parallax background

Solukhumbu – W gościnie u Szerpów

8 stycznia 2020
Trekking w Himalajach – co spakować do plecaka?
8 stycznia 2020
Wśród ośmiotysięczników – Khumbu z Jiri przez trzy przełęcze do Ama Dablam BC
14 stycznia 2020
 


Pierwszy etap naszej himalajskiej wędrówki w rejonie Khumbu zakończyliśmy po 24 dniach. Następnie postanowiliśmy wrócić do Junbesi aby przez kilka kolejnych dni rozkoszować się zielonym rejonem Solukhumbu. Tarasowe pola, lasy sosnowe, wioski, górskie chatki, gompy oraz gościnność Sherpów, a do tego widoki na najwyższe góry świata i mała ilość turystów tak nas zaabsorbowały, że nawet nie wiemy kiedy minęły 2 tygodnie. Tym razem nie tylko wędrowaliśmy ale i odpoczywaliśmy w jednej z himalajskich wiosek bo przecież Himalaje nie muszą jedynie oznaczać codziennej wędrówki. Wręcz przeciwnie. Aby doświadczyć prawdziwego himalajskiego życia warto się zatrzymać w jednej z wiosek, przespacerować między polami, porozmawiać z mieszkańcami i poznać ich pogląd na życie, obserwować ich przy wykonywaniu codziennych czynności a nawet zaangażować się i wspólnie z nimi popracować w ogródku. Stać się obiektem zainteresowania i poczuć na własnej skórze jak to jest być obserwowanym. Wsłuchać się w ciszę, poczuć piękno i harmonię natury i przypomnieć siebie, że my również jesteśmy jej unikalną częścią. W Solukhumbu można poczuć himalajski klimat a jednocześnie odnaleźć spokój i ciszę na niezatłoczonych szlakach, zajrzeć do jednej z wielu świątyń buddyjskich a nawet wziąć udział w festiwalu. To wszystko a nawet więcej odkryliśmy podczas dwóch tygodni kręcenia się po okolicy. Dzięki czemu w naszej pamięci pozostaną bezcenne wspomnienia.
 
 

A oto kilka niezapomnianych chwil z naszego pobytu w rejonie Solukhumbu


 
 
Pranie
Nic takiego? Wręcz przeciwnie! Pranie ręczne na kamieniu tak jak to robią mieszkańcy wioski. Sprawiło nam tyle satysfakcji, że wyprałam wszystko co miałam w plecaku, oprócz rzeczy ubranych na sobie. Zielone mydełko i ciepła woda (specjalnie podgrzana na domowym palenisku) poradziły sobie lepiej niż niejedna pralka automatyczna. W dodatku przysporzyliśmy mieszkańcom wioski niemałą atrakcję bo z zaciekawieniem przyglądali się wykonywanym przez nas czynnościom. Suszenie na dworze sprawiło, że ubrania pachniały świeżym górskim powietrzem 😊
 
 
Obieranie fasolki
Jak tylko zobaczyliśmy, że strąki fasoli suszą się na słońcu zaproponowaliśmy, że chętnie je obierzemy. Dostaliśmy więc małe krzesełka i wspólnie z gospodarzem wyłuskiwaliśmy fasolki z łupinek, miło przy tym rozmawiając. Następnie gospodarz Dorjee z dumą oprowadził nas po swoim ogrodzie opowiadając o zasadzonych w nim warzywach
 
 
Chlebek tybetański i chapati
Dwa typowe nepalskie chlebki – smakują inaczej, wyglądają inaczej…jak oni je robią? To pytanie chodziło mi po głowie w czasie trekkingu. W końcu zapytałam i chwilę później wylądowałam w kuchni naszej gospodyni ugniatając ciasta na chlebki. Nie tylko moja ciekawość została zaspokojona ale na śniadanie zjadłam własnoręcznie zrobione chlebki (oryginalny chlebek tybetański piecze się na suchej rozgrzanej patelni, na szlaku wokół Annapurny i EBC podawane są najczęściej puri – chlebki smażone na głębokim oleju, oryginalne chlebki tybetańskie znajdziecie w Dolinie Lantang)
 
 
Jemy lokalne dania
herbatka sherpy, tchampa porridge czy dhido to dla nas najlepsze jedzenie na szlaku. Największe zdziwienie wśród ludzi wywołuje kiedy zamawiamy dhido. „Nepali dhido?” - z niedowierzaniem pytają właściciele lokalnych knajpek. „Yes, Nepali dhido with curry”. I w ten sposób podczas jedzenia ponownie jesteśmy obiektem zainteresowania Nepalczyków. Danie spożywane na obiad, którego nie ma w menu a które sprawdza się w trakcie długiego trekkingu, tak jak tchampa porridge sprawdza się na śniadanie (nawet jeśli ktoś w ogóle nie mówi po angielsku to jak powiemy „czampa” to mamy pewność, że zjemy pożywne śniadanie). Nam najbardziej odpowiada wersja kiedy możemy sami wymieszać wszystkie składniki (tchampa, masło, cukier, odpowiednia ilość herbatki sherpy lub czarnej)
 
 
Niekończące się pogawędki z gospodarzem Dorjee i jego żoną
Spędziliśmy w ich domu 9 dni, delektując się przepysznym jedzeniem i miłą atmosferą. A przy szklaneczkach domowej roboty raksi poznaliśmy ich historię, poglądy, jak wygląda życie w Nepalu i jak odbierana jest filozofia buddyjska uważana za religię. Takie rozmowy to najlepsze źródło wiedzy o życiu ludzi w danym kraju. Dlatego zawsze (o ile to możliwe) staramy się spędzać czas z gospodarzami
 
 
Jesteśmy na złym szlaku!
Patrzymy zrezygnowani na nasz szlak, który jest u podnóża wioski Loding a my właśnie stoimy w górnej jej części…pomiędzy nami domy i pola. Jak się dostać na dół bez zawracania? Jakiś czas chodzimy tam i z powrotem, w końcu pytamy kobietę o drogę i w ten sposób lądujemy w labiryncie lokalnych ścieżek pomiędzy jednym gospodarstwem i kolejnym. Naszymi przewodnikami są ich właściciele, którzy z chęcią nam pokazują którędy iść, co w cale nie jest takie łatwe jakby się wydawało. Pani obierająca warzywa pokazuje, że mamy iść w dół, następnie przesympatyczna starsza kobieta siedząca między kalafiorami pokazuje ścieżkę wzdłuż, farmer z pługiem zerka czy na pewno dobrze skręcimy… I w taki niesamowity sposób przy pomocy wspaniałych ludzi docieramy na nasz szlak
 
 
Festiwal buddyjski w świątyni Chiwang
Nowe doświadczenie ale i zadanie…i to nie byle jakie. By zapewnić sobie nocleg musimy znaleźć głównego lamę. Dostajemy instrukcję od Dorjee i z ręcznie nakreśloną mapą ruszamy z Junbesi do Chiwang. Pierwszy etap przebiega gładko i do świątyni docieramy już po 3 godzinach. Wchodzimy i widzimy 6 modlących się i uderzających w instrumenty lamów. „Który to nasz lama i jak się do niego dostać?” Początkowo niewykonalne zadanie jest wyjątkowo łatwe i już po niecałej godzinie mamy swój pokój i możemy spokojnie brać udział w festiwalu a wieczorem w lokalnej imprezie