Biesiada w chmurach
Podchodzimy do sąsiedniego budynku, otwieramy lekko uchylone drzwi, niepewnie wchodzimy do środka. Po prawej stronie przy dwóch stolikach siedzi 12 osób. W tym właśnie momencie wznoszą toast głośno krzycząc po wietnamsku „Mot, Hai, Ba, YOOOO!!!!!” Patrzymy na nich, oni na nas, następuje sympatyczna chwila konsternacji, bezdechu. Przerywa ją gwałtowne poruszenie przy drugim stoliku, a zasiadający dookoła niego mężczyźni w wesołym pośpiechu podstawiają dla nas krzesełka. „Zapraszamy do nas, siadajcie” słyszymy. Chwilę później dostajemy pałeczki, miseczki, kieliszki… „Częstujcie się” słyszymy. Już kawałek mięsa ląduje w miseczkach (w takim momencie nie wypada mówić o wegetarianizmie), są też warzywa gotowane i podsmażany bambus. W kieliszkach pojawia się likier jabłkowy, pierwszy toast, drugi toast… prywatny toast (zgodnie z wietnamskim zwyczajem można poprosić wybraną osobę o prywatny toast, po którym następuje uścisk dłoni), i jeszcze jeden i kilka kolejnych. W miłej atmosferze prowadzimy rozmowę.