parallax background

Pod górkę w chmurkę
z Y Ty do Sin Ho

18 października 2020
Fotorelacja i refleksje Sapa i okolica
14 października 2020
„Powitanie Nowego 2021 Roku o Wschodzie Słońca”
2 stycznia 2021
Zasiedzieliśmy się...
Minęło 11 tygodni od kiedy zadomowiliśmy się w Com Lam Eco House. To nasz najdłuższy pobyt w jednym miejscu od kiedy wyjechaliśmy z Polski. Po tak długim pobycie w tym samym miejscu ciężko jest nam wyruszyć w dalszą drogę. Dzień wyjazdu jednak się zbliża. Oboje czujemy, że czas opuścić Ta Van. Mimo to odkładamy wyjazd o jeden dzień i jeszcze jeden. W końcu podejmujemy decyzję żeby pokręcić się trochę po okolicy. Planujemy stopniowo opuścić nasz tymczasowy dom. Na początek udajemy się na trekking do oddalonej o 11 km wioski Seo My Ty gdzie spędzamy jeden dzień i jedną noc. Z tej wyprawy powstał odrębny wpis, który znajduje się tu.
Pogoda nas testuje...
Następnie postanawiamy udać się na czterodniową wycieczkę do najbardziej oddalonych w kierunku północno-zachodnim zakątków Wietnamu. Nadchodzi dzień wyjazdu. Pogoda nam nie sprzyja. Nisko osadzone chmury kłębią się nad pasmem Hoang Lien Son. Przejrzystość powietrza jest zerowa. Jedynym plusem tej zniechęcającej do wyjazdu aury jest to, że nie pada. I ten fakt przekonuje nas do opuszczenia ciepłego i bezpiecznego gniazdka, które sobie stworzyliśmy w Com Lam Eco House. Pakujemy jeden plecak na naszą Asjatkę i po raz pierwszy żegnamy się z gospodarzami. Świadomość, tego że tu wrócimy ułatwia nam wyjazd. Wyjeżdżamy z Ta Van… Jedziemy! Nowa przygoda przed nami 😊

Zasiedzieliśmy się... jak ten bawół w błotku...

W drodze do Y Ty
Chmury są jednak coraz bardziej gęste. Im bliżej miasta Sapa tym chłodniej. Zaczyna padać deszcz. Zakładamy peleryny. W Sapa kupujemy ciasteczka kasztanowe i obieramy kierunek Y Ty. Deszcz zacina nieprzyjemnie. Marzną mi stópki w sandałach sportowych. Żałuję, że nie założyłam pełnych butów. Mijamy wodospad, po chwili kolejny i się zatrzymujemy. Ups, to nie ta droga! Przejechaliśmy skrzyżowanie na którym mieliśmy skręcić w prawo. Zawracamy. Po chwili jesteśmy na właściwej trasie. Widoczność jest coraz mniejsza. Zatrzymujemy się aby wydobyć z plecaka skarpetki. Jest lepiej. Pochmurna aura jednak nasila niepewność. Nadjeżdżających z naprzeciwka pojazdów już prawie nie widać. „Czy my na pewno chcemy tam jechać? Zadaję na głos to pytanie, zignorowane przez Sebastiana. Ciśniemy dalej. W końcu droga schodzi w dół. Zjeżdżamy w niższe partie gór. Przejaśnia się. I nagle widzimy rozległe wzgórza na których rośnie jeszcze nie zebrany ryż i krętą drogę przed nami.
Cieplej, ciepło, słonecznie…
Robi się cieplej, chmury rzedną, wychodzi słońce. No tak, wystarczyło opuścić okolicę Sapy i już się klimat zmienił. W wiosce Bản Xèo jemy lunch, za który pani z zaciśniętymi zębami liczy sobie podwójnie (to powszechnie stosowane praktyki w Wietnamie, nie wszędzie, ale kilka razy daliśmy się na to złapać, zwłaszcza wtedy kiedy tracimy czujność lub wydaje się nam to niemożliwe „w takim miejscu”). Dalej droga prowadzi przez mniejsze wioski aż do miejscowości Bản Vược. Od tej pory jedziemy wzdłuż rzeki, która jest naturalną granicą pomiędzy Wietnamem a Chinami. Po drugiej stronie rzeki biegnie chińska autostrada. Jezdnia jest w dobrym stanie dlatego też szybko dojeżdżamy do miejsca, w którym droga skręca w lewo i zaczyna piąć się w górę, coraz wyżej i wyżej. Otwierają się przed nami panoramiczne widoki na chińskie pasma górskie. Przejeżdżamy przez małe wioski, podziwiamy tarasy ryżowe osadzone na stromych zboczach gór, mijamy wodospady i bawoły. Pokonujemy kolejne kilometry i jesteśmy coraz wyżej, coraz bliżej celu, ponownie w chmurach.

Wystarczyło wyjechać z Sapy... i jest słoneczko!

Nogi do góry! Warunki na trasie są różne, po ulewnych deszczach drogi są zalane, pełne błota lub miękkiej gliny

Poduszka ze słomy
Przejeżdżamy przez małą wioskę, mijamy przechodzące obok trzy kobiety, następnie jeszcze jedną kobietę, która grabi słomę rozrzuconą na drodze na przestrzeni kilkunastu metrów. Skręcamy delikatnie w prawo i nagle czuję mocne szarpnięcie, po którym wpadamy w niekontrolowany poślizg… „No to leżymy” dotarło do mnie w ułamku sekundy, ułamku w którym Sebastian sobie tylko znanym sposobem wyprostował jeszcze na chwilę motocykl, zyskując dla nas kolejnych kilka cennych metrów. Jednak kolejne dziury znajdujące się pod grubą warstwą błota oraz słomy czekały aby dopełnić dzieła. Nasz motocykl przy minimalnej już prędkości uślizgu przechyla się mocno na prawą stronę, a następnie kładzie na… słomie. Wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie, amortyzowane, pod kontrolą. Nawet myśl o tym aby w trakcie tego uślizgu nie wpaść na Sebastiana wydawała się trwać wieki. Po raz kolejny czuję obecność naszych Aniołów, które chronią nas łagodząc upadek.

Chińskie pasmo górskie i autostrada na horyzoncie

Coraz bliżej Y Ty... najtrudniejszy odcinek dopiero przed nami

Siedząc na tej słomie z delikatnie obitym kolanem i łokciem dziękuję, że upadek nastąpił właśnie w tym miejscu, a nie na drodze pełnej ostrych kamieni. Podchodzą do nas trzy kobiety, sprawdzają kolano i potwierdzają, że wszystko jest ok, a na kolanie nie ma nawet pojedynczego zadrapania. Po chwili z rozbitym lusterkiem kontynuujemy jazdę do Y Ty. Droga jest w fatalnym stanie. Mamy za sobą już 9000 km przejechanych po wietnamskich drogach i bez wahania stwierdzam, że droga prowadząca do Y Ty to najgorsza droga jaką do tej pory jechaliśmy. Co chwilę podskakuję na siodełku amortyzując siady na obitą, podczas upadku ze schodów tydzień wcześniej, kość ogonową i z duszą na ramieniu obserwuję uważnie całą drogę do wioski. Okolica ponownie zasnuta jest chmurami, gdzieś kątem oka widzę tarasy ryżowe. Obserwacja widoków nie jest jednak w tym momencie priorytetem. W końcu po bardzo trudnym technicznie odcinku, 15 km od upadku docieramy do wioski Y Ty. Jest godzina 17:00…
„Nie możecie zostać w wiosce”
Wybieramy jedną z kilku kwater prywatnych znajdujących się w centrum wioski. Starsza kobieta przygotowuje nam posłanie na podłodze. I kiedy już chcemy wyjść na spacer, nadchodzi jej syn. Prosi o paszporty jednocześnie wykonując telefon. Nie podoba mi się ta rozmowa. Czuję, że coś się dzieje mimo, że nie rozumiem słów mężczyzny, który sprawdza nasze paszporty, szuka wizy i pieczątek. Po chwili oddaje nam paszporty i stwierdza, że nie możemy zostać w wiosce. „Dlaczego” pytamy. „Bo to jest strefa przygraniczna kontrolowana przez wojsko” brzmi odpowiedź tłumaczona przez tłumacza google. „Ale my przecież jesteśmy legalnie w Wietnamie już ponad 7 miesięcy. Czy mógłby pan zadzwonić do właściciela miejsca w którym spędziliśmy ostatnie dwa miesiące?”. Mężczyzna od razu wykonuje telefon do Thanga z Com Lam Eco House. Thang przekazuje nam treść ich rozmowy po angielsku i potwierdza, że musimy opuścić wioskę*. „Gdzie mamy się udać?” pytamy z lekkim niedowierzaniem. „Najlepiej do Sapy” brzmi odpowiedź. „Do Sapy?” nie wierzę. Jest godzina 17:30. Za pół godziny będzie zupełnie ciemno, droga jest w fatalnym stanie, a dojazd do miasta zajmuje co najmniej 3 godziny…

Czuję jednak wewnętrzy spokój. Nie mam już ochoty dyskutować. „Znajdziemy inny nocleg, ktoś na pewno nas przyjmie” mówię do Sebastiana. „Ale wojsko już wie, że jesteśmy w wiosce i mogą chodzić i sprawdzać”. „Ruszajmy, póki jeszcze nie zapadł zmrok” ponaglam Sebastiana. Szybko pakujemy nasz plecak z powrotem na motocykl i bez oglądania się za siebie wyjeżdżamy z wioski w kierunku przeciwnym do którego przyjechaliśmy.


*W wyniku wystąpienia drugiej fali zachorowań na covid, która miała miejsce na przełomie lipca i sierpnia 2020, rząd Wietnamu zaostrzył procedury walki z nielegalnymi imigrantami. Kontrole przygranicze zostały wzmożone tak aby uszczelnić granice państwa. Po trwającej kilka tygodni drugiej fali, sytuacja została opanowana, a kraj od ponad miesiąca nie odnotowuje wewnątrzkrajowej transmisji wirusa.

Spokój i zaufanie... co tym razem przygotowały dla nas nasze Anioły?