parallax background

Nowy Wymiar Podróżowania – środkowym wybrzeżem przez Nha Trang – Tuy Hoa – Qui Nhon

EMoCJoNaLNY RoLLeRCoASTeR
28 maja 2020
Retrodegradacja czyli pętla Hoi An – Da Nang – Hue – Prao – Da Nang – Hoi An
5 czerwca 2020
 
Kontynuujemy naszą podróż w czasie kiedy turystyka zagraniczna praktycznie nie istnieje. Często jesteśmy jedynymi obcokrajowcami w okolicy. Jesteśmy takimi trochę rodzynkami pośród Wietnamczyków. To nowe doświadczenie, w czasie którego odkrywamy nie tylko przepiękne zakątki Wietnamu ale również siebie.
Ten etap rozpoczynamy w Da Lat, po opuszczeniu którego na krótko zatrzymujemy się w Nha Trang aby zobaczyć miasto z pobliskiego wzgórza. Kolejne dni to pobyt w mało turystycznych prowincjach Phu Yen i Bình Định. Cały ten odcinek pokryty jest piaszczystymi, często bezludnymi plażami, gęstymi drzewami rosnącymi na rozległych wzgórzach. Pędząc na dwóch kółkach z zachwytem podziwiamy naturalne piękno Wietnamu.
 
 
Odświeżenie na trasie
Koniec wakacji ;) czas ruszać dalej. Bogatsi wewnętrznie, wypoczęci, trochę szersi w bioderkach (oj te pyszne zupki z makaronem na śniadanie), pełni optymizmu wyjeżdżamy z Da Lat 24 kwietnia 2020. My wyjeżdżamy a prowincja Lâm Đồng (czyli ta, którą właśnie opuszczamy) w tym samym dniu otwiera się na turystykę. No cóż. Jedziemy przecierać inny szlak ;) Z górzystych regionów przenosimy się nad morze. Ale zanim dotrzemy na wybrzeże czeka nas przeprawa przez góry i przełęcz. Wyjeżdżamy w piękny słoneczny dzień i mkniemy drogą numer QL27C pomiędzy wzgórzami pełnymi zielonych i gęstych drzew i w miarę jak zbliżamy się do przełęczy niebo pokrywa się ciemnymi chmurami. Wjeżdżamy w mrok i zaczyna lać. Szybko gdzie moje ponczo? Auć w plecaku! A plecak przywiązany z każdej strony. Szarpię się z plecakiem, polar już mokry, mały plecak też. Jest, wygrzebałam swoje ponczo.. Zakładam... auć przez kask nie przejdzie! Zdejmuję kask, zakładam ponczo i zastanawiam się co zrobić z małym plecakiem? Wkładam pod ponczo i stoję. Sebastian wskoczył między drzewa i zachęca żeby zejść. Nie bardzo mi się podoba to zejście bo stromo i ślisko. Ulegam jednak namowom męża, robię krok, zjeżdżam… teraz to już nie tylko jestem mokra ale i brudna. Wracam na drogę. Czekamy. Na chwilę przestaje padać więc jedziemy. Podjeżdżamy jednak tylko kawałek i ponownie trafiamy w ulewę. Ten jednak kawałek nas ratuje. Trafiliśmy do budki z zadaszeniem gdzie kilkanaście osób czekało aż przestanie padać. Ktoś nas straszy, że w prowincji Khánh Hòa hotele nie mogą przyjmować zagranicznych gości... Przecież oficjalnie już zakaz został zniesiony? No cóż, przekonamy się.
 
 
Pierwsze koty za płoty
Po ulewie kontynuujemy naszą podróż do Nha Trang. Odcinek do granicy prowincji jest przepiękny. Jest zielono, droga wije się między wzgórzami, temperatura wzrasta i w końcu wjeżdżamy do nadmorskiej prowincji Khánh Hòa. Na granicy czuwa ekipa "wirusowa". My jednak przejeżdżamy bez zatrzymywania się. Zmienia się klimat. Mijamy wioski, wioseczki i wjeżdżamy do Nha Trang. Trochę niepewnie rozglądamy się naokoło. Są ludzie, miejscowi i nawet kilku turystów. Plaża jest jeszcze zamknięta, ludzie jeszcze noszą maseczki ale już nie wszyscy. Czuć większy luz w powietrzu. Gospodarze homestaya, w którym się zatrzymujemy witają nas z uśmiechem, częstują sokiem i dostajemy najlepszy pokój z widokiem na morze na najwyższym piętrze. Cudowny widok. O świcie doznania są jeszcze głębsze kiedy zapach morskiego powietrza wdziera się do pokoju i wręcz zmusza do wyjścia na taras... na wschód słońca. Deszcz czyści powietrze i przygotowuje miasto do rozpoczęcia nowego dnia. Ciągnący się wzdłuż plaży deptak zachęca do biegania. Takiej okazji nie można przegapić. Kilka tygodni bez ruchu to już za dużo jak dla mnie. Wybiegamy na deptak i truchtamy. W położonym pomiędzy wzgórzami Nha Trangu są 3 plaże. W tym czasie jeszcze zamknięte ale ruch wzdłuż nich już odbywa się swobodnie. To idealna okazja żeby wyjść na spacer, przejść po moście łączącym miasto i nie tylko. Wpatrując się w wzgórze położone po północnej stronie miasta dostrzegam ścieżkę... I kilka szczytów. Sprawdzam. Jest szlak. Jest szlak na szczyt Angel Mountain. Mamy więc plan na późne popołudnie. Zanim jednak udamy się na wzgórze robimy sobie rundkę po okolicy. I po raz pierwszy od kilku tygodni zaczynamy czuć się swobodnie. Skąd to uczucie? Wietnamczycy luzują swój pancerz ochronny i sami zaczynają się do nas odzywać, machać, uśmiechać. Pan z ochrony sklepowej rozmawia z nami na migi (tak też się da) i pani od bánh tiêu zaprasza po bułeczki, pani w knajpce robi z nami "wywiad". I kiedy dowiaduje się, że jesteśmy w Wietnamie od lutego, wszystkich obecnych w środku uspokaja, że są bezpieczni. To dopiero początek ale już czuć zmianę... Ostatecznie w Nha Trang zostajemy tylko dwa dni i w dzień po naszym wyjeździe prowincja Khánh Hòa również otwiera się na ruch turystyczny.
 
 
Trasa zapierająca dech w piersiach
Przed nami przepiękna, pełna spektakularnych widoków, trasa biegnąca wzdłuż wybrzeża. Z jednej strony góry, z drugiej strony morze. Z jednej soczysta zieleń, z drugiej głęboki błękit. Fale rozbijają się o skały, dzikie plaże świecą pustkami, pokryte dżunglą zbocza wślizgują się do oceanu łącząc żywioł wody i ziemi w jedno. Kręte drogi, wyryte na zboczach gór to zdecydowanie najlepsze odcinki na trasie. Pojawia się dreszczyk emocji, poziom adrenaliny delikatnie wzrasta kiedy pokonujemy kolejne zakręty, pniemy się w górę, zamieramy z zachwytu, a następnie zjeżdżamy w dół, mijając przy okazji pana na skuterze, którego nawet nie widać zza pudełek załadowanych na bagażniku skutera (tak, to ten pan na zdjęciu tytułowym ;)). Na pokonanym przez nas odcinku znajdują się przełęcze Cổ Mã i Cả i najsłynniejsza Hải Vân. Dzięki tunelom poprowadzonym przez wzgórza wspomniana trasa jest pomijana przez samochody, ruch nie jest duży, a spotkać tu można jedynie wielbicieli malowniczych widoków podróżujących na dwóch kółkach.
 
 
Przełęcze Cổ Mã i Cả
Przełęcze Co Ma i Ca znajdują się 80 km od Nha Trang i 40 km od Tuy Hòa a pomiędzy nimi znajduje się plaża Đại Lãnh oraz zatoka pełna małych łodzi rybackich, które można oglądać wjeżdżając na dwunastokilometrową przełęcz Ca. Wspaniale widoki przesłaniają bujne liście pokrywające zbocza poniżej i powyżej przełęczy. Z jednej strony skały, z drugiej przepaść, zatoka Vũng Rô pełna kolorowych łodzi rybackich, najwyższy kamienny szczyt w okolicy Đá Bia, kilka knajpek, plaża Bãi Môn wciśnięta między wzgórze a półwysep Mũi Điện na którym samotnie stojąca latarnia przyciąga uwagę. Zachwyceni widokami wjeżdżamy do prowincji Phu Yen.
 
 
Mur ochronny
Hola, hola nie tak szybko! No tak poczuliśmy się swobodniej w Nha Trang a tu odbijamy się od muru. Co się dzieje? Na obrzeżach miasta ponownie spotykamy ludzi zakrytych maseczkami tak, że widać tylko małe oczka. Knajpki są albo nieczynne albo machają nam że nie, dla Was (obcokrajowców) jest zamknięte. Przyjeżdżamy do homestaya, w którym mamy zarezerwowany nocleg i dowiadujemy się, że nie mogą przyjmować zagranicznych gości… Tylko dlaczego już wcześniej nie odwołali naszej rezerwacji lub nie napisali chociaż krótkiej informacji? No cóż. Jakoś się tym nie przejmujemy, rezerwujemy pokój w King Homestay i próbujemy kupić coś do przegryzienia. Otrzymujemy potwierdzenie naszej rezerwacji i kiedy przyjeżdżamy na miejsce okazuje się, że właściciele specjalnie dla nas ponownie otwierają swój homestay. Gospodarz szybko ogarnia pokój i zamiata liście w ogrodzie. Mamy do dyspozycji ogródek z warzywami i dużo przestrzeni na jogę 😉 A od sąsiadki dostajemy pyszne mango prosto z drzewa 😊 W centrum Tuy Hòa znajdujemy knajpkę wege w której „hello” przełamuje pierwsze lody i stopniowo mur strachu zaczyna maleć, nie do końca ale na tyle abyśmy mogli poruszać się po mieście i nawet zrobić zakupy na lokalnym targu. Tu jednak po raz pierwszy zauważamy różnicę pomiędzy miastem turystycznym gdzie ludzie są bardziej oswojeni z przyjezdnymi, a małym, lokalnym miasteczkiem i wioskami w których mieszkańcy swoim strachem i ostrożnością zaskoczyli nas najbardziej. Różnice można również wychwycić pomiędzy prowincjami co może (ale nie musi) mieć związek z tym jak lokalne władze zaangażowały się w ochronę swoich obywateli. Podróż na dwóch kółkach to fascynująca, a zarazem lekko stresująca możliwość obserwacji życia lokalnej ludności w tym szczególnym, przesiąkniętym strachem czasie.