Prosto, przed siebie do ... Raju!
Po niezwykle ekscytującej przygodzie w prowincji Ha Giang ruszamy w kierunku południowym. Przed nami 350 km prostej drogi. Jak dawno nie jechaliśmy po prostej drodze, bez przełęczy, zakrętów, dziur? Dawno. Nawet zapomnieliśmy jak to jest, cisnąć przed siebie i w jeden dzień przejechać 250 km. Tyle właśnie przejeżdżamy w pierwszy dzień po wyruszeniu z Ha Giang. Krajobraz zmienia się. Zrobiło się płasko i ciepło. Jest końcówka listopada i pełnia sezonu na cytrusy. Pomelo niczym słoneczka rozświetlają nam drogę. Wszędzie wzdłuż drogi można kupić małe, średnie oraz gigantycznej wielkości pomelo, a także pomarańcze i mandarynki. Na noc zatrzymujemy się w okolicy Parku Narodowego Ba Vi. Okolica nie budzi mojego zachwytu pomimo swojej zielonej części, wokół której znajdują się luksusowe resorty. Skoro powstały to jakiś potencjał tego regionu jest.
My jednak szybko z samego rana opuszczamy to miejsce i pędzimy dalej, wzdłuż rzeki, przez miasto Hoa Binh i dalej pod górę, coraz wyżej w chmury. Chociaż czy to chmury czy smog dochodzący z Hanoi? Zastanawiamy się od rana. Wjeżdżamy wyżej i wyżej, gdzie znajdują się usypane dwa kopce z kamieni tworząc w ten sposób punkt widokowy. Zatrzymujemy się i tak jak krajowi turyści wdrapujemy się na jeden z kopców, patrzymy na pola pokryte gęstą siecią kabli i słupów elektrycznych oraz na wzgórze, za którym znajduje się największy w Wietnamie sztuczny zbiornik wodny Hoa Binh. „Jak na razie to mi się nie podoba” mówię do Sebastiana.
Ciśniemy jednak dalej pod górę, osiągamy przełęcz, droga schodzi w dół, chmury się rozpraszają, wyłania się błękitne niebo, promienie słońca rozgrzewają nasze ciała, a my suniemy w dół prosto w objęcia żółto-zielonych pól ryżowych, majestatycznie otoczonych przez krasowe, gęsto zalesione wzgórza. Uśmiech pojawia się na naszych twarzach. Już czuję tą sielankową aurę… Jesteśmy w RAJU… tak, znowu! Wietnam zachwycił nas po raz kolejny… Witamy w Mai Chau!