Nadszedł TEN dzień. Na zachodzie wyłania się skrawek błękitnego nieba, a od wczoraj wieje ciepły wiatr... Wiatr zmian... Co to dla nas oznacza? Ruszamy w dalszą drogę. Opuszczamy naszą strefę komfortu. Nasz przytulny domek w Ta Van, w którym spędziliśmy aż trzy miesiące. Trzy niezwykłe miesiące pełne wglądów, przygód, relaksu, spacerów, rozmów, gotowania, dołków i zachwytów. Trzy miesiące w górskiej wiosce, w otoczeniu natury, wśród życzliwych i otwartych ludzi.
Przed nami niewiadoma i nowa przygoda w najbardziej na północ wysuniętej prowincji Wietnamu. Czuję ekscytację i palę się do wyjazdu. Pojawia się nowa energia. Co nas czeka w najdalszych zakątkach w Wietnamu? Jeśli nie wyjedziemy to się nie przekonamy.
Ruszamy! Dokąd?
Krótsza czy dłuższa opcja?
Ruszamy do miasta Ha Giang skąd rozpoczniemy słynną wśród zagranicznych jak i krajowych turystów „Pętlę Ha Giang”. Z Ta Van do Ha Giang można dojechać w ciągu jednego dnia. Ta opcja zostaje jednak przez nas szybko odrzucona. Powód? Zbyt szybko, zbyt łatwo. To nie dla nas. Istnieje bowiem jeszcze jedna, dłuższa, budząca naszą ciekawość trasa alternatywna, biegnąca wzdłuż chińskiej granicy. To okazja aby dotrzeć do nieturystycznych wiosek i miast w których możemy obserwować codzienne życie mieszkańców. To okazja aby zobaczyć jak rozwijają się małe miasta i ukryte na wzgórzach małe wioski. To okazja aby podziwiać dzikie piękno przyrody i niedostępne albo trudno dostępne dla ludzi strome wzgórza oddzielające Wietnam od Chin.
Tak, to zdecydowanie opcja dla nas. Nie zastanawiamy się dwa razy. Wrzucamy na motocykl połowę naszego bagażu. Druga połowa zostaje w Com Lam Eco House. Przed nami kręte drogi w niewiadomym stanie. Wybieramy lżejszą i bardziej bezpieczną opcję podróżowania na naszej niezawodnej Asjatce, bez zbędnego balastu. Im mniej tym lepiej 😊
Wyjeżdżamy z okrytego gęstymi chmurami Ta Van. Im jesteśmy bliżej miasta Sapa tym, tak dla odmiany, bardziej słonecznie. Pasmo Hoang Lien Son przepięknie rysuje się na błękitnym niebie, temperatura powietrza spada. Czując rześkość i lekkość w powietrzu wjeżdżamy do kolorowej, słonecznej Sapy poznając ją na nowo, jakbyśmy tu byli po raz pierwszy. Po raz ostatni kupujemy ciasteczka kasztanowe, zerkamy na niezdobyty przez nas Fansipan i zjeżdżamy krętą drogą w dół doliny Rzeki Czerwonej (Sông Hồng) do stolicy prowincji Lao Cai.
Wzdłuż chińskiej granicy z Lao Cai do Muong Khuong
W stolicy prowincji zatrzymujemy się na obiad. Temperatura w mieście jest zdecydowanie wyższa niż w Sapa czy Ta Van. Jest bezchmurne niebo. Wyjeżdżając z miasta udajemy się w stronę granicy z Chinami na drogę prowadzącą do miasteczka Muong Khuong. Ruch na ulicy maleje, droga pnie się w górę, błękitne niebo budzi zachwyt. Czuję powiew świeżości i ekscytację. Z naszej lewej strony rozciąga się rozległa dolina, pośrodku której płynie rzeka. Na pofałdowanych wzgórzach widać domki tworzące małe wioski. Po drugiej stronie wzgórza biegnie droga, co jakiś czas pojawia się wodospad. Wzdłuż całej trasy możemy obserwować chińskie pasmo górskie.
Zachwycająca przestrzeń umila nam jazdę, a kiedy na horyzoncie pojawiają się wapienne wzgórza to znak, że wjeżdżamy do Muong Khung. Miasteczko otoczone jest zielonymi stożkami tworzącymi naturalny mur obrony. Wybieramy nha nhgi (pensjonat) z widokiem na pola ryżowe i ruszamy na eksplorację okolicy, a następnie spacer po mieście i kolację w jednym z kilku lokalnych punktów gastronomicznych.

Ulica targowa w mieście Muong Khuong



























































