruszamy w dalszą drogę czy też zatrzymujemy się na dłużej. Dzisiaj jedziemy dalej więc ograniczam się do 40 minutowej praktyki. Po jodze parzę herbatkę na śniadanie. Dzbanek i małe filiżanki dostępne w hotelowym pokoju sprawiają mi tyle radości, że każdy łyk lokalnej, sypanej herbaty smakuje jeszcze lepiej. Jemy lekkie śniadanie na tarasie z widokiem na główną ulicę miasta. Jestem podekscytowana bo w tym dniu rozpoczyna się kurs online w którym biorę udział. Dostęp do internetu w Wietnamie jest bezproblemowy, a jakość połączenia zazwyczaj bardzo dobra. Dlatego podjęłam wyzwanie aby urozmaicić sobie pobyt w tym kraju, tym bardziej, że spędzimy w Wietnamie dużo więcej czasu niż pierwotnie zakładaliśmy.
 
 
Nieodłącznym elementem codziennego przemieszczania się jest pakowanie bagaży. Odpowiednio ułożone rzeczy w plecaku pozwalają zaoszczędzić nam sporo czasu. Dlatego też staram się z plecaka wyciągać jak najmniej rzeczy aby o poranku niepotrzebnie nie tracić czasu na zabawę z plecakiem. Zabawę to ma Sebastian, który w różnych warunkach pogodowych, niezależnie od tego czy jest 25 czy 40 stopni, to bagaże montuje na motocykl. Jak sam mówi to tęsknić za tym nie będzie mimo, iż praktyka czyni mistrza i wiązanie linek naokoło plecaków idzie mu już całkiem sprawnie.
Kiedy bagaże znajdują się na Asjatce nie pozostaje nam nic innego jak ruszyć w dalszą drogę. W tym dniu wyjeżdżamy wyjątkowo wcześnie, bo o godzinie 9:40. Mamy też cel... jaki? Zjeść obiad w porze obiadowej. Cóż to za cel? Przecież to nic trudnego! Zatrzymać się na obiad w porze obiadowej. Może i tak, ale nie w naszym przypadku. Bo tak się zawsze składa, że docieramy do miejsca docelowego około godziny 14:00, a kiedy jemy późne śniadanie to około 14:00 dopiero czujemy głód. Więc co jest nie tak z godziną 14:00?? A to że w tym czasie jest wietnamskie okienko, przerwa, odpoczynek zwłaszcza w upalne dni, zwłaszcza w północnej części kraju. To czas na bujanie się na hamaku, a nie przygotowanie lunchu dla zgłodniałych turystów. W Wietnamie panują wyznaczone pory posiłków, które delikatnie mogą się różnić w zależności od regionu. Ogólnie jednak śniadanie jest serwowane od 6:00 do 9:00, lunch od 10:30 do 13:30, po godzinie 15:30 zaczynają pojawiać się uliczne stragany (w miastach) i około 17:00 pojawia się menu kolacyjne. W miejscach turystycznych czy miastach zasady są bardziej liberalne ale jeśli chodzi o odcinki górskie oraz mniej uczęszczane przez turystów regiony to najlepiej zapoznać się z miejscowymi zwyczajami. A te zwyczaje są w zgodzie z ajurwedą. To Ajurwedyjski rytm dnia!
Wracając do naszego celu to chciałabym aby właśnie ten ajurwedyjski rytm dnia w kwestii spożywania posiłków również wszedł nam w nawyk. Nawyk którego się trzymałam przed podróżą. Regularność posiłków była dla mnie ważna już długo przed wyjazdem. W czasie podróży jednak totalnie wszystko się rozjechało. Prawie rok ulegałam ciągłym namowom Sebastiana, że powinnam odpuścić bo jestem w podróży i to jest nierealne aby utrzymać rytm dnia. W końcu mówię dość, czując że taki chaotyczny tryb dnia negatywnie wpływa na moje zdrowie i psychikę. Czas na zmianę!
 
 
Niedzielny obiad
Gdzie zjemy obiad? W miejscowości Tân Kỳ. Mamy więc do pokonania 90 km. W Tan Ky powinniśmy być dokładnie w porze obiadu. Łatwą, otoczoną polami z jednej strony i górami z drugiej strony, trasę pokonujemy w 1 godzinę 50 minut. Mijamy pola ryżowe, plantacje herbaty, pola uprawne, farmę mleczną Vinamilk i wjeżdżamy do największej prowincji Wietnamu Nghe An. W Tan Ky jesteśmy o 11:30. Idealnie! Restauracji wegetariańskiej w miasteczku nie ma więc musimy sobie poradzić inaczej. Wchodzimy do jednej z knajpek przy głównej drodze. Przy jednym ze stolików siedzą 3 osoby. Zaskakująco szybko zamawiamy danie bezmięsne. Rau, đậu i cơm czyli warzywa, tofu i ryż to niezawodny zestaw wegetariański, który można dostać niemal w każdej knajpie. Ale jeszcze zanim na dobre usiedliśmy, starszy mężczyzna siedzący przy stoliku obok zaproponował Sebastianowi małe piwko. Nie wypada odmówić. I już po chwili Sebastian popija zimne piwko, a mi leci ślinka. Zaczyna się rozmowa. Mężczyzna przebywał jakiś czas w Niemczech i zna kilka słów. Śmiech towarzyszy nam podczas miłej rozmowy. Czujemy się jak byśmy jedli rodzinny niedzielny obiad tym bardziej, że mamy na stole zupę, ryż, tofu, szpinak i sosy. Niezła uczta. Po chwili knajpka się zapełnia a my jeszcze bardziej czujemy lokalny klimat. Niedzielny obiad w lokalnej wietnamskiej knajpie w towarzystwie miejscowych. Udało się!
Po obiedzie czeka nas jeszcze wymiana oleju. Kolejne 500 km za nami a o Asjatkę trzeba się odpowiednio zatroszczyć i pamiętać o regularnej wymianie oleju. Trafiamy do wesołej rodziny z dwójką małych chłopców biegających tylko w koszulce bez majteczek i pampersów. Szczęśliwe dzieci. Liczymy po angielsku, konwersujemy tak jak to zazwyczaj w Wietnamie robimy czyli po polsku, wietnamsku, angielsku i na migi ;) Przygotowani do dalszej drogi ruszamy dalej na północ drogą Ho Chi Minh Trail.
 
 
Przerwa na orzeźwiający sok z trzciny cukrowej
W połowie drogi robimy sobie przerwę się na nước mía. Świeżo wyciskany sok z trzciny cukrowej sprawdza się idealnie w upalne dni i jest dostępny niemalże wszędzie. Tym razem zatrzymujemy się w małym punkcie rodzinnym. Podczas parkowania zauważamy jak dwóch kierowców ciężarówki natychmiast wstaje od stolika i ucieka. Nawet swojego soku nie wypili, wylali pół szklanki, wskoczyli do auta i odjechali zanim zdążyliśmy podejść do stolika. No cóż. Czasami zdarza się jeszcze, że ktoś przed nami ucieka. Mamy przynajmniej miejsce przy stoliku, przy którym siedzi jeszcze spięty mężczyzna i rozluźniony gospodarz, który od razu proponuje Sebastianowi fajkę (Wietnamczycy mają takie specjalne lufy do palenia), a jego żona przygotowuje świeży sok z trzciny cukrowej. Dziewczynki czyszczą pędy trzciny, a ich mały braciszek im przeszkadza. I tak z uśmiechem na twarzy popijamy pyszny sok i przyglądamy się jak wygląda niedzielne popołudnie wietnamskiej rodzinki.
Do miejscowości Lam Sơn przyjeżdżamy około godziny 16:00, wybieramy hotel i kiedy wchodzimy do pokoju już wiemy, że to był najgorszy wybór jakiego mogliśmy dokonać. Ciemny, brudny pokój, za oknem którego płynie ściek... Ale to nie koniec... najgorsze dopiero nadejdzie. Nie zastanawiając się długo szybko bierzemy prysznic i wychodzimy. Co nas jeszcze może spotkać w niedzielny wieczór?
 
 
Cesarskie miasto Lam Kinh
Jedziemy do parku i cesarskiego miasta Lam Kinh, który jest jednocześnie miejscem historycznym. Znajduje się w nim cesarska cytadela, pałac, smoczy dziedziniec i świątynia tajska oraz grobowce królów z dynastii Le. To zabytek związany z życiem i karierą, słynnego w wietnamskiej historii króla Le Thai To oraz z powstaniem wojsk Lam Son w XV wieku. Według map google obiekt historyczny znajdujący się w parku jest czynny do 17:30. Docieramy na miejsce po 18:00 ale widzę otwarte wejście i miejscowych zmierzających do parku na wieczorny, szybki spacer. Podjeżdżamy, uśmiechnięty mężczyzna wskazuje nam abyśmy zaparkowali przy jego knajpce. Obok jest kasa biletowa ale wejście jest bezpłatne. Mijamy kilka punktów z kokosami i wchodzimy parku, spacerujemy uliczkami pomiędzy gęsto rosnącymi drzewami, ptaki swoim głośnym śpiewem umilają nam czas, oglądamy mauzoleum królów, świątynie i kiedy przy jednej z nich zatrzymuję się aby przeczytać informacje umieszczone na tablicy.... dostaję nagle „Che Lam” od mężczyzny, który był na terenie parku. Zaskoczona z uśmiechem przyjmuję prezent. „Che lam” to tradycyjny wietnamski deser pochodzący z północy. Jest przygotowywany z prażonego kleistego ryżu, który jest mielony na drobny proszek przed połączeniem z orzeszkami ziemnymi, imbirem i melasą lub cukrem. Całość miesza się w sposób ciągły, aż do uzyskania konsystencji lepkiego, giętkiego ciasta, które jest następnie spłaszczane i powlekane proszkiem ryżowym. Hmm, tego jeszcze nie próbowaliśmy ;) U nas na pewno się nie zmarnuje i przy ciepłej herbatce, bo tak najlepiej go jeść, skosztujemy tego północno-wietnamskiego przysmaku.
 
Czy mogę z Wami pospacerować?
Kręcimy się jeszcze trochę po parku kiedy podchodzi do nas trzynastoletnia dziewczyna. Pyta czy może z nami chwilę pospacerować i porozmawiać po angielsku. Chętnie się zgadzamy i w miłym towarzystwie spędzamy kolejne minuty. Dowiadujemy się, że w szkole nauczyciele skupiają się głównie na gramatyce i uczniowie mają mało okazji do rozmów więc korzystając z okazji nasza towarzyszka praktykuje mówienie po angielsku z nami. Kiedy zbliża się czas kolacji żegnamy się i idziemy po naszą Asjatkę...

Zapraszamy do stolika

I co dalej? Zamiast siedzieć na motocyklu siedzimy na krzesłach przy stoliku i pijemy schłodzone mleko ryżowe. Grupa znajomych właściciela knajpki zebrała się przy kawie i mleku ryżowym. Od razu zostaliśmy zaproszeni do stolika, wspólnych zdjęć, rozmowy.

Co za dzień przyjemnych spotkań, nieoczekiwanych zaproszeń, prezentów. Dzień który jeszcze się nie skończył.

Bia hoi na zakończenie intensywnego dnia
Dzień postanawiamy, wyjątkowo tym razem, zakończyć lanym piwkiem. Nie śpieszy nam się do ciemnego, hotelowego pokoju. Przed naszym hotelem (to chyba jedyny plus tego hotelu) znajdują się dwie knajpki, które serwują bia hơi czyli świeże lane piwo, popularne w północnym Wietnamie. W knajpach biesiaduje już sporo miejscowych. Wybieramy tą w której jest mniej osób aby jak to Sebastian określił nie było picia na ex... Tym razem nawet nie musimy mówić co chcemy bo od razu dwa kufle lądują przed nami na stoliku, właściciel tylko pokazuje duży plastikowy dzbanek, chwila wahania i kiwamy ok, niech będzie...2 litry piwka. I zanim dostaliśmy piwo na stół już słyszymy, że ktoś do nas zagaduje... Odwracam się i widzę jak młody mężczyzna trzyma kufel i chce się „stuknąć”. Tłumacz google jest naszym niezbędnikiem w Wietnamie... I tym razem również korzystamy z jego wsparcia. Przy stoliku obok odbywa się spotkanie urodzinowe. Kilku młodych chłopaków świętuje urodziny jednego z kolegów. Składamy życzenia, przypijamy, stukamy się kuflami kilka razy (Wietnamczycy lubią się stukać kuflami przed każdym łykiem piwa) i pada hasło „do dna”. Ja odmawiam ale za to Sebastian musi wypić. Co oni mają z tym piciem do dna? To już drugi raz w tym dniu Sebastian pije do dna ;) Śmiejemy się jeszcze, dziękujemy za pogawędkę i przy misce moczonych orzechów dopijamy świeże zimne piwko prosto z kegi.
 
I w ten sposób kończymy ten lekki, spontaniczny, dzień, dzień w którym wszystko płynie a my wraz z nim. Dzień zaskakujących spotkań, pogawędek z serdecznymi ludźmi, których w Wietnamie nie brakuje, dzień niespodziewanych prezentów. Dzień bez oczekiwań, bez spięć. Kolejny niby zwykły ale jednak inny dzień w podróży po Wietnamie.
 
 
Doba w rytmie yin-yang
Przed nami noc przy kanale. Niechętnie wracamy do hotelu, do mrocznego pokoju aby przeżyć noc pełną koszmarów, najciemniejszą noc podczas całej naszej podróży a może i życia... Noc podczas której coś się ujawniło i coś odeszło, pozostając na zawsze w tym miejscu. Zasada równowagi została zachowana... To była doba w rytmie yin-yang.
O poranku po raz pierwszy od czasu opuszczenia Da Latu poczuliśmy powiew świeżości... rześkiego powietrza delikatnie muskającego twarz... Witaj nowy dniu. Zaczynamy kolejny etap naszej podróży... Północ Wietnamu przed nami...