„Daleko w górach…”
„Daleko w górach jest wioska, w której nie ma Internetu” słyszymy od dziewczyny mieszkającej w wiosce Ta Van, gdzie przebywamy od kilku dni. Budzi się nasza ciekawość i nasz słuch się wyostrza. „Gdzie?” pytam od razu. „Piętnaście kilometrów stąd.” „Jak możemy się tam dostać?” już wiem, że to coś dla nas. „Na motocyklu ale droga jest w bardzo złym stanie. Wy tam nie dojedziecie”. „Ale pieszo możemy iść?” nie dam się zbić z tropu tak łatwo. „Tak, pieszo możecie iść, sami albo z przewodnikiem”. Mamy więc zielone światło. Ziarenko zostało zasiane. Pozostaje nam już tylko poczekać na bezdeszczowe dni.
Jakiś czas później rozmawiamy z naszymi sąsiadami, którzy podobnie jak my postanowili spędzić w Ta Van kilka tygodni. „Słyszeliście o wiosce w górach nad jeziorem?” pyta sąsiad „O wiosce słyszeliśmy ale o jeziorze nie”. „W wiosce jest też homestay. Jeśli zarezerwujecie nocleg w kwaterze prywatnej to właściciel otworzy wam bramę. Wioska bowiem znajduje się w Parku Narodowym i nie każdy może ot tak sobie wchodzić do parku”. W taki sposób napłynęły do nas kolejne bezcenne informacje o budzącej w nas coraz większą ciekawość Seo My Ty. My jednak nadal czekamy na lepszą pogodę.
Czy kiedyś przestanie padać?
Minęło 10 tygodni. Jest już początek października. Pora deszczowa dobiega końca. Poprzedniego okienka pogodowego, które miało miejsce w ostatnim tygodniu sierpnia, nie wykorzystaliśmy. Mieszkańcy regionu natomiast wykorzystali je odpowiednio. Szybko i sprawnie uporali się ze zbiorem ryżu. Jak się później okazało czas żniw skończył się bardzo szybko bo po niecałych dwóch tygodniach. 90% pól ryżowych zmieniło się w wypełnione wodą bajorka z resztkami nie wyciętej słomy. Gospodarze, którzy zaspali ze zbiorem ryżu musieli czekać na poprawę pogody co trwało kolejne 4 tygodnie. My również wytrwale czekaliśmy na kilka słonecznych dni, które w końcu nadeszły.
„Chyba nadszedł czas na wycieczkę?” mówię do Sebastian. „No to kiedy idziemy?”. „W piątek” odpowiadam. „W czwartek” proponuje Sebastian. Ok, niech będzie czwartek. Pytamy gospodarza „Com Lam Eco House” o możliwość noclegu w Seo My Ty. Thang szybko załatwia nam nocleg i udziela niezbędnych informacji.
Falstart
W czwartek wstajemy przed 5:00. Nie, nie ruszamy tak wcześnie 😉 Wstajemy wcześniej aby wykonać poranne praktyki medytacji i jogi. I wyskoczyć na lokalny targ po przekąski na drogę. Kiedy radośnie maszeruję w kierunku małego, znajdującego się na rozwidleniu ulic wioski Ta Van targu, zaczyna kropić. Po chwili deszczyk zamienia się w ulewę. Na niebie pojawiają się błyskawice, a przeciągłe, długie grzmoty rozlegają się nad górami. Wracam do naszego domku przemoczona do suchej nitki. Patrzymy na pokryte gęstymi chmurami niebo oraz niezwykłą grę żywiołów toczącą się nad nami i … rezygnujemy z wyprawy przesuwając ją na kolejny dzień.
„Dzisiaj albo nigdy”
Piątek wita nas pochmurną aczkolwiek bezdeszczową pogodą. „Dzisiaj albo nigdy” oświadcza Sebastian. „No to idziemy”. Znowu biegnę na targ, gotuję lunch na drogę, pakujemy plecaki. I co najważniejsze bierzemy numer telefonu do właścicielki homestay-a w Seo MyTy i do właściciela „Com Lam Eco House”, za którego pośrednictwem zarezerwowaliśmy nocleg w górskiej wiosce. „Gdyby Was zatrzymał strażnik, powiedzcie, że macie zarezerwowany nocleg w wiosce albo dzwońce” radzi nam Thang.
Pod górkę w chmurkę
Ruszamy! Idziemy główną drogą. Pierwsze 4 km to dobrze znany nam odcinek drogi prowadzący do kościoła położonego na wzgórzu. Pokonaliśmy go kilkanaście razy w ramach spacerów po okolicy. Co jakiś czas mija nas ciężarówka wioząca kamień oraz miejscowi, którzy z niebywałą wprawą w prowadzeniu skutera pokonują koleiny na rozmokłej glinie. Droga jest naprawdę w fatalnym stanie. Pomiędzy betonowymi odcinkami pojawiają się co jakiś czas odcinki pełne błota i kamieni, które po deszczu są tak miękkie, że nie da się po nich jechać. Przejście po błotku też wymaga wprawy. Idziemy więc zygzakiem, raz z prawej strony, raz z lewej strony albo pośrodku, po większych kamieniach, a nawet na samych piętach kiedy pojawia się odcinek pełen wody. Mężczyźni niestrudzenie pokonują tę trasę kilkakrotnie podczas dnia zwożąc z wyższych partii gór drewno na zimę. Droga wiję się zboczem wzgórza. Jesteśmy coraz wyżej. Przekraczamy otwarty szlaban i wchodzimy do parku. W budce znajdującej się z naszej lewej strony nikogo nie ma. Zresztą budka wygląda na nieużywaną od dłuższego czasu. Po chwili jesteśmy w chmurach. Widoczność znacznie się zmniejsza. Przed nami nagle wyrastają niczym z ziemi jakieś postacie… ??? A, to strachy na wróble! Słyszę ujadanie psów. Czego pilnują? Ostatni z domów znajdował się bowiem bezpośrednio przed wejściem do parku. Nie jesteśmy jednak sami bo droga jest bardzo ruchliwa i co chwilę ktoś nas mija.
Lunch na trawce
Po 8 km spotykamy kilku mężczyzn pracujących nad budową drogi. Jest też koparka. Ten odcinek to najgorszy odcinek na całej trasie. Udaje nam się jednak przejść „suchą” stopą po rozpadającym się murku z prawej strony drogi. Po kolejnych dwóch zakrętach zatrzymujemy się na lunch. Piknik na trawce to nasza ulubiona część trekkingu. Mamy za sobą ponad połowę drogi. W czasie kiedy delektujemy się naszym obiadem mija nas kilkanaście motocykli. Na każdym z nich siedzi osoba dorosła i co najmniej dwójka a nawet trójka dzieci. To czas powrotu dzieci ze szkoły. Czyżby te dzieci chodziły do szkoły w Tan Van? Codziennie pokonują taki kawał drogi i to w dwie strony?. Zastanawiamy się. Dojazd w jedną stronę trwa bowiem godzinę.
Miłe zaskoczenie
Przed nami już tylko 7 km w dół! Okazało się, iż zatrzymaliśmy się na lunch w najwyżej położonym punkcie na trasie. Po kolejnych 3 kilometrach naszym oczom ukazuje się jezioro. „Jezioro, już?” Patrzymy na siebie zaskoczeni. Przecież wioska miała być oddalona o 15 km od Ta Van, a my przeszliśmy dopiero 10 km? Rozglądamy się. Okolica jest przepiękna, a jezioro znajduje się pomiędzy porośniętymi dżunglą górami. Ciśniemy dalej.
„Stop, wracajcie do Ta Van!!!”
Zatrzymujemy się (niepotrzebnie) przed tablicą, na której widnieją różne warianty szlaków trekkingowych na Fansipan. I kiedy tak przyglądamy się tym szlakom i już rozważamy wejście na najwyższy szczyt Indochin podchodzi do nas strażnik. „Dokąd zmierzacie”? zadaje nam pytanie. „Do Seo My Ty”. „Nie możecie tam iść, wracajcie” kategorycznie stwierdza strażnik. „Ale my mamy zarezerwowany nocleg w homestay-u”. Nie poddajemy się. „W którym?”. „W TaSua Homestay. Tutaj mamy numer do właścicielki. Proszę zadzwonić i potwierdzić”. „Nie znam takiego homestay-a, wracajcie do Ta Van. To jest park narodowy. Nie możecie iść dalej”. Ponownie strażnik pokazuje nam drogę powrotną. O nie, nie poddamy się. Sebastian nieustępliwie rozmawia ze strażnikiem prosząc aby zadzwonił do właścicieli kwater i potwierdził, że mamy zarezerwowany nocleg i nie mamy zamiaru chodzić po dżungli. „Macie bilet wstępu do parku? Macie przewodnika?” „Nie, a gdzie możemy kupić bilet do parku?” pytamy. „W Sapa!” Słyszymy odpowiedź. Cała dyskusja się przeciąga. Żadna ze stron nie ustępuje. „To jest dżungla, nie możecie chodzić sami po dżungli” argumentuje strażnik. „My nie idziemy do dżungli, tylko do wioski.” Dorzucam swoje pięć groszy. Ani na moment nie wahamy się co do naszych planów i nie mamy zamiaru wracać do Ta Van. W końcu mężczyzna prosi nas abyśmy podeszli do budynku. Wywołuje innego strażnika, z którym da się rozmawiać 😊 Drugi mężczyzna szybko wykonuje niezbędne telefony i już 3 minuty później pod bramę podjeżdża młoda kobieta na skuterze. „Wskakujcie” mówi do nas. Z uśmiechem na ustach podchodzimy do niej. „Chwila” oj strażnik przerwał rozmowę telefoniczną i już stoi przy nas. Zamienia z kobietą kilka zdań po czym każe nam jechać. Dziękujemy za wyrozumiałość i chęć pomocy. Po chwili niepewności wskakujemy na skuter. Wow, po raz pierwszy jedziemy na skuterze w wietnamskim stylu czyli trzy osoby plus dwa małe plecaki. Udało się!!! Spędzimy noc w Seo My Ty 😊
Witajcie w TaSua Homestay
„Mam na imię Lan i należę do grupy etnicznej Hmong”. Młoda dziewczyna przedstawia się nam. Kobieta mieszka wraz z mężem, dwójką dzieci, teściową i teściem w tradycyjnym drewnianym domu. Zgodnie z wietnamską tradycją wprowadziła się do domu męża w dniu ślubu i od 11 lat mieszka w Seo My Ty. Częstuje nas herbatką i chętnie rozmawia po angielsku.
Pokryte mgiełką Seo My Ty
Wioska Seo My Ty, znana również jako Seo, jeszcze kilka lat temu była mało znanym, wśród mieszkańców Sapy i okolicy miejscem. Położona na wysokości 1600 m n.p.m., otoczona porośniętymi dżunglą wzgórzami i pokryta gęstą mgłą znana była jedynie jej mieszkańcom należącym do grupy etnicznej Hmong. Ludzie korzystali z darów natury odnajdując wśród bujnej roślinności dżungli leki na różne dolegliwości, żyli w zgodzie z naturą dożywając ponad 100 lat. W wiosce znajduje się około 100 gospodarstw. Ludzie żyją w skromnych drewnianych domach. Pośrodku głównej izby znajduje się palenisko przy którym gromadzi się rodzina i znajomi. Żyją z uprawy ryżu, hodują bawoły, świnie, kury, kaczki, kozice. Zaledwie kilka lat temu powstała droga, łącząca Seo z Ta Van. Jeszcze 10 lat temu ludzie pokonywali tę drogę wyłącznie pieszo.
Rozwój turystyczny wioski
Pośrodku wioski znajduje się sztuczny zbiornik hydroelektryczny o powierzchni 60 ha. Jest to prawdopodobnie najwyżej położone sztuczne jezioro w Wietnamie. Jego budowa przyczyniła się do znacznego rozwoju wioski i poprawy warunków życia mieszkańców. Wiele gospodarstw domowych wykorzystało to źródło wody do hodowli łososia i jesiotra. Również władze lokalne przyczyniły się do rozwoju turystycznego wioski zachęcając miejscową ludność etniczną H’mong do tworzenia produktów nasyconych typowymi dla ich grupy cechami kulturowymi oraz do opracowania usług turystycznych. Odwiedzający wioskę mogą spędzić noc w domach mieszkańców, poznać ich rdzenną kulturę i codzienne praktyki. W 2019 roku popularność Seo znacznie wzrosła. Rok 2020 przyniósł jednak ponownie spokój i ciszę do tej malowniczo położonej, wciąż naturalnie pięknej wioski zamieszkiwanej przez uśmiechniętych i serdecznych ludzi.
Domek nad jeziorem
Po krótkiej rozmowie przy ciepłej herbacie Lan prowadzi nas do bungalowa. Rezerwację zrobiliśmy w ciemno, nie sprawdzając wcześniej warunków noclegowych. Nie wiedzieliśmy więc czego możemy się spodziewać dlatego zaniemówiliśmy z wrażenia kiedy Lan otworzyła drzwi do „naszego” domku położonego tuż nad jeziorem. Prosty pokój z łóżkiem i … oknem na całą ścianę! A za oknem widok na jezioro i zielone wzgórze, na którym znajduje się kilka domów, tarasy ryżowe, pola, drzewa. Wow! Wydobyło się z naszych ust. Cudowne miejsce! Rozsiadamy się na tarasie i podziwiamy otaczającą nas naturę, rybaków wypływających na połów, chmury delikatnie przesuwające się nad taflą krystalicznie czystej wody oraz słońce powoli chowające się za wzgórzem. Cisza przerywana jest jedynie pianiem kogutów, pluskiem wody wydawanym przez ryby i od czasu do czasu szczekaniem psów. Sielanka, która trwa i trwa…

Wow, jak pięknie...

Wow, jak cudownie...















































