parallax background

Pod gwiazdami na Ho Chi Minh Road

4 sierpnia 2020
Retrodegradacja czyli pętla Hoi An – Da Nang – Hue – Prao – Da Nang – Hoi An
5 czerwca 2020
Cuda natury w Parku Narodowym Phong Nha-Ke Bang
8 sierpnia 2020
 
Noc pod gwiazdami? Jeszcze bliżej natury? Brzmi kusząco. Pojawia się nutka adrenaliny i niepewności przeplatana rodzącą się ciekawością. Pojawiają się obrazy w głowie: jak leżę na trawie i wpatruję się w gwieździste niebo w ciepłą letnią noc… bezksiężycową noc bo przed nami nów w Raku – pierwszy z dwóch w tym roku. Dwa następujące po sobie nowie w Raku skierowują naszą uwagę do wewnątrz siebie podkreślając, że ten aspekt jest wyjątkowo ważny w tym roku. Jakby dla podkreślenia wagi tego okresu nasz ulubiony Merkury wszedł na 3 tygodnie w ruch wsteczny, co zaraz w pierwszym dniu retrodegradacji odczuliśmy na sobie, dosłownie, doświadczając wyraźnego spowolnienia w trakcie przejazdu. Ale o tym później. Wracam do swoich marzeń gdzie leżąc na tej trawie, spoglądam w niebo, słyszę jak naokoło nas wszystko żyje i wydaje dźwięki. Mój entuzjazm wzrasta. Inne opcje odchodzą na drugi plan. Tak, to jest ten moment aby po raz pierwszy rozłożyć nasz nowy namiot.

Noc pod gwiazdami w Wietnamie… to nasz nowy cel. Czas na realizację…😊
 
 
Jak się do tego zabrać? Oto nasz „przepis” na udaną noc pod gwiazdami 😊
Przede wszystkim potrzebny nam namiot, który pod wpływem spontanicznego impulsu zamówiliśmy przez internet podczas pobytu w Hoi An. Przez chwilę mieliśmy wątpliwości czy zamówienie złożone w wietnamskim sklepie on-line zostanie zrealizowane. Ale udało się! Personel sklepu stanął na wysokości zadania. Znaleźli osobę mówiącą po angielsku, która się z nami skontaktowała w celu doprecyzowania szczegółów zamówienia i już kilka dni później odebraliśmy paczkę od kuriera. Mamy też materac, który dostaliśmy gratis od sprzedawcy. Poduszki i cienkie prześcieradła w kształcie śpiwora wchodzą w skład naszego „niezbędnika w podróży”. Wszystko jest. Prowiant i garnek kupimy po drodze. Do dzieła!
 
 
1. Wybierz miejsce
Gdzie znaleźć idealne miejsce na noc pod namiotem w Wietnamie? Na trasie Ho Chi Minh Road. To w pełni utwardzona droga biegnąca wewnątrz kraju od Sajgonu do Hanoi. To malownicza trasa, pełna spektakularnych widoków, wzdłuż której znaleźć można wioski etniczne oferujące noclegi w wybudowanych dzięki wietnamsko-amerykańskiemu wsparciu, kwaterach prywatnych. Jadąc tą trasą doświadczamy jednak niebywałej wietnamskiej przyrody - gęste lasy, góry, które im bardziej zbliżamy się na północ, zamieniają się w wapienne wzgórza poprzecinane rzekami. Pomiędzy nimi są jeziora, łąki i pola ryżowe. Na tej trasie spotykamy nie tylko ludzi ale i bawoły oraz krowy a nawet kozice, które same lub prowadzone przemieszczają się z im wiadomego punktu A do również im wiadomego punktu B. Wraz z nimi podążają ich maluchy, które wraz z nadejściem wiosny pojawiły się na świecie. Niektóre odcinki tej malowniczej trasy są bezludne, dosłownie, nie ma na nich żadnych wiosek, chat, ludzi. Tylko nieskażona ludzką ręką natura. Jednym z takich odcinków jest odcinek pomiędzy A Luoi a Prao, który pokonaliśmy kilka tygodni wcześniej zataczając pętlę z Hoi An przez Da Nang, Hue i Prao. Kolejny „dziki” odcinek znajduje się na trasie, która jest przed nami, na trasie A Luoi - Phong Nha.
 
 
2. Zjedz bun chay w Quan Chay Dieu Huong w A Lưới
Na trasę A Luoi - Phong Nha dostaliśmy się z Hue. Do cesarskiego miasta wstąpiliśmy ponownie, na chwilę. Korzystając z okazji nadrobiliśmy zaległości degustacyjne przysmaków, z których słynie Hue oraz zjedliśmy najlepszą zupę bun chay w całym Wietnamie. W Hue tę zupę można zjeść tylko na śniadanie, najpóźniej do 9:00 w niewielkim, prowadzonym przez sympatyczną rodzinę punkcie. „To najlepsza zupa mojej mamy” usłyszeliśmy od chłopaka, który nas zawołał na śniadanie, kiedy przemierzaliśmy wąską uliczkę na przedmieściach Hue. W zupełności się z nim zgadzam. Bogata zupa z makaronem pełna warzyw: marchewka, ziemniaki, kiełki, tofu i grzyby podawana z ziołami i chrupkami ryżowymi. Do tego herbatka po posiłku i miłe towarzystwo. Punkt znajduje się na ulicy 39 Nguyễn Khoa Chiêm, Huế a przepyszna zupa z dodatkami kosztuje zaledwie 15 000 VND. Podobną zupę, równie bogatą, w tej samej cenie można zjeść w restauracji Quan Chay Dieu Huong w A Lưới. Jeśli więc nie jedziesz przez Hue to nic straconego, zatrzymaj się w A Luoi na śniadanie lub lunch i skosztuj tej przepysznej, a zarazem sycącej specjalności środkowego Wietnamu. Później na trasie już takiej zupy nie ma… a kuchnia staje się coraz bardziej monotonna.
 
 
3. Spędź noc w ekoturystycznej wiosce etnicznej A Nor
Kiedy już jesteś w A Luoi nie pędź dalej. Zatrzymaj się w wiosce aby poznać okolicę. Niedaleko za centrum A Luoi, w kierunku północnym, znajduje się wioska etniczna utworzona przez społeczność Anor. W ekoturystycznej wiosce znajdują się 3 kwatery prywatne odnowione dzięki wsparciu USAID (United States Agency for international Development) oraz VCTC (Vietnam Community Tourism Chapter). My zatrzymaliśmy się w Hồ Duy Homestay - w domu należącym do starszego małżeństwa. Mieliśmy dla siebie jedną izbę z sześcioma łóżkami, na których jeszcze leżał pył po piłowaniu bambusów 😉 Wszystko wskazuje na to, że renowacja przebiegła niedawno bo nawet wiatraki były jeszcze w folii, a dodatkowe koce były zapakowane w oryginalne opakowania. W środku natomiast unosił się zapach świeżego drewna. Uśmiechnięta gospodyni szybko pozamiatała podłogę zanim zaprosiła nas do środka. Gospodarz natomiast jakby nas nie zauważając oddawał się swojej pasji wyplatania bambusowych koszy. Oswajał się z nami powoli, uśmiechnął i cierpliwie towarzyszył nam całe 20 minut podczas pakowania bagaży na motocykl przed wyruszeniem w dalszą drogę. Koszt takiego noclegu to 100 000 VND od osoby za noc. Drobny minus to dźwięk dochodzący z telewizora przez cały wieczór i poranek, zagłuszający pianie kogutów czy cykanie cykas. Zasypianie i budzenie się z telewizorem w tle nam niekoniecznie odpowiada ale jeśli ktoś to lubi Hồ Duy Homestay jest miejscem idealnym 😉
 
 
4. Wykąp się pod wodospadem Thác A Nor
Spacer pod wodospad Thác A Nor jest obowiązkowym punktem programu. Na miejsce można dojechać skuterem ale spacer na pewno wyjdzie każdemu na zdrowie. Zresztą to niedaleko od domku, w którym nocowaliśmy. Trochę pod górę, na skróty przez most i już, już jesteśmy. Kilka kobiet siedzi przed wejściem. Już wołają przewodniczkę. Dziękujemy za towarzystwo i mówimy, że chcemy iść sami. Poniżej, wzdłuż rzeki zbudowane zostały miejsca piknikowe, a idąc na wprost trafiamy prosto pod wodospad. Sebastian klucząc między drzewami wspina się na „szczyt” i spogląda na mnie z góry a ja siedząc na kamieniu oddaję się swojej nowej ajurwedyjskiej lekturze.
 
 
5. Zrób rundkę w kierunku Hamburger Hill
W okolicy znajduje się również wzgórze znane jako Hamburger Hill. To miejsce, o które bitwę stoczyły wojska USA i armia Republiki Wietnamu (ARVN) przeciwko siłom Ludowej Armii Wietnamu (PAVN) w dniach 10-20 maja 1969 r. Na wzgórze prowadzi szlak, którym szliśmy i szliśmy po niezliczonej ilości schodów. Na szczyt nie doszliśmy bo zbliżał się zachód słońca i świadomość wydarzeń mających miejsce w tej okolicy kazała mi zawrócić. Warto jednak zrobić sobie rundkę w kierunku wzgórza aby usłyszeć wesołe „hello” od miejscowych, dzieci i ich rodziców, zobaczyć domki na palach oraz kobiety wyrywające chwasty na polach ryżowych, które z uśmiechem, machając rękoma, zapraszały nas abyśmy do nich dołączyli. Warto też doświadczyć przejażdżki po wąskiej, nierównej dróżce na której łatwo można złapać gumę...
 
 
6. Sprawdź swój motocykl
No właśnie, zajmijmy się przez chwilę motocyklem. Trasa na którą się wybieramy jest dosyć długa i „bezludna”. Warto więc sprawdzić czy nasz środek transportu jest w dobrym stanie. W A Luoi bez problemu można zaleźć mechanika, wymienić olej i na przykład klocki hamulcowe. Nasze nadawały się już do wymiany a biorąc pod uwagę charakter trasy lepiej aby hamulce nas nie zawiodły. Kiedy ogólny przegląd motocykla został zrobiony, wydawać by się mogło, że jesteśmy gotowi do dalszej podróży.
 
 
7. Mechanik z dojazdem
Tak, celowo napisałam „wydawać by się mogło”… bo po zaledwie 45 minutach jazdy od A Luoi czuję jakby coś nas ściągało w jedną stronę. Droga jest kręta, my jesteśmy obciążeni maksymalnie. Mam wrażenie, że jakby wszystko nagle było jeszcze cięższe, do tego moja głowa jest wyjątkowo ciężka. Upał daje mi się we znaki, czuję się przymulona i robię wszystko aby nie zasnąć na siedząco. Kiedy jednak Sebastian nagle się zatrzymuje dociera do mnie, że to ściąganie na jeden bok coś oznacza… schodzę z Asjatki, patrzę i jakby powietrza w tylnej oponie było mniej… o tak zdecydowanie mniej… o za chwilę już nie ma wcale… ups mamy problem… Hmm, gdzie my w ogóle jesteśmy, czy w okolicy jest jakaś wioska? Zasięgu brak. Oceniamy na oko, nie jest źle, najbliższa wioska będzie za około 3 km. Ale jak się tam dostać? Zacznijmy od banana 😉 Jemy banana, mijają nas miejscowi na skuterach, którzy do nas machają i wołają „hello”. Chyba trzeba kogoś zatrzymać? Mój umysł tym razem działa w zwolnionym tempie. Jedzie samochód, który zatrzymujemy machając ręką. Kierowcy nie mają jednak pompki. No cóż, stoimy dalej. Kolejne machnięcie ręką Sebastiana i od razu zatrzymuje się dwóch chłopaków jadących na skuterze w kierunku wioski. Pokazujemy na oponę. Kiwają głową ze zrozumieniem. Ale co dalej? Dodajmy, że znajomość angielskiego wśród Wietnamczyków jest słaba, bardzo słaba, często ogranicza się do kilku słów. Udaje nam się jednak porozumieć i już po chwili mknę na skuterze z miejscowym chłopakiem o imieniu Quan. Suniemy po drodze, momentami czuję jakbyśmy płynęli albo lecieli, lekko, szybko… ale fajnie. Jaka różnica! Czuję, że żyję! Korzystam z tej chwili przyjemności czując wiatr we włosach. Znajdujemy mechanika na końcu wioski. Pokazuję zdjęcie naszej opony. Mechanik analizuje to co udało się uchwycić na zdjęciu, a następnie pakuje swoje narzędzia do dziurawego worka, worek wrzuca do wiadra i już po chwili mkniemy z powrotem do czekającego na nas Sebastiana i drugiego chłopaka, który chcąc nie chcąc ustąpił mi swojego miejsca na skuterze. Mechanik zjawia się po chwili, ogląda, analizuje tym razem na „żywo” i stwierdza, że nie tylko dętka jest do wymiany ale również opona. Opony przy sobie nie ma. Czeka nas więc ponowne ściąganie i pakowanie bagaży w jego warsztacie gdzie wśród kilkunastu obserwujących wszystko osób została wymieniona tylna opona naszej Asjatki. W ten o to nieoczekiwany sposób jesteśmy gotowi do dalszej drogi w czasie której dociera do mnie, że to pierwszy dzień retrodegradacji Merkurego… nic więc dziwnego, że nagle wszystko zwolniło i zaczęło się psuć… nic jednak straconego bo trasa jest tak piękna, że nie warto się spieszyć…
 
 
8. Zrób zapasy na drogę na lokalnym targu w Khe Sanh
W tym dniu nocujemy w Khe Sanh. To nieduże miasteczko przez które przejeżdżają ciężarówki jadące do i z Laosu. To miejsce tranzytowe w którym należy zaopatrzyć się w „coś” na drogę na kolejne dwa dni. Najlepszym miejscem na zakupy jest lokalny targ Chợ Khe Sanh. Tu można kupić wszystko. Owoce, gotowane białe ziemniaki, kulki z pastą z fasoli, zielone sticky rice, tofu i zieleninę na sajgonki a nawet garnek. Tego nam właśnie brakowało. Kupujemy garnek u pani, która z zaciśniętymi ustami pokazuje nam na palcach ile garnek kosztuje, daje pokrywkę i komunikuje się z nami w taki sposób aby nie otworzyć ust i nie oddychać 😉 Podziwiam ten sposób „ochrony” tym bardziej, że jednak chwilę nam trwa wybór odpowiedniego garnka. Wybieramy lekki, nie za duży, w którym możemy zagotować wodę na herbatę na ognisku. Zaopatrzeni w prowiant i garnek ruszamy w dalszą drogę. Przed nami 105 km do wioski Trường Sơn zwanej również Long Sơn. Na trasie znajdują się tylko 3 stacje benzynowe, które łatwo można przegapić lub mogą być zamknięte. Dla pewności lepiej uzupełnić paliwo aby nie było niespodzianki po drodze. Dla uzupełnienia dodam, że w Khe Sanh jest jedna wegetariańska restauracja, której nie ma na mapach google. Jeśli jednak rzuci się Wam w oczy duży obraz Buddy to jesteście we właściwym miejscu.
 
 
9. Spiesz się powoli
Delektuj się przyrodą, podziwiaj, oddychaj, słuchaj. Spiesz się powoli. Dokładnie to nam chciała przekazać pochmurna aura unosząca się nad wzgórzami w kierunku, w którym zmierzamy. Co jakiś czas pojawia się czarna chmura, zatrzymujemy się pod drzewem, zakładamy peleryny i po chwili mkniemy dalej po betonowych płytach, z których powstała droga Ho Chi Minh Road. Wolno pokonujemy pierwsze kilometry. W wiosce Hướng Phùng po raz kolejny łapie nas deszcz. To jest ewidentny znak, że mamy sobie zrobić przerwę na kawę. Wybieramy kawiarnię Pun Coffee i delektujemy się lokalną kawą parzoną w zaparzaczu phin, zmieloną bezpośrednio przed zaparzeniem. Kawa smakuje inaczej niż do tej pory. Po tej przerwie już nic nam nie stoi na przeszkodzie aby kontynuować podróż przepełnioną ochami i achami nad pięknem otaczającej nas przyrody. Co jakiś czas pojawiają się małe wioski w których ludzie mieszkają w drewnianych domach na palach. Co jakiś czas przejeżdża ktoś na skuterze, idzie stado krów albo samotna indywidualistka przechadza się po drodze, czasem pojawiają się bawoły, swobodnie biegające kury i piejące koguty, a jedynym znakiem świadczącym o tym, że ten obszar Wietnamu nie jest „odcięty” od świata są anteny satelitarne zawieszone na niemal każdej chacie.
 
 
10. Oprogramowanie bez aktualizacji
I tu dochodzimy do niestety mniej przyjemnej części podróży. Im jesteśmy bliżej Long Son (Trường Sơn) tym więcej ludzi spotykamy. Jednak ich reakcje na nasz widok po raz kolejny powodują ukłucie w sercu. Odruch zakrywania ust i nosa ręką tak szybko wszedł im w nawyk, że ręka automatycznie ląduje na twarzy na widok obcokrajowca. Minęły ponad dwa miesiące od kiedy Wietnam ponownie otworzył się na turystykę wewnętrzną, a strach w ludziach zakorzenił się na dobre. Propaganda w Wietnamie jest skuteczna. Bardzo skuteczna. Sposób docierania do ludzi mieszkających w najbardziej odległych zakątkach kraju też działa niezawodnie. Ludzie szybko przyswajają sobie przekazy władzy, tylko jakoś to zadziało w jedną stronę. To tak jakby ktoś wgrał oprogramowanie ale zapomniał o aktualizacji albo świadomie jej nie przyjmował. Tak właśnie wygląda życie w wiosce Long Son. Dystans ludzi w stosunku do nas odczuliśmy wyraźnie spotykając się nawet z odmową sprzedaży nuoc mia (soku z trzciny cukrowej) na wynos… Znalazło się jednak kilka osób, które nas obsłużyły więc tym bardziej podziwiamy ich za to, że przełamali swój opór i strach. A my cieszymy się, że naszym głównym celem pobytu w tej okolicy jest spędzenie nocy wśród natury, w samotności bez towarzystwa kogokolwiek. Tylko my i otaczająca nas przyroda.
*w wiosce jest stacja benzynowa, która w niedzielę była nieczynna i jeden hotel „Duc Tuan Hotel” o którym więcej pisze Tom na swojej stronie Coracle Vietnam „The Hotel on the Western Ho Chi Minh Road”
 
 
11. Jesteś w raju 😊
Po dotarciu do wioski Long Son czeka nas już tylko jedno zadanie… znaleźć kawałek polany na której będziemy mogli rozłożyć swój nowiutki namiot. Zaraz za wioską, między wzgórzami i polami, rozciąga się polana a za nią płynie rzeka Long Dai. Jest też dróżka, którą można dojechać w pobliże rzeki. Spoglądamy na to miejsce z mostu. Wygląda zachęcająco. Sebastian idzie sprawdzić teren. Miejsce jest idealne. Mamy swój kącik na noc pod gwiazdami. Sebastian jedzie z bagażami, ja idę pieszo. Rozglądamy się wokoło i kiedy postanawiamy zostać w tym miejscu zaczynają się zjeżdżać miejscowi. Patrzę na zegarek. 16:30. No tak, przecież to godzina kiedy miejscowi zwykli kąpać się w rzece lub morzu, a że zaraz za naszym skrawkiem polany jest zejście do rzeki to na naszym „odludziu” robi się mały tłum. Mężczyźni, dzieci, kobiety wszyscy zmierzają prosto do rzeki aby się wykąpać lub zrobić pranie. My w tym czasie rozkładamy namiot i odpowiadamy na przyjazne „hello”. Czasem ktoś usta zasłoni ale ogólnie tym razem wszyscy zerkają na nas z zaciekawieniem. Pojawia się nawet jeden odważny chłopak, który pyta czy może do nas dołączyć i zrobić barbecue. To miał być jednak czas tylko dla nas. Tym bardziej, że to najciemniejsza noc w miesiącu, nów księżyca. Nie chcemy towarzystwa. Dyplomatycznie więc odpowiadamy, że nie jemy mięsa i dziękujemy za propozycję ale z niej nie skorzystamy. Przez około dwie godziny jeszcze ludzie kręcą się po okolicy. Kiedy już wszyscy się wymyli, wyprali swoje rzeczy i pojechali do swoich domów idziemy „pod prysznic” również my. Rozpalamy ognisko, gotujemy wodę, robimy sajgonki. W końcu kładziemy się na matę i spoglądamy w gwiazdy, miliony gwiazd. Wyszukujemy gwiazdozbiory, Skorpion, Wielka Niedźwiedzica, „moja” Panna i wiele innych. Przy dźwięku cykad i rechoczących żab „odpływam” w sen… przyjemny sen pod gwiazdami…
 
 
12. Dzień nad rzeką
W tym miejscu planowaliśmy spędzić tylko jedną noc ale biwakowanie tak nas urzekło, że zostaliśmy na naszej polance jeszcze jeden dzień. Jedynym minusem tego miejsca był brak cienia. W tym letnim, czerwcowym czasie jest naprawdę gorąco, a słońce swoimi promieniami dociera wszędzie. Znajduję skrawek miejsca pod drzewem i tam spędzam większość dnia. Sebastian jedzie do wioski po obiad i kolację na wynos, zbieramy drewno na ognisko, zapraszamy starszego mężczyznę na herbatkę, który pokazuje nam miejsce gdzie możemy przenieś swój namiot aby być w cieniu. My jednak zostajemy tam gdzie się rozłożyliśmy, a wieczorem znowu „odpływamy” w sen pod gwiazdami…
 
 
13. Bezludna trasa
Dwie noce pod namiotem za nami a przed nami najbardziej bezludny odcinek trasy Ho Chi Minh Road. Tym razem długo nie spotykamy nikogo. Na trasie nie ma chat, nie ma ludzi. Warto zaopatrzyć się w wodę bo po drodze nie ma gdzie jej kupić ani jak zaczerpnąć w strumyku. Strumyki pojawiają się w drugiej części drogi ale nie ma możliwości bezpiecznego nabrania z nich wody. Na tym etapie podróży jesteśmy my i dzika otaczająca nas przyroda. Cisza, przestrzeń, delikatny podmuch wiatru i żar płynący z nieba. Po około 90 km samotnej jazdy wjeżdżamy do Parku Narodowego Phong Nha - Kẻ Bàng.
 
 
To jest wyjątkowy odcinek, zupełnie inny od pozostałych. W sercu dzikiej przyrody, soczystej zieleni drzew, turkusowej wody w jeziorach, majestatycznych gór poprzecinanych wijącymi się jak wąż rzekami, głęboko zanurzeni w sobie, tylko my i natura tworzący jedno.