parallax background

EMoCJoNaLNY RoLLeRCoASTeR

Podróż w głąb siebie – wdzięczność w Da Lat
20 kwietnia 2020
Nowy Wymiar Podróżowania – środkowym wybrzeżem przez Nha Trang – Tuy Hoa – Qui Nhon
30 maja 2020
 

Jestem zachwycona, przerażona, wstrząśnięta i zaskoczona. Co wzbudza we mnie tyle skrajnych emocji? Wietnam i jego wspaniali mieszkańcy 😊

 
 
Nowy wymiar podróżowania
Jadę z rogalem na ustach, czuję lekkość, zachwyt i wdzięczność. Wszystko idzie zgodnie z planem ... Czyli BEZ PLANU!!! Nasza podróż trwa! Wygląda jednak trochę inaczej. Połączyliśmy dwa aspekty: fizyczny i duchowy. Podróż po Azji rozpoczęliśmy 10 miesięcy temu. Podróż w głąb siebie 5 lat temu. 2 miesiące temu niespodziewanie utknęliśmy w Đà Lạt i właśnie wtedy nadarzyła się okazja aby zwrócić swoją uwagę nie na zewnątrz ale wewnątrz siebie. 6 tygodniowe "wakacje" podczas wietnamskiego i ogólnoświatowego zatrzymania przeznaczyliśmy na swój duchowy rozwój, na wejście w głąb siebie jeszcze głębiej. Ta niespodziewana przerwa w przemieszczaniu się z miejsca na miejsce i odkrywaniu przeróżnych zakątków świata dała nam możliwość pobyć ze sobą samym, po prostu być, poczuć swoje istnienie jeszcze bardziej, bez gnania, bez planowania, obmyślania co dalej. Nawet do głowy nam nie przyszło aby w pośpiechu wracać do Polski. Poczekamy, zobaczymy. Rozwiązanie nadejdzie w odpowiednim czasie.
Po 6 cudownych tygodniach spędzonych w The Rustic Garden w Đà Lạt, Wietnam ponownie zaczął się otwierać, powoli, stopniowo. Na razie tylko wewnętrznie. Nadszedł jednak czas aby ruszyć w dalszą drogę... w nieznane. Jak będziemy odbierani przez miejscowych? Czy Wietnamczycy zaufają obcokrajowcom? Czy będziemy mieli dach nad głową? Pytania te mogłyby się nasunąć, zniechęcić nas do dalszej podróży. Nam jednak tylko być może przemknęły przez myśl, myśl na której nie skupiliśmy uwagi. Bo podróż to przygoda, radość, obserwacja i skupienie uwagi na tym co nam wszechświat przynosi, podpowiada. Dreszczyk emocji, trochę adrenaliny, otwartość i elastyczność sprawiają, że podróż staje się jeszcze bardziej pasjonująca. Świadoma podróż dodaje skrzydeł. Czuję, że mogłabym latać ;))
Czas ruszać dalej. Wskoczyliśmy więc ponownie ma naszą Asjatkę. Wrzuciliśmy też na nią nasze bagaże cięższe o dwie szklanki, które dostaliśmy od Haa (teraz to dopiero wyzwanie aby te szklanki przetrwały i kiedyś z nami dotarły do Polski) i zmierzamy na północ wzdłuż wschodniego wybrzeża Wietnamu.
 
 
Bać się czy już nie?
Pierwsze dwa tygodnie to jak siedzenie na huśtawce. Wietnamczycy nie wiedzą czy się jeszcze bać czy już nie, a my nie wiemy czy się boją nas czy ogólnie wszystkich. Dlatego też stopniowo i delikatnie "wbijamy" między miejscowych. Raz jest gładko i szybko i od razu czujemy się prawie jak miejscowi popijając trzcinę cukrową na deptaku wraz z lokalną młodzieżą, raz spacerując po targu przez jednych jesteśmy zapraszani do ich stoiska a przez innych postrzegani jako „zagrożenie” przed którymi należy się chronić zasłaniając usta i nos łokciem. Innym razem zamaskowana pani stojąc jak na szpilkach nieufnie na nas patrzy i na odległość wysyła wiadomość, że się nas boi. Nie zrobi jednak nawet najmniejszego ruchu oznaczającego wrogość. Absolutnie nie. Wietnamczycy nawet jeśli się boją to nie są wrogo nastawieni. Ani razu nie czuliśmy się zagrożeni z ich strony. Był dystans, niepewność ale nigdy wrogość. To wspaniali ludzie o dobrym sercu. Teraz kiedy niemal wszystkie blokady zostały wycofane, w miarę jak życie wraca na ulice Wietnamu a ludzi można spotkać wszędzie, mamy okazję bliżej poznać usposobienie lokalnej ludności. Spotykamy się z niebywałą serdecznością i uśmiechem. Jesteśmy zapraszani na piknik na plaży i do wspólnego śpiewania (Wietnamczycy uwielbiają karaoke), czasem ktoś chce sobie z nami zrobić zdjęcie, często słyszymy „hello”. Staliśmy się dla nich atrakcją zwłaszcza teraz kiedy obcokrajowców w Wietnamie jest niewielu. Początkowo odwoływano nam noclegi (nawet w momencie przybycia na miejsce), teraz właściciele homestay chętnie proponują nam abyśmy zostali dłużej, nawet miesiąc 😉 I nawet jeśli nadal spotykamy osoby zasłaniające twarz na nasz widok to i tak jestem zachwycona, a każdy kontakt z ludźmi sprawia, że jeszcze bardziej się uśmiecham 😊
 
 
Dlaczego więc jestem przerażona i wstrząśnięta?
Otóż podróżując na motocyklu mamy możliwość obserwacji nie tylko przepięknej przyrody, malowniczych zakątków, plaż otoczonych klifami, zielonych pól ryżowych ale i ludzi żyjących w wioskach i miastach. I niestety, tak niestety, władze Wietnamu zrobiły podwójnie "dobrą" robotę. Uchroniły społeczeństwo przed "pandemią korony" zasiewając w nim jednocześnie o wiele groźniejszego wirusa, wirusa strachu. 89 procent Wietnamczyków przyznało, że się boi. Ale kto by się nie bał gdyby na każdym kroku widział baner informujący o zagrożeniu, odczytywał smsy nawołujące do podjęcia praktycznych działań aby wygrać walkę z wrogiem. W wioskach informacje i wiadomości są przekazywane przez megafony umieszczone na słupach (jeśli ktoś nie ma internetu, telewizora czy radia to i tak, chcąc nie chcąc, informacje przekazywane przez władze do niego dotrą). Wiele musiało zostać powiedziane i przekazane ludności bo nawet dzieci na widok obcokrajowców zakrywały usta i nos łokciem, z hasłem uciekamy (i to w momencie kiedy od 2 tygodni nie został wykryty żaden nowy „przypadek”). Dzieci które zazwyczaj z entuzjazmem reagują na turystów z zagranicy. Dorośli dyskretnie się zakrywali ale to dzieci pokazały jak społeczeństwo jest zastraszone. Nawet po 2 („czystych”) tygodniach od otwarcia się Wietnamu spotykamy w wioskach ludzi, którzy w swoim ogródku siedzą w masce, masce zakrywającej całą twarz i głowę. Widać tylko oczy. I to właśnie mną wstrząsnęło. Zastraszeni ludzie w małych mieścinach gdzie rzadko kiedy dociera jakiś przybysz z zagranicy. W państwie, które wręcz podręcznikowo "uchroniło" kraj przed, rozprzestrzenieniem się „wirusa”. A jak jest w mieście? Luźniej, swobodniej, większość ludzi wróciła do standardowego życia. Czujemy wyraźnie, że pancerz ochronny został zdjęty. Ludzie ponownie otwarli się na świat i turystów. Na jak długo?
 
 
Dlaczego emocjonalny rollercoaster?
Podróż w tym szczególnym czasie wywołuje we mnie ogromną ilość emocji od zachwytu do głębokiego smutku. I mimo, iż dołki pojawiają się rzadko to jednak bardzo mocno dają mi się we znaki. Czym to jest spowodowane? Dlaczego raz niemal fruwam w przestworzach a innym razem chcę się zakopać głęboko, gdzieś gdzie nikt mnie nie znajdzie? Na to pytanie szukam odpowiedzi, szukam jej w sobie. Jednak to również okoliczności w których przyszło nam podróżować sprawiają, że te emocje ujawniają się ze zdwojoną siłą, a każdy gest oznaczający, że jesteśmy zagrożeniem powoduje ukłucie w sercu.
 
 
„Na fali”
Co czy raczej kto dodaje adrenaliny czy dreszczyku niepewności w naszej podróży? To ta grupa ludzi, pozostająca w strachu. Grupa którą omijamy. I tu wsłuchujemy się w ciche szepty naszych duszyczek, które podpowiadają gdzieś iść a gdzie nie, obserwujemy otoczenie i reagujemy na bieżąco na daną sytuację. Bo co robić kiedy nasza rezerwacja zostaje odrzucona? I to nie od razu po dokonaniu rezerwacji ale dopiero w momencie przybycia na miejsce albo jak już jesteśmy w połowie drogi do danego miejsca? I jak tu planować? No nie da się ;) I to właśnie sprawia, że nasza podróż jest jeszcze bardziej ekscytująca. Mobilizuje do większej uważności, obecności i kreacji. Do zabawy z rzeczywistością, którą sami sobie kreujemy. Do obserwacji swoich myśli i świadomej zmiany kierunku ich podążania. Wdzięczni za wszystkie wskazówki docieramy do miejsc do których mamy dotrzeć, spotykamy otwartych i serdecznych ludzi wierząc w boskie prowadzenie. I jak tu nie uśmiechać się do siebie? Stąd ten rogal na mojej twarzy :)) Bo im bardziej ufam sobie, słucham siebie i siebie nawzajem tym wszystko jest przyjemniejsze, łatwiejsze a my płyniemy ... z prądem... dalej w nieznane …
 
 
„Dołek”
I mimo, iż przez większość czasu płyniemy „na fali” to nawet nam zdarza się być „w dołku”, mieć słabszy dzień, chwile zawahania i niezdecydowania. I to od razu odbija się na nas. Nagle trafiamy na ludzi którzy z niepewnością na nas patrzą, machają że nie mają kawy mimo, iż na ladzie stoją zaparzacze phin, zakrywają się czymkolwiek co mają pod ręką. Tak te sytuacje potrafią zdołować jeszcze bardziej, zniechęcić do dalszej podróży. Wtedy mam ochotę wrócić do miejsca gdzie czułam się bezpiecznie i dobrze. Pojawia się złość, smutek, coś pęka, zadaję sobie pytanie „czy wszystko zależy tylko ode mnie?”. Nie mam siły „iść pod prąd”. Tak otoczenie potrafi wybić z rytmu. Wiem jednak, że to tylko ode mnie zależy na ile mu pozwolę. Pojawia się refleksja nad aspektami, które mogą tkwić głęboko we mnie, które chcą wyjść na zewnątrz, które potrzebują uzdrowienia. I po raz kolejny zwracam się do siebie, do swojego wnętrza aby odkryć to co zostało głęboko zakopane i ukryte. Obserwuję, odkrywam, akceptuję. Dołki są i będą ale dzięki świadomej pracy nad sobą wychodzę z nich szybciej, wzmocniona i pewniejsza siebie. I ponownie wbijam między ludzi, między wspaniałych Wietnamczyków, zlewając się z tłumem stając się niewidzialna pośród miejscowych spacerujących nad rzeką lub morzem. A kiedy poznajemy sympatyczną i otwartą właścicielkę homestaya szybko zapominam o czymś takim jak „dołek”.
I na te dwa aspekty, dwie skrajne emocje wniosek jest jeden:
Podążanie ścieżką zaufania, wdzięczności i miłości sprawia, że płyniemy z prądem albo raczej jedziemy dalej na północ Wietnamu z uśmiechem na ustach 😊
28 maja 2020, Hội An
 
 
Informacja dodatkowa o obecnej sytuacji w Wietnamie
Ostatni „przypadek” w Wietnamie został wykryty 15 kwietnia w ostatnim dniu kwarantanny. Od 22 kwietnia został zniesiony zakaz przyjmowania gości przez hotele, pensjonaty i homestay. Stopniowo regiony zaczęły wznawiać ruch turystyczny i otwierać atrakcje. Od 1 maja życie wróciło do „normy”. Nadal zamknięte są granice, kluby karaoke. Rząd skupia się na stymulowaniu turystyki wewnątrz kraju zachęcając obywateli do podróżowania po swoim pięknym kraju. Ceny biletów wstępu zostały w niektórych miejscach obniżone o 50%. Turystyka zagraniczna praktycznie nie istnieje. W miejscach turystycznych wiele punktów oraz hoteli nadal jest nieczynna. Dzisiaj jest 41 dzień bez transmisji wirusa wewnątrz kraju. Ogólna liczba „przypadków” wynosi 327 z tego 187 zostało wykrytych podczas obowiązkowej kwarantanny, która ma miejsce po przybyciu do kraju. 275 osób wyzdrowiało, nikt nie zmarł. Rząd koncentruje swoją uwagę na utrzymaniu wzrostu gospodarczego, nowych inwestycjach, sprowadzeniu swoich obywateli z różnych regionów świata z powrotem do kraju, pomocy najbardziej poszkodowanym w czasie lock down oraz pomocy innym krajom np. poprzez wysyłkę maseczek. Wietnam jest w tej chwili jednym z najbardziej bezpiecznych państw na świecie.