Kontynuujemy naszą podróż w czasie kiedy turystyka zagraniczna praktycznie nie istnieje. Często jesteśmy jedynymi obcokrajowcami w okolicy. Jesteśmy takimi trochę rodzynkami pośród Wietnamczyków. To nowe doświadczenie, w czasie którego odkrywamy nie tylko przepiękne zakątki Wietnamu ale również siebie.
Ten etap rozpoczynamy w Da Lat, po opuszczeniu którego na krótko zatrzymujemy się w Nha Trang aby zobaczyć miasto z pobliskiego wzgórza. Kolejne dni to pobyt w mało turystycznych prowincjach Phu Yen i Bình Định. Cały ten odcinek pokryty jest piaszczystymi, często bezludnymi plażami, gęstymi drzewami rosnącymi na rozległych wzgórzach. Pędząc na dwóch kółkach z zachwytem podziwiamy naturalne piękno Wietnamu.

Kręte drogi przez góry, górki, wzgórza to początek naszej nowej przygody
Odświeżenie na trasie
Koniec wakacji ;) czas ruszać dalej. Bogatsi wewnętrznie, wypoczęci, trochę szersi w bioderkach (oj te pyszne zupki z makaronem na śniadanie), pełni optymizmu wyjeżdżamy z Da Lat 24 kwietnia 2020. My wyjeżdżamy a prowincja Lâm Đồng (czyli ta, którą właśnie opuszczamy) w tym samym dniu otwiera się na turystykę. No cóż. Jedziemy przecierać inny szlak ;) Z górzystych regionów przenosimy się nad morze. Ale zanim dotrzemy na wybrzeże czeka nas przeprawa przez góry i przełęcz. Wyjeżdżamy w piękny słoneczny dzień i mkniemy drogą numer QL27C pomiędzy wzgórzami pełnymi zielonych i gęstych drzew i w miarę jak zbliżamy się do przełęczy niebo pokrywa się ciemnymi chmurami. Wjeżdżamy w mrok i zaczyna lać. Szybko gdzie moje ponczo? Auć w plecaku! A plecak przywiązany z każdej strony. Szarpię się z plecakiem, polar już mokry, mały plecak też. Jest, wygrzebałam swoje ponczo.. Zakładam... auć przez kask nie przejdzie! Zdejmuję kask, zakładam ponczo i zastanawiam się co zrobić z małym plecakiem? Wkładam pod ponczo i stoję. Sebastian wskoczył między drzewa i zachęca żeby zejść. Nie bardzo mi się podoba to zejście bo stromo i ślisko. Ulegam jednak namowom męża, robię krok, zjeżdżam… teraz to już nie tylko jestem mokra ale i brudna. Wracam na drogę. Czekamy. Na chwilę przestaje padać więc jedziemy. Podjeżdżamy jednak tylko kawałek i ponownie trafiamy w ulewę. Ten jednak kawałek nas ratuje. Trafiliśmy do budki z zadaszeniem gdzie kilkanaście osób czekało aż przestanie padać. Ktoś nas straszy, że w prowincji Khánh Hòa hotele nie mogą przyjmować zagranicznych gości... Przecież oficjalnie już zakaz został zniesiony? No cóż, przekonamy się.

Moment magiczny... Poranny deszcz w Nha Trang oczyszcza powietrze i przygotowuje miasto do rozpoczęcia nowego dnia
Pierwsze koty za płoty
Po ulewie kontynuujemy naszą podróż do Nha Trang. Odcinek do granicy prowincji jest przepiękny. Jest zielono, droga wije się między wzgórzami, temperatura wzrasta i w końcu wjeżdżamy do nadmorskiej prowincji Khánh Hòa. Na granicy czuwa ekipa "wirusowa". My jednak przejeżdżamy bez zatrzymywania się. Zmienia się klimat. Mijamy wioski, wioseczki i wjeżdżamy do Nha Trang. Trochę niepewnie rozglądamy się naokoło. Są ludzie, miejscowi i nawet kilku turystów. Plaża jest jeszcze zamknięta, ludzie jeszcze noszą maseczki ale już nie wszyscy. Czuć większy luz w powietrzu. Gospodarze homestaya, w którym się zatrzymujemy witają nas z uśmiechem, częstują sokiem i dostajemy najlepszy pokój z widokiem na morze na najwyższym piętrze. Cudowny widok. O świcie doznania są jeszcze głębsze kiedy zapach morskiego powietrza wdziera się do pokoju i wręcz zmusza do wyjścia na taras... na wschód słońca. Deszcz czyści powietrze i przygotowuje miasto do rozpoczęcia nowego dnia. Ciągnący się wzdłuż plaży deptak zachęca do biegania. Takiej okazji nie można przegapić. Kilka tygodni bez ruchu to już za dużo jak dla mnie. Wybiegamy na deptak i truchtamy. W położonym pomiędzy wzgórzami Nha Trangu są 3 plaże. W tym czasie jeszcze zamknięte ale ruch wzdłuż nich już odbywa się swobodnie. To idealna okazja żeby wyjść na spacer, przejść po moście łączącym miasto i nie tylko. Wpatrując się w wzgórze położone po północnej stronie miasta dostrzegam ścieżkę... I kilka szczytów. Sprawdzam. Jest szlak. Jest szlak na szczyt Angel Mountain. Mamy więc plan na późne popołudnie. Zanim jednak udamy się na wzgórze robimy sobie rundkę po okolicy. I po raz pierwszy od kilku tygodni zaczynamy czuć się swobodnie. Skąd to uczucie? Wietnamczycy luzują swój pancerz ochronny i sami zaczynają się do nas odzywać, machać, uśmiechać. Pan z ochrony sklepowej rozmawia z nami na migi (tak też się da) i pani od bánh tiêu zaprasza po bułeczki, pani w knajpce robi z nami "wywiad". I kiedy dowiaduje się, że jesteśmy w Wietnamie od lutego, wszystkich obecnych w środku uspokaja, że są bezpieczni. To dopiero początek ale już czuć zmianę... Ostatecznie w Nha Trang zostajemy tylko dwa dni i w dzień po naszym wyjeździe prowincja Khánh Hòa również otwiera się na ruch turystyczny.

Nha Trang widoczny z pierwszego z trzech szczytów na szlaku prowadzącym na "anielską" górę
Trasa zapierająca dech w piersiach
Przed nami przepiękna, pełna spektakularnych widoków, trasa biegnąca wzdłuż wybrzeża. Z jednej strony góry, z drugiej strony morze. Z jednej soczysta zieleń, z drugiej głęboki błękit. Fale rozbijają się o skały, dzikie plaże świecą pustkami, pokryte dżunglą zbocza wślizgują się do oceanu łącząc żywioł wody i ziemi w jedno. Kręte drogi, wyryte na zboczach gór to zdecydowanie najlepsze odcinki na trasie. Pojawia się dreszczyk emocji, poziom adrenaliny delikatnie wzrasta kiedy pokonujemy kolejne zakręty, pniemy się w górę, zamieramy z zachwytu, a następnie zjeżdżamy w dół, mijając przy okazji pana na skuterze, którego nawet nie widać zza pudełek załadowanych na bagażniku skutera (tak, to ten pan na zdjęciu tytułowym ;)). Na pokonanym przez nas odcinku znajdują się przełęcze Cổ Mã i Cả i najsłynniejsza Hải Vân. Dzięki tunelom poprowadzonym przez wzgórza wspomniana trasa jest pomijana przez samochody, ruch nie jest duży, a spotkać tu można jedynie wielbicieli malowniczych widoków podróżujących na dwóch kółkach.

Plaże wciśnięte w małe zatoki oraz lazurowy kolor wody przyciągają rybaków mimo kotłujących się w niej śmieci
Przełęcze Cổ Mã i Cả
Przełęcze Co Ma i Ca znajdują się 80 km od Nha Trang i 40 km od Tuy Hòa a pomiędzy nimi znajduje się plaża Đại Lãnh oraz zatoka pełna małych łodzi rybackich, które można oglądać wjeżdżając na dwunastokilometrową przełęcz Ca. Wspaniale widoki przesłaniają bujne liście pokrywające zbocza poniżej i powyżej przełęczy. Z jednej strony skały, z drugiej przepaść, zatoka Vũng Rô pełna kolorowych łodzi rybackich, najwyższy kamienny szczyt w okolicy Đá Bia, kilka knajpek, plaża Bãi Môn wciśnięta między wzgórze a półwysep Mũi Điện na którym samotnie stojąca latarnia przyciąga uwagę. Zachwyceni widokami wjeżdżamy do prowincji Phu Yen.

Plaża Bãi Môn i półwysep Mũi Điện z latarnią z punktu widokowego budzą zachwyt tak, że chyba każdy przejeżdżający ma pamiątkowe zdjęcie na ich tle
Mur ochronny
Hola, hola nie tak szybko! No tak poczuliśmy się swobodniej w Nha Trang a tu odbijamy się od muru. Co się dzieje? Na obrzeżach miasta ponownie spotykamy ludzi zakrytych maseczkami tak, że widać tylko małe oczka. Knajpki są albo nieczynne albo machają nam że nie, dla Was (obcokrajowców) jest zamknięte. Przyjeżdżamy do homestaya, w którym mamy zarezerwowany nocleg i dowiadujemy się, że nie mogą przyjmować zagranicznych gości… Tylko dlaczego już wcześniej nie odwołali naszej rezerwacji lub nie napisali chociaż krótkiej informacji? No cóż. Jakoś się tym nie przejmujemy, rezerwujemy pokój w King Homestay i próbujemy kupić coś do przegryzienia. Otrzymujemy potwierdzenie naszej rezerwacji i kiedy przyjeżdżamy na miejsce okazuje się, że właściciele specjalnie dla nas ponownie otwierają swój homestay. Gospodarz szybko ogarnia pokój i zamiata liście w ogrodzie. Mamy do dyspozycji ogródek z warzywami i dużo przestrzeni na jogę 😉 A od sąsiadki dostajemy pyszne mango prosto z drzewa 😊 W centrum Tuy Hòa znajdujemy knajpkę wege w której „hello” przełamuje pierwsze lody i stopniowo mur strachu zaczyna maleć, nie do końca ale na tyle abyśmy mogli poruszać się po mieście i nawet zrobić zakupy na lokalnym targu. Tu jednak po raz pierwszy zauważamy różnicę pomiędzy miastem turystycznym gdzie ludzie są bardziej oswojeni z przyjezdnymi, a małym, lokalnym miasteczkiem i wioskami w których mieszkańcy swoim strachem i ostrożnością zaskoczyli nas najbardziej. Różnice można również wychwycić pomiędzy prowincjami co może (ale nie musi) mieć związek z tym jak lokalne władze zaangażowały się w ochronę swoich obywateli. Podróż na dwóch kółkach to fascynująca, a zarazem lekko stresująca możliwość obserwacji życia lokalnej ludności w tym szczególnym, przesiąkniętym strachem czasie.

Awokado i zieleninka zerwana osobiście prosto z ogródka i pyszne śniadanie gotowe

Smaczny obiad w Cơm Chay Cô Lài w Tuy Hòa

Na plaży Bãi Xép po relaksie pod grzybkiem nadszedł czas aby coś napisać
Prowincja Phu Yen
Położona jest pomiędzy przełęczami Cả na południu i Cù Mông na północy. Największa w środkowym Wietnamie rzeka Đà Rằng przepływa przez stolicę prowincji Tuy Hoa i wpływa do morza szerokim ujściem, które można zobaczyć przejeżdżając po moście prowadzącym do miasteczka. Phu Yen jest słabo zaludnioną prowincją, ludność zajmuje się tu głównie rolnictwem lub hodowlą. Nie jest to popularne turystycznie miejsce chociaż widać dużą ilość rozpoczętych w mieście inwestycji. Wzdłuż plaży Tuy Hòa rozciąga się klimatyczna promenada, po której spacerują zarówno młodzi jak i starsi mieszkańcy bądź turyści. Wybrzeże w prowincji pokryte jest licznymi plażami i klifami. Dlatego też postanawiamy zrobić sobie wycieczkę objazdową po okolicy aby znaleźć tę jedyną, wymarzoną, czystą, pokrytą jasnym delikatnym piaskiem plażę 😉

Zbocza pokryte skałami, serpentyny i błękit morza za zakrętem
Jednodniowa wycieczka po okolicy
Plaża Bãi biển Long Thủy - pierwsza plaża na naszej liście, długa, piaszczysta, bezludna. W miejscu w którym weszliśmy na plażę znajdowało się kilka małych łódek oraz tradycyjnie śmieci będące nieodłączną częścią wietnamskiego krajobrazu.

Długa bezludna plaża Bãi biển Long Thủy
Przylądek Mũi Yến - o jak ładnie! Naprzeciwko nas wyrasta skała, obok niej mniejsza tworząc klimat tego miejsca. O czarne skały rozbijają się fale, a wiatr rozwiewa włosy w każdą stronę. Niedaleko łodzie rybackie kołyszą się na rozbujanej wodzie, a wzdłuż wybrzeża rozciąga się długa piaszczysta plaża. W „normalnych” warunkach jest tu chyba jakaś knajpka, nieczynna kiedy my docieramy w te okolice. Jest jednak pani, która kasuje 5 000 VND za parking więc mamy pewność, że zostawiamy naszą Asjatkę w bezpiecznym miejscu 😉

Wiatr rozwieje każdą fryzurę na przylądku Mũi Yến. Warto jednak zaryzykować ;)
Plaża Bãi biển Phú Thường Gành Yến - to niezagospodarowana piaszczysta plaża otoczona wulkanicznymi klifami, jest pusta, bez ludzi i łodzi. Miejscem schadzek lokalnej ludności jest plac pod ogromnym drzewem migdałowym pod którym kobiety sprzedają lokalne przekąski a dzieci grają w swoje ulubione gry.

Miejsce schadzek mieszkańców wioski
An Hải - do wioski prowadzi droga wijąca się między polami, stogami siana, pasącym się bydłem. Nie zatrzymując się dojeżdżamy do punktu na końcu wioski. Przechodzimy przez zaśmiecony odcinek plaży i wspinamy się na cypel, z którego rozpościera się widok na małą wyspę Cù Lao Mái i wioskę. Siadamy na kamieniu, fale rozbijają się o skały, a my odpoczywamy wpatrzeni w morze i wyspę.

Wyspa Cù lao Mái Nhà to nasz punkt obserwacyjny podczas "skałkowej" przerwy
Klify Gành Đá Đĩa i Latarnia Hải đăng Gành Đèn - do miejsca parkingowego można dojechać zarówno wygodną, asfaltową drogą jak i taką polną, utwardzoną. My jedziemy tą ciekawszą czyli polną. Chociaż jedziemy to dużo powiedziane bo ja idę, a jedzie tylko Sebastian 😉 Ale udało się 😊 Dojechaliśmy na klify, na które ostatecznie nie weszliśmy bo urządziliśmy sobie piknik na skałkach po lewej stronie zbocza. Z miejsca naszego pikniku podziwialiśmy latarnię Gành Đèn, na którą prowadzi skuterowo – spacerowa ścieżka. Kiedy doszliśmy do latarni, kilka osób dyskretnie zmyło się na nasz widok a my mieliśmy latarnię prawie dla siebie.

Wioska gdzieś na trasie ;)

Mój Kochany Mąż zostawił mnie i pojechał ;)

Latarnia Hải đăng Gành Đèn na horyzoncie. Po pikniku na skałach zmierzamy w jej kierunku
Wymarzona plaża
Plaża Bai Xep - tę plażę pominęliśmy podczas naszej wycieczki po okolicy. Z góry jednak zaplanowaliśmy, że przyjedziemy tu następnego dnia. I tak też zrobiliśmy, nie tylko w następny dzień ale i kolejny 😉 To nasza ulubiona plaża 😊 Pod dużym parasolem spędzamy słoneczny, upalny dzień rozkoszując się widokiem fal uderzających o skały i brzeg morza. Skałki cieszą się dużą popularnością. Popołudniami zbiera się tu młodzież i pstryka sobie zdjęcia. Plaża, skałki i wzgórze zamieniają się więc w plan zdjęciowy. Jak wygląda plaża w „normalnym” czasie? Nie wiemy. W ciągu tych dwóch dni pojawiło się tu kilkadziesiąt osób ale tłumem tego nie mogę nazwać. Znajduje się tu również knajpka, w której można wypić kawkę lub kokosa i przy stoliku z widokiem na morze napisać kilka zdań w swoim kajeciku 😉

Plaża "idealna" z grzybkiem pod którym relaksując się słuchamy szumu wzburzonych fal
Klify Gành Ông - w tym samym miejscu jest również wzgórze z którego można oglądać zachód słońca, podziwiać piękno okolicy i wśród specjalnie w tym celu przygotowanych dekoracji pstryknąć sobie zdjęcie. To miejsce również cieszy się dużym zainteresowaniem. Wstęp na plażę i klify kosztuje 20 000 VND.

Ze wzgórza podziwiamy zachodzące słońce

I korzystamy ze specjalnie przygotowanych do sesji zdjęciowych miejsc
Chwila prawdy
Kiedy na dobre zadomowiliśmy się w Tuy Hoa nadszedł czas na zmianę miejsca. Naszym kolejnym przystankiem jest Qui Nhơn w prowincji Bình Định. W czasie przerwy na kawkę otrzymujemy wiadomość, że nasz nocleg został odwołany. Nie przyjmują zagranicznych turystów, brzmiała wiadomość. Już chyba na mnie nie robią wrażenia tego typu wiadomości. Rezerwujemy inny. I tym razem trafiamy w super miejsce z ogrodem i warzywami do dyspozycji. Po szybkim rozpakowaniu bagaży nadszedł czas na chwilę prawdy. Jedziemy na plażę… plażę pełną Wietnamczyków. Tylu Wietnamczyków w jednym miejscu nie widziałam odkąd wyjechaliśmy z HCMC. To oznacza, że kolejne obostrzenia zostały poluzowane, a ludzie ochoczo wyszli na ulice miasta. Wzdłuż całego miasta rozciąga się 5 km promenada, a przy niej piaszczysta plaża. Zasada jest prosta: morze, plaża, promenada, ulica i dopiero budynki, również te w budowie. Widać, że miasto intensywnie się rozwija. Podoba mi się. No ale czy Wietnamczykom się spodobają obcokrajowcy w ich mieście? Powoli ruszamy na spacer. I już po kilku krokach uśmiechnięta kobieta z dzieckiem pyta czy może sobie z nami zrobić zdjęcie, za chwilę kolejna woła „hello”, dzieci podbiegają do nas i nieśmiało zerkają na Asjatkę. W końcu wbijamy między tłum rozbawionych ludzi na plaży i już nie mamy żadnych obaw. Zamawiamy nước mía i relaksując się na leżaku pośród miejscowej młodzieży spoglądamy na morze… czyżby strach rozmył się w powietrzu?

Obostrzenia zelżały. Hurra! Idziemy na plażę! W godzinach popołudniowych Wietnamczycy spędzają czas na plaży...

W pierwszym rzędzie z widokiem na morze za jedyne 1,70 zł bo tyle kosztuje szklanka soku z trzciny cukrowej :) Chętnych nigdy nie brakuje, a sprzedawców z maszyną do wyciskania soku i krzesełkami można znaleźć wszędzie
Rundka po okolicy
Qui Nhon jest bardzo przyjemnym nadmorskim miasteczkiem, pełnym tętniących życiem uliczek. Zagranicznych turystów jest tu niewielu, a w tym szczególnym czasie jeszcze mniej. W centrum miasta jest duży plac na którym wieczorami szaleją dzieci, a wokół niego uliczne stragany oferują wietnamską pizzą i nie tylko. Tu też trafiliśmy do najlepszej, jak do tej pory, wegańskiej restauracji Quán Chay Hoan Hỷ. Poranny jogging po długiej promenadzie, a potem krótka joga na trawce są jak najbardziej możliwe (sprawdziliśmy na sobie). Okolica wokół miasta jest równie ciekawa, kilka plaż, wyspy, półwyspy, ruiny starożytnego królestwa Champa. Możliwości jest dużo. Odwiedzamy kilka wybranych przez nas miejsc.

Długo wyczekiwana zupa Bún riêu w Quán Chay Hoan Hỷ. Pychotka ;)

Bánh bột lọc chay - wietnamskie pierożki z tapioki w wersji wege

Specjalność Środkowego Wietnamu to lekka przekąska Bánh bèo, która może być spożywana w ilości zaskakującej
W królestwie Champa
Na obszarze dzisiejszego środkowego i południowego Wietnamu istniało niegdyś królestwo Champa. Głównym centrum Królestwa był położony pomiędzy górami kompleks świątynny Mỹ Sơn. Jest on oddalony około 20 km od miasta Hội An i jest miejscem chętnie odwiedzanym przez turystów. Ruiny wież, świątyń, miast są również rozproszone w okolicy Qui Nhon i w ciągu jednego dnia można odwiedzić kilka z nich. Są to między innymi: wieże Tháp Đôi położone najbliżej miasta, wieże Tháp Chăm Bánh Ít, cytadela Thành Hoàng Đế w Vijava, wieża Tháp Cánh Tiên, wieża Tháp Phú Lốc oraz wieże Tháp Bình Lâm, Tháp Chăm Dương Long, Tháp Thủ Thiện.

Ze wzgórza Tháp Chăm Bánh Ít rozciąga się panoramiczny widok na prowincję
Ostatecznie udało nam się z bliska zobaczyć tylko wieże Bánh Ít. Brama do cytadeli Vijava była zamknięta na kłódkę, wieżę Cánh Tiên oglądałam zza krat czyli również zza zamkniętej bramy a do wieży Phú Lốc nie znaleźliśmy drogi dlatego podziwialiśmy ją z daleka. Na tle pól ryżowych prezentowała się imponująco.

Wieża Phú Lốc na tle pól ryżowych. Jak do niej dojechać? Może trzeba było iść pieszo?
Tháp Chăm Bánh Ít to odrestaurowane 4 wieże położone na wzgórzu z którego rozpościera się panoramiczny widok na całą okolicę. Widoczny jest nawet ogromny siedzący biały Budda w świątyni Tượng Phật Chùa Ông Núi Temple. A świątynia znajduje się na wzgórzu w wiosce Trung Lương położonej na wybrzeżu. U podnóża wzgórza Tháp Chăm Bánh Ít znajduje się buddyjski klasztor a na jego zboczach rozrzucony jest cmentarz. Bilet wstępu kosztuje 15000 VND/os a parking 5000 VND.

Wchodzimy po schodach do wież z czasów panowania królestwa Champa

Jak ładnie! Jeszcze tylko kilkanaście schodów i jesteśmy. To tylko rozgrzewka ;)
Z uśmiechem przez prowincję Bình Định
Mimo, iż pozostałe miejsca były nieczynne lub nie udało nam się do nich dojechać to wycieczka po okolicy sprawiła nam dużo radości. Podczas przerwy na nước mía (sok z trzciny cukrowej) prowadziliśmy miłą pogawędkę z sympatycznym Wietnamczykiem (chyba po raz pierwszy od początku całej wirusowej akcji więc zaliczamy to jako duży progres). Przejeżdżając przez wioski pełne pól ryżowych mieliśmy okazję obserwować ludzi podczas pracy na polu. Ktoś przelewa wodę między poletkami, pan z wołem orze pole, ktoś inny grabi, wygładza, odgradza poletko. Po drugiej strony drogi prace odbywają się przy pomocy traktora. Chwilę później, przejeżdżając przez wioskę spontanicznie zatrzymujemy się na Bánh xèo. Niepewnie podchodzimy do kobiety smażącej naleśniki i po chwili siedzimy przy stoliku i zawijamy małe naleśniki w papier ryżowy. Nagle wokół robi się tłum i nawet znajduje się chłopak, który mówi po angielsku.

Prace na polu wrą... niektórzy mają traktor

Inni mają woła, który po skończonej pracy pasie się na polu

Przelewanie wody, wygładzanie ziemi to kolejny, manualny etap prac na polu

Bezcenny uśmiech i pyszne świeżo upieczone, w wersji bez krewetki, Bánh xèo na talerzu :)
Uśmiechnięci z pełnymi brzuszkami zmierzamy w kierunku wioski Trung Lương do świątyni Tượng Phật Chùa Ông Núi i pokonujemy 629 schodów, które prowadzą do ogromnego Buddy, którego widzieliśmy ze wzgórza zwiedzając wieże Bánh Ít. Na zakończenie dnia dosłownie na chwilę wpadamy na cieszącą się dużym zainteresowaniem miejscowych plażę Cát Tiến. To był naprawdę wspaniały dzień podczas którego doświadczyliśmy niesamowitej serdeczności ze strony lokalnej ludności. Aż cieplej zrobiło się na sercu 😊

No to wchodzimy. Ile jest schodów? Idę i liczę...

No może by tak zerknąć za siebie? I na boki...

Jeszcze kilkadziesiąt schodów i jesteśmy :)
Co jeszcze można robić w okolicy?
Wyskoczyć na półwysep Bán đảo Phương Mai na którym położone są wioski Nhơn Hải (w której obecnie plaża jest w trakcie rekonstrukcji), udać się na krótki spacer po klifach w Đường đi bộ Eo Gió lub do wioski rybackiej Xương Lý. Półwysep ten jest miejscem dużych inwestycji dlatego dojazd do wymienionych miejsc jest bezproblemowy, zwłaszcza na dwóch kółkach.

Mimo rekonstrukcji plaży w wiosce Nhơn Hải kolor wody i tak zachwyca

Romantyczny spacer po klifach Đường đi bộ Eo Gió i chwila zadumy na skałkach za zakrętem
Spędzić dzień na plaży Bãi Rạng. Położona pomiędzy dwoma wzgórzami w kształcie półksiężyca z przyjemnym piaskiem jest idealnym miejscem gdzie można się zrelaksować na hamaku, popływać, wypić kawkę lub coś innego a nawet coś zjeść. Zamówienie „czegoś” jest nawet wskazane zanim wygodnie rozsiądziemy się na hamaku czy wskoczymy do wody.

Plaża Bãi Rạng

I to co Sebastian lubi najbardziej ;)








