Nasz drugi pobyt w Nepalu. Do dyspozycji mamy aż 90 dni, z których większość mamy zamiar spędzić w górach. Tym razem nadszedł czas na najbardziej popularny trekking w Himalajach a mianowicie trekking do bazy pod Everestem. Takie było założenie. Ostatecznie jednak do bazy nie dotarliśmy. Co nie oznacza, że zrezygnowaliśmy z trekkingu. Wręcz przeciwnie. Wybraliśmy jeden z najpiękniejszych ale też zdecydowanie bardziej zaawansowanych trekkingów i w ten sposób zdobyliśmy 3 przełęcze (Renjo La, Cho la, Kongma La) i 3 szczyty położone powyżej 5000 metrów (Sumdur Peak, Gokyo Ri, Kalapathar), dotarliśmy do malowniczo położonego Gokyo, przeszliśmy przez lodowiec Ngozumba, z Kalapathar podziwialiśmy najwyższą górę świata a w bazie pod Ama Dablam zostaliśmy ugoszczeni przez Nima Gombu Sherpę, który 18 razy stanął na wierzchołku Czomolungmy. Odpoczywaliśmy kilka dni w Junbesi poznając z bliska jak wygląda życie w górskiej wiosce, spaliśmy w szałasie u właściciela 25 yaków, wzięliśmy udział w festiwalu buddyjskim i spełniliśmy powierzoną nam misję zawieszenia flagi na Pikey Peak. Spędziliśmy w rejonie Khumbu i Solukhumbu razem 39 dni i większość tego czasu nie była z góry zaplanowana. Naszym celem było przejście 3 przełęczy, unikanie dużych hoteli i tłumów na szlaku. To ostatnie było chyba najtrudniejsze zwłaszcza na „autostradzie” biegnącej pomiędzy miejscowościami Lukla a Namche Bazar. Ostateczna wersja szlaku, kierunek, noclegi były w głównej mierze uwarunkowane od spełnienia właśnie tego celu: jak nie wpaść w tłum grupowych wypraw. A tłum na szlaku potrafi być naprawdę duży. Liczne grupy, porterzy, osiołki, yaki. Wyzwanie było niemałe. Nam się jednak udało 😊 Jak? Odpowiednia strategia i obserwacja. Wynik: kilkanaście noclegów w lodgach w których byliśmy jedynymi gośćmi dzięki czemu mogliśmy porozmawiać z gospodarzami, samotna wędrówka przez większość trasy dzięki czemu słyszeliśmy dźwięki dochodzące z lasu i przestrzeni oraz mogliśmy wsłuchać się w swój wewnętrzny głos. Czy to oznacza, że unikaliśmy ludzi? Jak najbardziej nie. Poznaliśmy sympatyczną parę Holendrów, Anglików, Włochów i Duńczyków. Wszystkich w pierwszych trzech dniach trekkingu czyli na szlaku przed Luklą. Dziwnym zbiegiem okoliczności trafialiśmy do tych samych lodgy i spotykaliśmy się na szlaku co jakiś czas wymieniając doświadczeniami. Poznaliśmy również artystę malarza z wioski Khumjung oraz szerpę, który przez pół godziny był naszym przewodnikiem a w Lobuche grupę Polaków, którzy dopiero co zeszli z Island Peak. Ludzie o podobnych wibracjach się przyciągają. Spotykamy tych których mamy spotykać w odpowiednim czasie i miejscu. 39 dni pełnych przygód wśród najwyższych gór świata to zdecydowanie więcej niż mogliśmy się spodziewać. Wspomnienia pozostaną na zawsze.

Nie, nie lecimy samolotem :) Idziemy ...
Skąd zaczynamy?
Wstępne rozeznanie zrobiliśmy w Kathmandu. Zaopatrzyliśmy się w mapę i podpytaliśmy o orientacyjny przebieg trekkingu. Z góry założyliśmy, że nie lecimy samolotem. Pozostawała tylko kwestia ustalenia skąd zacząć? Opcje są dwie: z Salerii albo Jiri. Druga opcja to możliwość przejścia całego szlaku, którym szli pierwsi zdobywcy Everestu. Szlaku, który był licznie uczęszczany zanim powstało lotnisko w Lukli. I ta opcja zwyciężyła. Ostatecznie jednak zdecydowaliśmy się zacząć w Bhandar. Dlaczego? Bo z Shivalaji do Bhandar szlak biegnie przez Gaurishankar Conservation Area. Wstęp do parku kosztuje 3000 rupii. W praktyce oznacza to cenę za kilka godzin wędrówki bo tyle trwa pokonanie tego odcinka. Chcąc uniknąć tej opłaty kupiliśmy więc bilety do Bhandar i lokalnym busem przez 12 godzin w towarzystwie lokalnej ludności, małych dzieci i kurczaków oraz przy dźwiękach nepalskiego disco przeplatanego nawoływaniem asystenta naganiacza „Bhandar, Bhandar” szczęśliwi, że zaoszczędziliśmy 6000 rupii, przemierzaliśmy górskie drogi pełne pięknych widoków jak również zakrętów i dziur aż do miejscowości Shivalaya. A tam niespodziewanie zostaliśmy wyproszeni z autobusu i poproszeni o uiszczenie opłaty za wstęp do parku. Żadne argumenty nie pomogły, że my z tego park korzystać nie będziemy, że zaczynamy w Bhandar dokąd jedziemy autobusem. Cennik przewidywał opłatę również dla lokalnej ludności. Z wszystkich obecnych w autobusie zapłacić musieliśmy jednak tylko my…. Zapłaciliśmy, niesmak pozostał. Najbardziej nam jednak szkoda odcinka Jiri – Bhandar z którego zrezygnowaliśmy właśnie ze względu na tę opłatę.

Niezwykły spektakl na niebie o poranku
Romantyczna kolacja przy świecach
Pierwszy nocleg a tu od razu na powitanie brak prądu, woda tylko w toalecie, która w dodatku leci jak jej się podoba oraz kolacja przy świecach. Przynajmniej jest romantycznie, szkoda tylko, że tak zimno 😉 To nasz drugi trekking więc wiedzieliśmy jak wygląda życie na szlaku ale nie spodziewaliśmy się takich niespodzianek już w pierwszy wieczór. Trochę chyba jednak będzie inaczej niż wokół Annapurny. I było...
Gdzie jest szlak?
No właśnie! To pytanie zadawaliśmy sobie najczęściej w pierwszym dniu wędrówki. Brak tabliczek, brak oznaczeń. Dobrze, że tylu czuwających ludzi po drodze, którzy wskazywali nam drogę. Idziemy do Kinji. Zielone wzgórza usłane poletkami, tarasami ryżowymi, małe wioski, gdzieniegdzie tylko pojedyncze domki. Sielankowy klimat towarzyszy nam przez kilka pierwszych dni. Za Kinją pniemy się po schodach w górę do Sete, gdzie spędzamy drugą noc. Na szlaku w tym dniu spotkaliśmy 6 osób i to właśnie były wspomniane przeze mnie pary. Aż do Namche spotykaliśmy się prawie codziennie.

Bhandar - początek szlaku i pierwsze znaki zapytania...którędy iść?

Sielankowy krajobraz na szlaku do Kinja
Lamjura La - pierwsza z wielu przełęczy
Pierwsza przełęcz pojawia się już w drugim dniu co oznacza, że szybko zdobywamy wysokość. Lamjura La położona jest bowiem na wysokości 3530 metrów. Przed przełęczą jest kilka lodgy w których można zjeść lunch. My jednak decydujemy się coś zjeść za przełęczą. Po przyjemnym zejściu przez las jesteśmy już bardzo głodni. Ratuje nas sympatyczna Nepalka z wioski Taktor, która na mój znak, że chcemy coś zjeść krzyczy „Dal bhat”. Z radością rozsiadamy się w małym domu i obserwujemy jak gospodyni przygotowuje dla nas posiłek a potem z uśmiechem na twarzy proponuje kolejne dokładki, mimo iż już jesteśmy pełni. Polecam to miejsce. Zatrzymaliśmy się tu ponownie podczas wejścia na Pikey Peak. Kiedy zobaczyliśmy ciepły uśmiech na twarzy kobiety byliśmy pewni, że trafiliśmy w dobre miejsce.

Taktor a w tym drewnianym domku sympatyczna gospodyni gotuje dal bhat i nie tylko

Dal bhat w wersji podstawowej
Junbesi
Z Taktor szybko doszliśmy do Junbesi. Duża ilość lodgy reklamujących się jeszcze na szlaku trochę nas przeraziła. Schodząc do wioski ujrzałam mały kolorowy budynek na przeciwległym końcu osady. Niezdecydowani zmierzaliśmy w kierunku świątyni. Udało nam się znaleźć mostek i przedostać się na drugą stronę rzeki gdzie znajduje się tylko jeden hotel - Noryang Hotel. Wychodzi do nas małżeństwo. Dostajemy pokój z toaletą w cenie pokoju bez toalety. Przebrani udajemy się do pokoju wspólnego. Zaczynamy rozmawiać. Zamawiamy herbatkę sherpy, potem thanthuk i zupę z dyni. Tak się nam miło rozmawiało, że nawet nie wiemy kiedy minęły 3 godziny. To samo przy śniadaniu. Miła atmosfera, pozytywna energia, przesympatyczni właściciele i ich piesek oraz wyśmienita kuchnia tak skradły nasze serca, że postanowiliśmy tu wrócić na odpoczynek i wycieczki, które można zrobić w okolicy. To właśnie tu dowiedzieliśmy się o Pikey Peak, Dudhkundzie i Świątyni Thuptenchholing. Żegnamy się i z góry zapowiadamy nasz powrót. Wracamy po 22 dniach i zostajemy na 4 dni a potem kolejne 4 dni. Jak spędziliśmy ten czas? Zajrzyjcie tu Solukhumbu – W gościnie u Szerpów.

Junbesi

Stupa na szlaku z Purtyang do Ringmu
Dewa Sherpa
Kolejny nocleg wypada w Nunthali. Mijamy Phurtyang gdzie po raz pierwszy mamy okazję zobaczyć Mount Everest, który akurat w tym dniu jest za chmurką 😉 Idziemy przez Ringmu (tutaj już można spotkać trekkerów, którzy zaczynają lub kończą trekking w Salleri/Phaplu), ciśniemy pod górę do Taksindu (2960m) aby zaraz za przełęczą zejść na wysokość 1500 metrów. To jedyny nasz nocleg poniżej 2000 metrów i w dodatku nieplanowany. Nunthala bowiem, tak się nam nie podobała, że postanowiliśmy poszukać lodgy za wioską. W dodatku 3 policjantów potwierdziło, że w odległości 10 minut jest kolejny guest house. No to idziemy, idziemy, robi się późno, coraz później. Po godzinie jest w końcu kolejna wioska i jedna lodge. Spotykamy mężczyznę z plecakiem i pytamy czy w tej wiosce jest jeszcze inna lodge. „Tak, jest” słyszymy w odpowiedzi. No to idziemy. Wioska się kończy, lodgy nie ma. Pytamy jeszcze raz „Gdzie jest ta lodge?” Za jakieś 20 – 30 minut. Jest 17:30. Zapada zmrok. Chłopak mówi, że też tam idzie. No to idziemy za nim. Chociaż słowo „idziemy” nie do końca odzwierciedla nasze tempo. Powinnam użyć raczej słowa zbiegamy z tej góry ledwo widząc co jest pod stopami. W tym momencie mi wszystko jedno, byle jak najszybciej dotrzeć do jakiegoś hotelu. Poziom adrenaliny tak mi podskoczył, że jeszcze jakiś czas dochodziłam do siebie, tym bardziej że w okolicy są niedźwiedzie, a gdy zeszliśmy do ogarniętego ciemnością Chirdi przez chwilę miałam wątpliwości czy aby na pewno będziemy tym razem spać w łóżku. Nie było jednak tak źle. W czasie kolacji słyszymy słowa uznania z ust Sherpy, który okazuje się że jest porterem i właśnie zmierza do Lukli gdzie ma się spotkać z przewodnikiem i grupą turystów. Idzie więc do pracy. Zdobyliśmy również kilka istotnych informacji o przejściu 3 przełęczy. Po raz drugi pojawiła się opcja aby jako pierwszą zrobić Renjo La a nie jak nam sugerowano w Kathmandu Kongma La.

Osiołki na szlaku

Hotel? Raczej homestay...najważniejsze, że można przenocować...w ostateczności
„Gówniany” szlak
Dzięki temu, że nie spaliśmy w Nunthali wpadliśmy w lukę. Co to oznacza? Ze aż do Chaurikharki nie spotkaliśmy nikogo na szlaku idącego w tym kierunku co my. Naszych znajomych spotykamy dopiero w Monjo. Ludzie, którzy spali w Nunthali byli za nami a Ci co spali w Karikholi byli przed nami. Na szlaku spotykamy jednak bardzo dużo osiołków. Odcinek pomiędzy Taksindu a Chaurikharką można by nazwać „gówniany szlak”- dosłownie. Na każdym kroku trzeba uważać aby nie wdepnąć w odchody osiołków o czym przypomina zapach unoszący się w powietrzu. Ten odcinek nie jest moim ulubionym tym bardziej, że powyżej Bupsy jest budowana droga i szlak jest zniszczony i przeniesiony w inne miejsce. Trzeba więc uważać.
Apple pie
Jeśli jeszcze nie próbowaliście to musicie spróbować. Apple pie czyli jabłecznik na ciepło. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam w menu apple pie, na szlaku wokół Annapurny, zastanawiałam się jak to jest możliwe, że można zamówić ciasto na szlaku? Gdzie oni to przechowują? A jednak, apple pie albo apple momo są przygotowywane na zamówienie, zawsze świeże i ciepłe w kształcie rogalika albo okrągłe. Będąc w Paiya polecam zajrzeć do „Apple pie lodge” gdzie sympatyczna starsza kobieta robi przepyszne jabłeczniki w dodatku w dobrej cenie (300 rupi za sztukę). Tu też spędziliśmy kolejną noc racząc się ciepłym „bucket shower”. Podczas rozmowy z synem gospodyni, który jest przewodnikiem po raz kolejny usłyszeliśmy, że opcja pokonania 3 przełęczy zgodnie z filozofią buddyjska czyli od lewej do prawej jest zdecydowanie ciekawsza. W tym momencie podjęliśmy decyzję, że z Namche idziemy do Thame aby z Renjo La zmierzyć się jako pierwszą.

Apple pie czyli jabłecznik na szlaku

Sympatyczna wlaścicielka Apple pie lodge
Szybki odwrót z autostrady
Z Paiya idziemy do … no właśnie nie potrafimy się zdecydować. Uderzać prosto do Phading? Ale w Phading zatrzymują się wszystkie grupy zorganizowane. Jaką więc wybrać strategię aby nie utknąć w korku? Około południa wchodzimy do Chaurikharki. Czas tutaj zwalnia. Aż się chce usiąść na murku i zostać. A może byśmy tu przenocowali? Mamy pół dnia na odpoczynek wśród ogródków warzywnych, z widokiem na samoloty latające do i z Lukli oraz niezliczoną ilość helikopterów. I tak przeciągamy moment opuszczenia wioski i przeciągamy. Robimy rozeznanie jak długo idzie się stąd do Namche aby ten odcinek machnąć w jeden dzień. Spotkany przewodnik doradza nam abyśmy przenocowali w Chheplung – już na głównym szlaku skąd w ciągu 7 godzin powinniśmy dotrzeć do Namchee. Idziemy więc do Chheplung. Zanim weszliśmy na szlak EBC widzieliśmy, że ruch na głównej drodze jest duży. Wchodzimy. Jedna grupa robi zdjęcia, druga idzie, mijają nas porterzy, dostrzegam panel słoneczny na plecaku… Co to jest? Z Sebastianem rozumiemy się bez słów. Uciekamy! Wracamy do spokojnej Chaurikharki. Wybieramy pierwszy napotkany guest house i spędzamy spokojne popołudnie w ogródku a potem w kuchni wraz z Kami, którą polubiliśmy tak bardzo, że w drodze powrotnej zatrzymujemy się tu ponownie.

Most przed Chaurikharką...miejsce gdzie czas się zatrzymał

Chheplung...czas wejść na "autostradę"
Osiołki
I to była najlepsza decyzja jaką mogliśmy podjąć. Na szlak wychodzimy ponownie przed 8:00 i tym razem jedynym wyzwaniem jakie mamy przed sobą to mijanka z osiołkami. Dopiero w Phading spotykamy znajomych Duńczyków a potem w Monjo parę Holendrów i parę Anglików. Grupy w tym czasie zdążyły się przemieścić do Jorsalle, zatrzymując się na lunch przed stromym podejściem do Namche. My w tym dniu zajadamy się samosami i dopiero na podejściu mamy okazję zobaczyć ile osób w tym samym czasie zmierza do Namche. Odcinek z Chaurikharki do Namche pokonujemy w niecałe 7 godzin i już przed 15:00 doznajemy szoku cenowego. Pokój w Namche kosztuje 1000 rupii i jest to cena ustalona dla wszystkich hoteli. No cóż. Biznes się kręci.
Opłaty na szlaku
W tym dniu uiszczamy 2 opłaty. Pierwszą tak zwaną turystyczną (Tourism fee) w wysokości 2000/os rupii. Punkt poboru opłat znajduje się za Phading. W Monjo natomiast płacimy 3000 rupii/os za wstęp do Parku Narodowego Sagarmatha i z bilecikiem udajemy się do punktu kontroli.

Przerwa na samosę...

Namche Bazar
Namche Bazar i aklimatyzacja
Aklimatyzacja. Nie idziemy do Hotelu Everest View. Idziemy w przeciwnym kierunku. Za świątynią w Khunde skręcamy w lewo i udajemy się do miejsca gdzie znajdują się czorteny wzniesione ku pamięci Edmunda Hilarego i jego rodziny. Wchodzimy na wysokość 4000 metrów a następnie schodzimy i udajemy się do świątyni gdzie gawędzimy z młodym monkiem racząc się litrami czarnej herbaty. W Khumjung natomiast odnajdujemy małą galerię i odwiedzamy poznanego na szlaku artystę malarza. Przyjmujemy zaproszenie na herbatkę i spędzamy kolejną godzinę przy kubku gorącego napoju.

Punkt widokowy na wysokości 4000 m n.p.m. W dole Khunde i Khumjung

"Placki" yaków wykorzystywane jako opał suszone są w różnoraki sposób...w Khumjung na murach wioski
Nocleg u maratonki
Czas wejść na szlak trzech przełęczy. Tak jak zdecydowaliśmy, udajemy się do Thame, gdzie zostajemy 2 dni aby się zaaklimatyzować i wejść na Sumdur Peak. Wybieramy Marathon Runner Lodge i poznajemy niesamowitą Ang Dami, która regularnie staruje w maratonach górskich i co więcej wygrywa je! Przełęcz czy pobliski 5000 tysięcznik są dla niej „easy” 😊 I w ogóle nie jesteśmy zaskoczeni kiedy po powrocie ze szczytu Sumdur zastajemy w naszej lodgy znajomych Duńczyków. Wcześniej włoska para zjadła tu lunch. Znowu przyciąganie zadziałało.
Sumdur Peak – 5000 metrów po raz pierwszy
Właściwy szczyt ma 5361 metrów. My jednak dochodzimy do przedwierzchołka. Całość zajmuje nam około 5 godzin. Czujemy wyraźne spowolnienie, kroki stają się krótkie. Znamy to uczucie z wyprawy na Tilicho Lake i Thorung La. Wejście na 5000 metrów jest dla mnie czasem medytacji i skupienia. W swoim tempie pokonuję wysokość aby z uśmiechem stanąć po raz pierwszy w tym roku na wysokości 5000 metrów.

Sumdur Peak - punkt widokowy na wysokości 5000 m n.p.m.
Renjo La (5360m)
Z Thame udajemy się na nocleg do Lumde (4368m). Krajobraz zmienia się na coraz bardziej jałowy. Robimy rozeznanie aby nie zgubić szlaku o poranku. Startujemy o 6:00. Przed nami wyszły już dwie grupy, które później wyprzedzamy w połowie drogi na przełęcz. Podejście jest długie. Na początku strome, potem wypłaszczone a na końcu daje porządnie w kość. Ta przełęcz była dla mnie najtrudniejsza. Zdobycie 5360 i przejście na drugą stronę wynagradza jednak trudy wspinaczki. Z przełęczy roztacza się panoramiczny widok na najwyższe ośmiotysięczniki, turkusowe jezioro Gokyo i położną nad nim małą kolorową osadę. Schodząc z przełęczy tą bajkową scenerię mamy cały czas przed sobą i nie musimy zerkać co chwila za siebie, co na pewno byśmy robili gdybyśmy wybrali kierunek przeciwny.
Gokyo
W Gokyo spędzamy dwa dni. Wchodzimy na Gokyo Ri (5360m) z którego podziwiamy te same szczyty co z przełęczy (tylko pod innym kątem) oraz najdłuższy w Himalajach kamienisty lodowiec Ngozumba. Wschód lub zachód słońca to popularny czas na podziwianie rozświetlonych szczytów. My jednak nie skorzystaliśmy z tej okazji i spokojnym krokiem zdobyliśmy go po śniadaniu. Po lunchu udaliśmy się natomiast na 4 jezioro w kierunku majestatycznego Cho Oju. Co jakiś czas słyszymy spadające kamienie. Lodowiec nieustannie przypomina o tym, że ciągle żyje. Gokyo to jedno z najpiękniejszych miejsc w Himalajach w którym byliśmy. Warto zaplanować sobie tu co najmniej 2 noclegi i rozkoszować się pięknem okolicy.

Gokyo Lake
Lodowiec Ngozumba
Druga przełęcz przed nami ale najpierw przejście przez lodowiec. O ile spacer po lodowcu nie jest trudny to już samo wejście i wyjście z niego do najbezpieczniejszych nie należy. Szlak od strony Gokyo jest wąski, miejscami naprawdę wąski. To tutaj dałam Sebastianowi świetny materiał filmowy kiedy niepewna kolejnego kroku postanowiłam zsunąć się ze szlaku na tyłku. No cóż każdy może mieć słabszy dzień a to był jedyny odcinek przy którym niepotrzebnie spanikowałam tak, że zaczęły trząść mi się nogi. Najważniejsze, że się udało i nikt nie musiał mnie zbierać z lodowca 😉 W labiryncie kamieni i małych zamarzniętych lub nie jeziorek poczułam potęgę lodowca, który nieustannie przypominał nam o tym, że żyje. Spadające kamienie, skrzypiący lód i lekko zawodzący wiatr oddawały piękno i powagę tej chwili.
W tym dniu zmyleni trochę informacją, że przejście Cho La zajmuje 6-8 godzin postanowiliśmy zostać w Thangnak aby skorzystać ze słońca i wody w przepływającej obok rzece, zrobić przepierkę skarpetek i odświeżyć swe spocone ciało 😉 Kąpiele w lodowatej wodzie na wysokości 4910 m to nie moja specjalność, za to Sebastian był zachwycony.

W gąszczu ścieżek i kamieni na lodowcu Ngozumba

Małe jeziorka na kamienistym lodowcu
Cho La (5420m)
Wychodzimy na szlak chwilę po 6:00. Idziemy za grupami, które ruszyły już wcześniej. Początkowo pniemy się w pod górę aby potem z niej zejść i ponownie wejść, tym razem po schodach. Strome podejście na przełęcz usiane jest bowiem schodami. Po niecałych 3 godzinach stajemy na przełęczy. W tym dniu słońce nie chciało nas uraczyć swoimi promieniami. Zjadamy więc tylko batonik, zakładamy raki i z radością i uśmiechem pokonujemy lodowcowy odcinek przełęczy. Raki sprawiły nam dużo frajdy i wygody więc warto je mieć ze sobą. O 11:00 jesteśmy w Dzongli i od razu postanawiamy iść do Lobuche. Pokonaliśmy przełęcz w niecałe 5 godzin a przez kolejne dwie przemierzamy trochę monotonny szlak do Lobuche. Tempo jest jednak indywidualne i każdy powinien dopasować je do siebie co może oznaczać dłuższy czas podejścia na przełęcz.
Lobuche
Szukamy lodgy na dwie noce. W jednym guest housie tyle ludzi, że trudno przejść, nie mówiąc już o miejscu przy stoliku. Wyraźnie czuć, że jesteśmy na głównym szlaku EBC. Zaglądamy do innej lodgy gdzie nikogo nie ma oprócz gospodyni. I mimo, iż cena za nocleg jest ta sama (700 rupii) to ceny w menu są niższe a my jeszcze gratis dostajemy 2 termosy gorącej wody. Ale w Lobuche stołujemy się również w lokalnym tea shopie. Dogadujemy się z gospodynią tea shopu i w towarzystwie porterów zajadamy się dal bhatem 30% tańszym niż w lodgach, naleśnikami za pół ceny a na śniadanie dostajemy porządną tchampę porridge, dzięki której wystarcza nam energii na całą Kongma La.

Podejście na Cho La

Druga przełęcz zdobyta! Cho La 5420 m n.p.m. Bijemy nasz rekord wysokości
Kalapathar (5550m)
Postanawiamy nie nocować w Gorakshep. Na Kalapathar idziemy z Lobuche. Odcinek do Gorakshep pokonujemy szybko ze względu na sporą ilość osób udających się w tym samym kierunku co my. Na dnie wyschniętego, polodowcowego jeziora w Goraksherp znajdujemy tablicę wskazującą kierunki: Everest Base Camp oraz Kalapathar. W związku z tym, że w tym czasie baza świeci pustkami wybieramy Kalapathar. Na pierwszy rzut oka góra wydaje się łatwa. Jednak szczyt właściwy ukazuje się dopiero po jakimś czasie. Zimny wiatr nie ułatwia wejścia. Wolnym krokiem podążamy 400 metrów w górę. Szlak jest nieoznaczony, jednak doskonale widoczny. Tybetańskie flagi modlitewne wyznaczają wierzchołek góry, który jest jednocześnie przedłużeniem grani Pumori. W końcu dumni i szczęśliwi zdobywamy Kalapathar (5550m) bijąc jednocześnie nasz dotychczasowy rekord wysokości. W tym wyjątkowym momencie jesteśmy na szczycie sami. Podziwiamy majestatyczny Everest, Icefall, Base Camp, lodowiec Khumbu oraz kilka szczytów jak Lhotse czy Nuptse (które ma kilka wierzchołków). Podczas zejścia zatrzymujemy się na batonik i w tym czasie nadlatuje helikopter. Jesteśmy świadkami szybkiej akcji pstryknięcia kilku zdjęć na tle najwyższej góry świata. Po kilku minutach helikopter odlatuje a my nadal siedzimy na kamieniu i jemy tego samego batonika 😉 Do Lobuche wracamy pustym szlakiem, idziemy wolno delektując się chwilą, tak jakbyśmy spacerowali w parku tylko w otoczeniu siedmio i sześciotysięczników 😊 Wyraźnie czujemy, że nadszedł czas aby zejść poniżej 4000 metrów.

Gorakshep i nasz cel: Kalapathar

Widok z Kalapathar
Kongma La (5535m)
Szlak przez lodowiec Khumbu wyznaczają chorągiewki. Mimo wszystko można się pogubić w labiryncie ścieżek wydeptanych na kamieniach lodowca. Tym razem nieświadomie pomaga nam grupa, która wyruszyła co najmniej pół godziny wcześniej. Podążamy jej śladem dzięki czemu docieramy do podnóża góry. Do pokonania mamy strome podejście. Raz ale konkretnie! Spokojnym, medytacyjnym krokiem pokonuję wysokość w niecałe 3,5 godziny. Na przełęcz Kongma La w tym dniu docieramy od strony Lobuche jako pierwsi. Błękitne niebo, słońce i panoramiczny widok to nagroda za trud wspinaczki. To najpiękniejszy dzień naszego trekkingu. Lhotse, Nuptse, Makalu towarzyszą nam podczas długiego zejścia do Dingboche. Zapierające dech w piersiach widoki, przestrzeń i potęga Himalajów są odczuwalne na każdym kroku.

Jesteśmy! Ostatnia przełęcz Kongma La :)

Bezchmurne niebo i piękne widoki, które długo jeszcze będziemy mieć przed oczami podczas zejścia z przełęczy
Strategia na przejście przełęczy
Na wszystkie przełęcze wychodziliśmy najwcześniej o 6:00. I to jest idealna godzina rozpoczęcia najdłuższego dnia wędrówki. O tej godzinie jest już jasno więc nie trzeba używać czołówki a poza tym grupy wychodzą zazwyczaj wcześniej więc podążając za grupą macie pewność, że nie zgubicie szlaku. No i przed wschodem słońca jest zimno. I tak temperatura w ciągu dnia nie będzie Was rozpieszczać więc po co niepotrzebnie zamrażać sobie palce z samego rana? Na żadnym ze szlaków nie ma lodgy. Dobre śniadanie to podstawa (u nas sprawdza się porządna, gęsta tchampa porridge) i batoniki (polecamy „Granola bar”, które można kupić na Thamelu). Istnieje jeszcze możliwość zamówienia jedzenia na wynos w lodgy w której śpicie. My z tej opcji skorzystaliśmy tylko raz podczas przejścia Renjo La, na pozostałych dwóch przełęczach batoniki w zupełności nam wystarczyły.

Taniec radości...udało się! Mamy to za sobą...już tylko długie zejście do Dingboche

Już prawie jesteśmy w Dingboche a za nami ... taki widok
Ama Dablam Base Camp
Nie chce mi się…jesteśmy już poniżej 4000 metrów a tu znowu mamy iść pod górę. Sebastianowi jednak bardzo zależy aby zobaczyć bazę pod imponującą Ama Dablam. Baza położona jest na wysokości 4600 metrów i już wiemy, że podobno są tam jakieś ekspedycje i namioty. Ruszamy z Somare, przed Panboche skręcamy w lewo, przechodzimy przez rzekę i zaczyna się podejście. 600 metrów to nie tak dużo… ale jednak pod górę. A my już mamy na koncie 6 wejść powyżej 5000 metrów. Idę więc, wlokę się za Sebastianem…ten szlak nie ma końca. Mam dość wchodzenia! Ciało mówi „mam dość”, umysł mówi „mam dość”, dusza mówi „ciśnij bo warto!” Cisnę więc żółwim tempem. Jeden zakręt i pod górę, znowu zakręt i znowu pod górę…to już musi być tu…o cholera znowu pod górę…zrzucam plecak i robię sobie przerwę na batonik. Patrzę na rozłożyste ramiona „królowej”, zbieram siły i pokonuję ostatni odcinek. Zatrzymuję się przed wejściem do bazy i jestem w stanie wykrztusić z siebie tylko albo i aż „WOW! Ale ślicznie!”. Żółte namioty tworzą bajeczny widok na tle pokrytej śniegiem przepięknej Ama Dablam. Warto było posłuchać tego wewnętrznego głosu, który szeptał „dasz radę, nie będziesz żałować”. I naprawdę było warto wykrzesać z siebie jeszcze trochę energii aby wejść do bazy, pospacerować pomiędzy namiotami i zatrzymać się przy namiotach domkach „no name” – tak nam się wydawało – i zostać zaproszonym na herbatkę przez młodego chłopaka z namiotu kuchennego. Jak się okazało zostaliśmy ugoszczeni przez Nima Gombu Sherpę, który 18 razy stanął na szczycie Everestu a teraz prowadzi agencję turystyczną i organizuje wyprawy. Spędziliśmy ponad godzinę w obozie, rozmawiając o wyprawach i życiu w bazie, skosztowaliśmy dhido i jeszcze załapaliśmy się na deser. Obozowe jedzenie smakowało wyśmienicie.

Baza pod Ama Dablam...wow!!!

W obozie Nima Gombu Sherpy
Powrót do Junbesi
Po zejściu z bazy nocujemy w Tengboche obok świątyni. Następnie zatrzymujemy się w Namche na momo i przy okazji sprzedajemy raki. Noc spędzamy w Chumoi a w kolejny dzień mijamy setki turystów na odcinku Phading – Monjo. I mimo, iż idziemy w przeciwnym kierunku to mamy problem przejść. Dlaczego wszyscy startują w podobnym czasie z Phading? Przecież taki trekking nie daje żadnej przyjemności? Dlatego decyzja o noclegu w Chaurikharka była najlepszą jaką mogliśmy podjąć prawie 2 tygodnie wcześniej w drodze do Namche. Za Phading oddychamy z ulgą i w strugach deszczu dociermy do Chaurikharki odwiedzając naszą ulubioną gospodynię. W związku z tym, że pogoda nie sprzyja wędrówce postanawiamy zostać tu na 2 dni i w wolny dzień przyjrzeć się z bliska jak wygląda lotnisko w Lukli. Nie dane nam było jednak zobaczyć startującego samolotu bo pogoda skutecznie uniemożliwiła loty w tym dniu.
Miło jest u Kami ale czas ruszać w drogę. Nasz cel to Junbesi. Po drodze nocujemy w Bupse, potem w Taksindu, w widokowym punkcie Phurtyang aby w 25 dzień wędrówki dotrzeć do Junbesi gdzie odpoczywamy, poznajemy życie w wiosce, odkrywamy piękno rejonu Solukhumbu i rozleniwiamy się tak bardzo, że ciężko się ruszyć w dalszą drogę. Ale to już materiał na inny post.

Taki romantyczny widok mieliśmy w Lobuche





