parallax background

Pod górkę w chmurkę
z Y Ty do Sin Ho

18 października 2020
Fotorelacja i refleksje Sapa i okolica
14 października 2020
„Powitanie Nowego 2021 Roku o Wschodzie Słońca”
2 stycznia 2021
Zasiedzieliśmy się...
Minęło 11 tygodni od kiedy zadomowiliśmy się w Com Lam Eco House. To nasz najdłuższy pobyt w jednym miejscu od kiedy wyjechaliśmy z Polski. Po tak długim pobycie w tym samym miejscu ciężko jest nam wyruszyć w dalszą drogę. Dzień wyjazdu jednak się zbliża. Oboje czujemy, że czas opuścić Ta Van. Mimo to odkładamy wyjazd o jeden dzień i jeszcze jeden. W końcu podejmujemy decyzję żeby pokręcić się trochę po okolicy. Planujemy stopniowo opuścić nasz tymczasowy dom. Na początek udajemy się na trekking do oddalonej o 11 km wioski Seo My Ty gdzie spędzamy jeden dzień i jedną noc. Z tej wyprawy powstał odrębny wpis, który znajduje się tu.
Pogoda nas testuje...
Następnie postanawiamy udać się na czterodniową wycieczkę do najbardziej oddalonych w kierunku północno-zachodnim zakątków Wietnamu. Nadchodzi dzień wyjazdu. Pogoda nam nie sprzyja. Nisko osadzone chmury kłębią się nad pasmem Hoang Lien Son. Przejrzystość powietrza jest zerowa. Jedynym plusem tej zniechęcającej do wyjazdu aury jest to, że nie pada. I ten fakt przekonuje nas do opuszczenia ciepłego i bezpiecznego gniazdka, które sobie stworzyliśmy w Com Lam Eco House. Pakujemy jeden plecak na naszą Asjatkę i po raz pierwszy żegnamy się z gospodarzami. Świadomość, tego że tu wrócimy ułatwia nam wyjazd. Wyjeżdżamy z Ta Van… Jedziemy! Nowa przygoda przed nami 😊

Zasiedzieliśmy się... jak ten bawół w błotku...

W drodze do Y Ty
Chmury są jednak coraz bardziej gęste. Im bliżej miasta Sapa tym chłodniej. Zaczyna padać deszcz. Zakładamy peleryny. W Sapa kupujemy ciasteczka kasztanowe i obieramy kierunek Y Ty. Deszcz zacina nieprzyjemnie. Marzną mi stópki w sandałach sportowych. Żałuję, że nie założyłam pełnych butów. Mijamy wodospad, po chwili kolejny i się zatrzymujemy. Ups, to nie ta droga! Przejechaliśmy skrzyżowanie na którym mieliśmy skręcić w prawo. Zawracamy. Po chwili jesteśmy na właściwej trasie. Widoczność jest coraz mniejsza. Zatrzymujemy się aby wydobyć z plecaka skarpetki. Jest lepiej. Pochmurna aura jednak nasila niepewność. Nadjeżdżających z naprzeciwka pojazdów już prawie nie widać. „Czy my na pewno chcemy tam jechać? Zadaję na głos to pytanie, zignorowane przez Sebastiana. Ciśniemy dalej. W końcu droga schodzi w dół. Zjeżdżamy w niższe partie gór. Przejaśnia się. I nagle widzimy rozległe wzgórza na których rośnie jeszcze nie zebrany ryż i krętą drogę przed nami.
Cieplej, ciepło, słonecznie…
Robi się cieplej, chmury rzedną, wychodzi słońce. No tak, wystarczyło opuścić okolicę Sapy i już się klimat zmienił. W wiosce Bản Xèo jemy lunch, za który pani z zaciśniętymi zębami liczy sobie podwójnie (to powszechnie stosowane praktyki w Wietnamie, nie wszędzie, ale kilka razy daliśmy się na to złapać, zwłaszcza wtedy kiedy tracimy czujność lub wydaje się nam to niemożliwe „w takim miejscu”). Dalej droga prowadzi przez mniejsze wioski aż do miejscowości Bản Vược. Od tej pory jedziemy wzdłuż rzeki, która jest naturalną granicą pomiędzy Wietnamem a Chinami. Po drugiej stronie rzeki biegnie chińska autostrada. Jezdnia jest w dobrym stanie dlatego też szybko dojeżdżamy do miejsca, w którym droga skręca w lewo i zaczyna piąć się w górę, coraz wyżej i wyżej. Otwierają się przed nami panoramiczne widoki na chińskie pasma górskie. Przejeżdżamy przez małe wioski, podziwiamy tarasy ryżowe osadzone na stromych zboczach gór, mijamy wodospady i bawoły. Pokonujemy kolejne kilometry i jesteśmy coraz wyżej, coraz bliżej celu, ponownie w chmurach.

Wystarczyło wyjechać z Sapy... i jest słoneczko!

Nogi do góry! Warunki na trasie są różne, po ulewnych deszczach drogi są zalane, pełne błota lub miękkiej gliny

Poduszka ze słomy
Przejeżdżamy przez małą wioskę, mijamy przechodzące obok trzy kobiety, następnie jeszcze jedną kobietę, która grabi słomę rozrzuconą na drodze na przestrzeni kilkunastu metrów. Skręcamy delikatnie w prawo i nagle czuję mocne szarpnięcie, po którym wpadamy w niekontrolowany poślizg… „No to leżymy” dotarło do mnie w ułamku sekundy, ułamku w którym Sebastian sobie tylko znanym sposobem wyprostował jeszcze na chwilę motocykl, zyskując dla nas kolejnych kilka cennych metrów. Jednak kolejne dziury znajdujące się pod grubą warstwą błota oraz słomy czekały aby dopełnić dzieła. Nasz motocykl przy minimalnej już prędkości uślizgu przechyla się mocno na prawą stronę, a następnie kładzie na… słomie. Wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie, amortyzowane, pod kontrolą. Nawet myśl o tym aby w trakcie tego uślizgu nie wpaść na Sebastiana wydawała się trwać wieki. Po raz kolejny czuję obecność naszych Aniołów, które chronią nas łagodząc upadek.

Chińskie pasmo górskie i autostrada na horyzoncie

Coraz bliżej Y Ty... najtrudniejszy odcinek dopiero przed nami

Siedząc na tej słomie z delikatnie obitym kolanem i łokciem dziękuję, że upadek nastąpił właśnie w tym miejscu, a nie na drodze pełnej ostrych kamieni. Podchodzą do nas trzy kobiety, sprawdzają kolano i potwierdzają, że wszystko jest ok, a na kolanie nie ma nawet pojedynczego zadrapania. Po chwili z rozbitym lusterkiem kontynuujemy jazdę do Y Ty. Droga jest w fatalnym stanie. Mamy za sobą już 9000 km przejechanych po wietnamskich drogach i bez wahania stwierdzam, że droga prowadząca do Y Ty to najgorsza droga jaką do tej pory jechaliśmy. Co chwilę podskakuję na siodełku amortyzując siady na obitą, podczas upadku ze schodów tydzień wcześniej, kość ogonową i z duszą na ramieniu obserwuję uważnie całą drogę do wioski. Okolica ponownie zasnuta jest chmurami, gdzieś kątem oka widzę tarasy ryżowe. Obserwacja widoków nie jest jednak w tym momencie priorytetem. W końcu po bardzo trudnym technicznie odcinku, 15 km od upadku docieramy do wioski Y Ty. Jest godzina 17:00…
„Nie możecie zostać w wiosce”
Wybieramy jedną z kilku kwater prywatnych znajdujących się w centrum wioski. Starsza kobieta przygotowuje nam posłanie na podłodze. I kiedy już chcemy wyjść na spacer, nadchodzi jej syn. Prosi o paszporty jednocześnie wykonując telefon. Nie podoba mi się ta rozmowa. Czuję, że coś się dzieje mimo, że nie rozumiem słów mężczyzny, który sprawdza nasze paszporty, szuka wizy i pieczątek. Po chwili oddaje nam paszporty i stwierdza, że nie możemy zostać w wiosce. „Dlaczego” pytamy. „Bo to jest strefa przygraniczna kontrolowana przez wojsko” brzmi odpowiedź tłumaczona przez tłumacza google. „Ale my przecież jesteśmy legalnie w Wietnamie już ponad 7 miesięcy. Czy mógłby pan zadzwonić do właściciela miejsca w którym spędziliśmy ostatnie dwa miesiące?”. Mężczyzna od razu wykonuje telefon do Thanga z Com Lam Eco House. Thang przekazuje nam treść ich rozmowy po angielsku i potwierdza, że musimy opuścić wioskę*. „Gdzie mamy się udać?” pytamy z lekkim niedowierzaniem. „Najlepiej do Sapy” brzmi odpowiedź. „Do Sapy?” nie wierzę. Jest godzina 17:30. Za pół godziny będzie zupełnie ciemno, droga jest w fatalnym stanie, a dojazd do miasta zajmuje co najmniej 3 godziny…

Czuję jednak wewnętrzy spokój. Nie mam już ochoty dyskutować. „Znajdziemy inny nocleg, ktoś na pewno nas przyjmie” mówię do Sebastiana. „Ale wojsko już wie, że jesteśmy w wiosce i mogą chodzić i sprawdzać”. „Ruszajmy, póki jeszcze nie zapadł zmrok” ponaglam Sebastiana. Szybko pakujemy nasz plecak z powrotem na motocykl i bez oglądania się za siebie wyjeżdżamy z wioski w kierunku przeciwnym do którego przyjechaliśmy.


*W wyniku wystąpienia drugiej fali zachorowań na covid, która miała miejsce na przełomie lipca i sierpnia 2020, rząd Wietnamu zaostrzył procedury walki z nielegalnymi imigrantami. Kontrole przygranicze zostały wzmożone tak aby uszczelnić granice państwa. Po trwającej kilka tygodni drugiej fali, sytuacja została opanowana, a kraj od ponad miesiąca nie odnotowuje wewnątrzkrajowej transmisji wirusa.

Spokój i zaufanie... co tym razem przygotowały dla nas nasze Anioły?

Grube ściany domku wykonanego z gliny, zdobione są narzędziami rolniczymi.

A z okna wyglądają dynie, tylko podkreślając niepowtarzalność tego miejsca.

W poszukiwaniu dachu nad głową
Dryfujemy pomiędzy kamieniami, podskakujemy na siodełku prosząc Anioły o pomoc. Wyjeżdżamy z wioski i ponownie pniemy się coraz wyżej, w chmury. Nagle Sebastian skręca w lewo i zatrzymuje motocykl. Stoimy przed homestay-em. „A to te domki z gliny, które widziałam na zdjęciu” szybko przypominam sobie, że właśnie o tych kwaterach czytałam dzień wcześniej. Przed domem stoi młoda kobieta. „Czy możemy zostać na noc?” pada pytanie z ust Sebastiana. Kobieta wpisuje odpowiedź do tłumacza. Czytamy. Cena za nocleg w pokoju wspólnym wynosi 160 000 VND, a w pokoju prywatnym 200 000 VND”. Uśmiechamy się. Bierzemy prywatny.
A co z kolacją?
„Nasza rodzina dzisiaj nie gotuje” dodaje młoda dziewczyna. „Ok, nie ma problemu”. Spoglądam w lewo na ogród, huśtawkę i panoramiczny, zamglony widok na wioskę Y Ty położoną zaledwie 2 km od miejsca w którym właśnie jesteśmy. „Uff, dobrze że nas wyrzucili z wioski! To miejsce jest o niebo piękniejsze i mamy okazję spać w domu z gliny”. Oddychamy z ulgą i zadowoleniem. Kręcimy się jeszcze chwilę po ogrodzie kiedy z domu wychodzi małżeństwo z dzieckiem. „Idziemy na kolację obok” mówi kobieta i pokazuje na homestay znajdujący się po drugiej strony ulicy. „No to może my też pójdziemy na kolację do sąsiadów?” Spoglądamy na siebie „Idziemy” stwierdzamy szybko.
Biesiada w chmurach
Podchodzimy do sąsiedniego budynku, otwieramy lekko uchylone drzwi, niepewnie wchodzimy do środka. Po prawej stronie przy dwóch stolikach siedzi 12 osób. W tym właśnie momencie wznoszą toast głośno krzycząc po wietnamsku „Mot, Hai, Ba, YOOOO!!!!!” Patrzymy na nich, oni na nas, następuje sympatyczna chwila konsternacji, bezdechu. Przerywa ją gwałtowne poruszenie przy drugim stoliku, a zasiadający dookoła niego mężczyźni w wesołym pośpiechu podstawiają dla nas krzesełka. „Zapraszamy do nas, siadajcie” słyszymy. Chwilę później dostajemy pałeczki, miseczki, kieliszki… „Częstujcie się” słyszymy. Już kawałek mięsa ląduje w miseczkach (w takim momencie nie wypada mówić o wegetarianizmie), są też warzywa gotowane i podsmażany bambus. W kieliszkach pojawia się likier jabłkowy, pierwszy toast, drugi toast… prywatny toast (zgodnie z wietnamskim zwyczajem można poprosić wybraną osobę o prywatny toast, po którym następuje uścisk dłoni), i jeszcze jeden i kilka kolejnych. W miłej atmosferze prowadzimy rozmowę.

„Mot, Hai, Ba, YOOOO!!!!!” wznosimy toast z grupą podróżujących Wietnamczyków

Tylko 2 km od centrum Y Ty...tak blisko i tak daleko...

Spoglądając w bezchmurne niebo pełne gwiazd
Ta 12-osobowa grupa to rodzina i przyjaciele mieszkający w różnych częściach Wietnamu. Jest pan doktor z HCMC, kilka osób z północy, przewodnik z Sapy. Wszyscy razem podróżują po północnym Wietnamie. Po kolacji pan doktor serwuje kawkę z Dak Lak, a następnie wszyscy przenoszą się na zewnątrz aby na zakończenie dnia wypić kilka mini filiżanek herbatki wesoło przy tym rozmawiając. O godzinie 21:00 wszyscy się rozchodzą do swoich pokoi. Dziękujemy za zaproszenie i cudowny wieczór… Z wdzięcznością spoglądamy w gwiazdy dziękując za taki obrót sprawy i poprowadzenie nas do miejsca, z którego będąc w chmurach z dala od centrum wioski możemy spać spokojnie w niedużym domku z gliny. Po raz kolejny przekonaliśmy się, że „nic nie dzieje się przypadkiem”. Nasze anioły przygotowały dla nas niezapomniany wieczór pełen atrakcji.
Sesja fotograficzna o poranku
Wstaję wcześnie, jak co dzień. Wyglądam przez okno, jest jeszcze ciemno. Kiedy kończę swoją poranną praktykę słyszę głosy na zewnątrz. Wychodzę i widzę grupę mężczyzn biegających z aparatami fotograficznymi. Jesteśmy w chmurze. Otacza nas biała ściana, która tworzy atmosferę tajemniczości. Robię głęboki wdech. Zapach chmury, cudowny, rześki… aż chciałoby się ten zapach umieścić w tym wpisie… Bujam się na huśtawce spoglądając w niekończąca się białą przestrzeń kiedy podchodzi do mnie jeden z mężczyzn z pytaniem czy może sobie zrobić ze mną zdjęcie. Po chwili kolejny i jeszcze jeden. Okazuje się, że to grupa profesjonalnych fotografów. Niedługo później zostaję ich modelką 😉 Uśmiecham się i pozuję. Ach jaki przyjemny poranek… Kiedy wszyscy opuszczają to miejsce zostajemy sami na wzgórzu w chmurach… Niespiesznie pakujemy plecak i ruszamy do Lai Chau.

Sesja fotograficzna z grupą profesjonalnych fotografów

W drodze do Lai Chau
Droga do do Lai Chau prowadzi przez Sapę. Pierwsze 15 kilometrów jedziemy wolno mocno koncentrując się na każdym ruchu motocykla. Droga jest w tak fatalnym stanie jak droga, którą w dniu wczorajszym przyjechaliśmy do Y Ty. Po tym trudnym odcinku w końcu wjeżdżamy na „normalną” drogę po której płynnie dojeżdżamy do wioski Mường Hum, prosto na targ. Korzystamy z okazji i jemy lunch bo po drodze nie ma zbyt wielu knajp serwujących ciepłe posiłki. Kiedy ponownie dojeżdżamy do Sapy pogoda drastycznie się zmienia. Chmury pokrywają miasto i całe pasmo górskie. Przełęcz Ô Quy Hồ, która znajduje się na wysokości 2035 m n.p.m. jest kompletnie niewidoczna. Jest zimno, wilgotno i nieprzyjemnie. Zaraz za przełęczą droga biegnie w dół. Z każdym zakrętem robi się cieplej i cieplej, wychodzi słońce. Droga do Lau Chai jest szeroka, kręta, mało ruchliwa i w bardzo dobrym stanie. To przyjemna jazda w otoczeniu majestatycznych szczytów otaczających najwyższy szczyt Wietnamu Fansipan (Phan Xi Păng).
Lai Chau
Do miasta przyjeżdżamy około godziny 15:00. Na pierwszy rzut oka miasto wygląda na wyludnione, bardzo uporządkowane a wokół trzech jezior jest deptak spacerowy, hotele z jednej strony i budynki urzędowe z drugiej strony. Miasto jest pięknie położone w dolinie otoczonej górami. Rezerwujemy nocleg w pensjonacie przy ulicy Chieu Tan, która okazuje się ulicą targową (Chợ Tạm). Jesteśmy zaskoczeni położeniem hotelu. Tak blisko targu, a może raczej na targu jeszcze nie nocowaliśmy. Tu toczy się życie. Można tu kupić wszystko począwszy od żywego inwentarza, a skończywszy na ubraniach. Jest kilka punktów gastronomicznych i nhà nghỉ (pensjonatów). Restauracje znajdują się na ulicy Le Duan. Ta część miasta żyje podczas gdy nowa część miasta świeci pustkami.
Pętla Muong So – Si Phay – Phong Tho
Z Lai Chau udajemy się dalej w kierunku zachodnim. W wiosce Muong So odbijamy w prawo, na drogę pnącą się daleko, wysoko w góry. Ta przepiękna, malownicza pętla przebiega przez maleńkie, położone na zboczach gór wioski, przez rozległe plantacje bananowców, pomiędzy tarasami ryżowymi. Nawierzchnia jest w bardzo przyzwoitym stanie i umożliwia sprawne poruszanie się po krętej drodze. Słońce dodaje uroku okolicy, a w nas wstępuje nowa energia budząc na nowo ekscytację z podróżowania i chęć ruszenia dalej… Kiedy pojawia się znak „Dao Son w prawo” należy skręcić w lewo aby zatoczyć kółko i rozpocząć zjazd ze wzgórza do miejscowości Nam Cay, a następnie do Phong Tho. Polecamy tą przyjemną, widokową, spokojną pętlę. Warto zapuścić się daleko w góry aby doświadczyć niezwykłej dziewiczej przyrody północno-zachodnich zakątków Wietnamu.

Spektakularne widoki na kolorowe wzgórza podczas pętli Muong So - Si Phay - Phong Tho

Deptak spacerowy w Phong Tho idealny na wieczorny spacer i poranne bieganie

Nocleg w Phong Tho
Nocleg postanawiamy spędzić w Phong Tho, ładnie położonej nad rzeką wioski. Phong Tho to cztery równoległe ulice, targ, kilka punktów gastronomicznych i usługowych. Wokół rzeki, od mostu do mostu, jest deptak spacerowy, idealny na wieczorny spacer i poranne bieganie (korzystam z okazji i robię dwa kółka co daje w sumie 5 km). Ludzie nieśmiało uśmiechają się do nas, dzieci zagadują. Jest miło i sympatycznie.
Ekscytująca jazda z Phong Tho do Chan Nua
Biegnąca wzdłuż rzeki droga QL12 to niesamowita jazda między zielonymi wzgórzami. Czuję jak lekko płyniemy, dryfujemy po idealnej, równej nawierzchni, delikatnie krętej jezdni. Powiew rześkiego powietrza muska nam twarze, a zapach świeżości towarzyszy podczas pokonywania kolejnych kilometrów. Ta zachwycająca podróż dodaje mi skrzydeł ;) pojawiają się nowe inspiracje, pomysły i zdecydowane "tak" dla ostatecznego opuszczenia wspaniałego miejsca Com Lam Eco House, który był naszym domem przez ponad 11 tygodni. Czuję wyraźnie, że nadszedł czas na kolejne przygody zanim ponownie znajdziemy "kącik" na dłuższy pobyt.

Droga QL12 to niesamowita, płynna jazda z Phong Tho do Chan Nua

Zatrzymujemy się nad rzeką. Siadam na kamieniu, który jest tak gorący, że parzy mnie w tyłek. Cisza, spokój wokoło, szum rzeki, ćwierkot ptaków, kolorowe motyle fruwają... jest słonecznie. Po raz kolejny uświadamiamy sobie jaką ważną rolę odgrywa słońce... Dodaje energii, entuzjazmu, optymizmu, chęci do życia i działania. Świat jest bardziej kolorowy, wesoły, uśmiechnięty... Pełny szczęścia ☀️☀️☀️
Zatrzymujemy się w wiosce Chăn Nưa na lunch. Tym razem jest to lunch z widokiem na złociste tarasy ryżowe. W oddali jest jezioro, wokół zielone wzgórza i drewniane chaty na palach. Rosną bananowce. Jemy pyszny obiad i idziemy na spacer. Przechodzimy obok drewnianych domków przy których są zagrody ze zwierzętami, pozdrawiamy mieszkańców, dzieci wołają hello i uciekają. Robimy kółeczko i wracamy główną drogą.

Godziny w których możliwy jest przejazd drogą w kierunku Sin Ho

Droga do Sin Ho
Droga numer 128 do Sin Ho to ponownie pnąca się w górę trasa. Z prawej strony roztacza się rozległy, panoramiczny widok na zielone pasma górskie. Gdzieś między tymi wzgórzami kryją się wioski, które z tej wysokości nie są widoczne. Otaczają nas góry i dolina na dnie której płynie rzeka. Przestrzeń, przestrzeń i zamknięta droga… Hmm? Ale jest tabliczka na której widnieją jakieś godziny. Szybko domyślamy się, iż w tych godzinach jest możliwy przejazd drogą prowadzącą do Sin Ho. Czekamy 5 minut i szlaban zostaje otwarty. Mijamy koparki, przejeżdżamy przez rozkopaną jezdnię i mkniemy dalej prosto do Sin Ho…
Pierwsze wrażenie
Wjeżdżamy. I gonią nas psy! Dziwne miasto! Na powitanie rzuca się na nas pies podczas jazdy na motocyklu przez centrum miasta, podnoszę nogę, nagle pies pojawia się z drugiej strony. Już mam obie nogi w górze i poganiam Sebastiana żeby jechał szybciej. Po raz pierwszy goni nas wściekły pies podczas jazdy... Po chwili drugi... W mieście jest bardzo dużo psów, trwają prace budowlane, wszystko jakby rozkopane i panuje taki ogólny rozgardiasz. Pierwsze wrażenie: nie chcę tu być... ale przecież przyjechaliśmy tu specjalnie na niedzielny targ… co teraz? Szukamy hotelu. Decydujemy się na hotel Phuc Tho, położony najbliżej targu. Hotel prowadzony jest przez sympatyczne starsze małżeństwo. Mężczyzna daje nam klucze, a kobieta dorzuca wodę, kilka ręczników i obrus na stolik. Idziemy na spacer mimo, iż na ulicach jest pełno psów nie budzących zaufania. Nad stawem zagadują nas dzieci, trzy dziewczyny do nas podchodzą i rozmawiają po angielsku, po chwili dołącza inna grupa dziewczyn. Chłopcy wołają hello i standardowe „how are you”? Powietrze jest chłodne, a niebo bezchmurne. Dzień pełen wrażeń kończymy herbatką z właścicielami hotelu.
Niedzielny targ w Sin Ho
Kończę medytację, z zewnątrz dobiegają głosy. Słychać ruch i rozgardiasz. Jest godzina 7:00. Targ już się zaczął. Wychodzę na balkon i jestem zaskoczona tym co widzę „o jaki mały ten targ”. Chyba spodziewałam się większego targowiska. Szybko ogarniamy poranną toaletę i idziemy na zakupy. Targ jest nie duży, raczej mały ale z lokalnym klimatem. Jest coś do zjedzenia typowo wietnamskiego (ryż lepki na parze - xoi, kluski na parze - banh bao, tajemnicze „zawiniątka”), owoce sezonowe (jabłka, gruszki, ananasy), warzywa, żywy inwentarz, imbir, nasiona... Każda osoba sprzedaje od 2-3 do maksymalnie kilku rodzajów produktów. Kupują miejscowi. Kilka razy obchodzimy cały targ. Zawsze korzystamy z takich okazji aby skosztować lokalne, czasami jeszcze ciepłe wyroby. Kiedy tak spacerujemy po targu tam i z powrotem znajdują nas dziewczyny, z którymi rozmawialiśmy dzień wcześniej i proponują, że pokażą nam swoją szkołę…
W wietnamskiej szkole
Po śniadaniu idziemy więc do szkoły. Teren szkoły jest bardzo zadbany bo dzieci codziennie dbają o porządek. Oglądamy klasy w których odbywają się lekcje, boiska szkolne, kwiaty w doniczkach zasadzone przez dzieci. Niespodziewanie dostajemy od dziewczyn prezenty: ręcznie robione mini notesy, duży notes oraz zawieszkę na telefon. Pstrykamy sobie pamiątkowe zdjęcia, wymieniamy się kontaktami i żegnamy młode towarzyszki dzięki którym wylądowaliśmy w wietnamskiej szkole 😉

I opowiadają o szkolnych obowiązkach i zawodach

Sin Ho otoczone jest wapiennymi wzgórzami i licznymi małymi wioskami

Słońce towarzyszy nam cały czas podczas powrotu do Ta Van

Powrót do Ta Van
Przed nami już tylko powrót do Ta Van. Przez góry, miasto Lai Chau, drogą 4D cũ, przy której ciągną się plantacje herbaty, przełęcz Ô Quy Hồ, na której trwają prace remontowe. Tym razem niebo jest niemal bezchmurne, podziwiamy wysokie szczyty masywu Hoang Lien Son, przełęcz po której właśnie przejechaliśmy, mijamy wodospady Love Falls (Thác Tình Yêu) i Silver Falls (Thác Bạc) i wjeżdżamy do Sapy. Jest zimno. Znikły gęste chmury ale zrobiło się zdecydowanie chłodniej. Ta Van przywitał nas rześkim, świeżym powietrzem. Ach jak przyjemnie… Jak długo utrzyma się piękna, prawie bezchmurna aura? Tego chyba nikt nie wie…



I co dalej???


Ha Giang


Kiedy???


Wkrótce ;))))

Wijąca się wokół gór przełęcz Ô Quy Hồ