To już jest koniec…
Zakończyliśmy 3 tygodniową, ekscytującą eksplorację po odległym, budzącym szacunek a czasem nawet grozę ale o wiele częściej zachwyt, niezwykle pięknym i kolorowym regionie Wietnamu. Z nostalgią i sentymentem opuszczamy prowincję Ha Giang. Wysokie, skalne góry, strome klify, ostre szczyty, kolorowe markety, sielankowe doliny, kręte drogi, majestatyczne przełęcze, ścierające się szorstkość i łagodność… Zapierające dech w piersiach odcinki trasy. Ostatni wymagający odcinek na trasie bez drogi, ostatni most o wątpliwej wytrzymałości, ostatnie spojrzenie na serpentyny pnące się zboczem wzgórza. Na horyzoncie już wyłania się Heaven Gate, wjeżdżamy do Quan Ba i w tym momencie dociera do mnie, że to koniec naszego pobytu na pętli Ha Giang. Podczas obiadu u przesympatycznej, tryskającej energią kobiety prowadzącej restaurację Juan Hoan Hao w Tam Son ogarnia mnie uczucie smutku ale wraz z tym smutkiem pojawia się iskra. Bo coś się kończy i coś zaczyna… Z wdzięcznością zerkamy wstecz, na ostatnie 3 tygodnie, wspominamy ze wzruszeniem, kodujemy w pamięci. Tu było tak fajnie, już się oswoiliśmy, zadomowiliśmy, przywykliśmy… Nieodłączną częścią naszej podróży jest jednak ZMIANA dlatego zamykamy ten rozdział podróży i otwieramy się na nowe, na kolejną niewiadomą… co przed nami? Już czuję jak rośnie we mnie ekscytacja, już wybiegam myślami w przyszłość, które dodają mi skrzydeł i ruszamy w nieznane 😉