Kolejny etap naszej podróży po Wietnamie to czas retrodegradacji, podobnie jak retrodegradujące w tym czasie Wenus, Saturn czy Jowisz. Co to oznacza w naszym przypadku? Ruch wsteczny, dosłownie. Zatrzymanie. Autorefleksję i stopniowe wcielanie kolejnych ajurwedyjskich nawyków również w podróży, w czasie tymczasowego zatrzymania się, jak i ciągłego przemieszczania oraz nieustannie zmieniającego się otoczenia i warunków panujących w danym miejscu.
To zatrzymanie jest związane z upływającym terminem ważności naszej wizy. Trzy miesiące minęły i nadszedł czas na przedłużenie naszego pobytu w Wietnamie o kolejne trzy miesiące. W czasie oczekiwania na nową wizę postanowiliśmy zrobić kółeczko w środkowej części Wietnamu. Zostawiliśmy więc część rzeczy w Hội An i ruszyliśmy do Đà Nẵng, następnie do Huế i górską drogą wróciliśmy do Da Nang zatrzymując się po drodze w Prao. Ostatecznie jednak przemieściliśmy się do Hoi An gdzie spędziliśmy więcej czasu niż pierwotnie zakładaliśmy. Wieczorne spacery po plaży, poranny jogging nad rzeką, kąpiel w morzu o wschodzie słońca i idealne miejscówki, czyli leżak na plaży, do tworzenia nowych wpisów na bloga … czego chcieć więcej? Kawy zaparzanej w phin 😉 W tej środkowej, turystycznej części Wietnamu dominuje bowiem kawa z ekspresu i wejście do pierwszej lepszej knajpki może spowodować rozczarowanie zwłaszcza gdy się okaże, że właściciele stosują dwa różne menu w którym turystyczne ceny są dwukrotnie wyższe niż lokalne. I to właśnie w Hoi An i bliskiej okolicy praktyki te są najczęściej stosowane, nawet teraz gdy zagranicznych turystów jest tu niewielu. Niezależnie od miejsca, restauracji, kawiarni czy ulicznego punktu z ciasteczkami – nie jesteś Wietnamczykiem to płać podwójnie. W Hoi An rezygnuję więc z kawki w kawiarni, kupuję opakowanie wietnamskiej kawy na lokalnym targu i zaparzam w swoim zaparzaczu phin. Spoglądając na rzekę delektuję się każdym łykiem i widokiem, który mamy z tarasu. Z fusów zaś robię peeling i w ten sposób korzystam podwójnie, a moja skóra jest gładka i naturalnie odżywiona 😉

Most spacerowy, tylko że nikt nie chodzi nim pieszo. Skuterem za to przejeżdża każdy kto che dostać się do Cẩm Kim, my również :)
W drodze do Hoi An
Po kilkudniowym pobycie w Qui Nhơn ruszyliśmy do Hoi An drogą wzdłuż wybrzeża. Zrezygnowaliśmy z trasy prowadzącej przez Kon Tum. Zatrzymaliśmy się na nocleg tranzytowy w wiosce Tân Thành w której w przyspieszonym tempie przechodziliśmy proces oswajania miejscowych z turystami. Początkowa nieufność szybko zamieniła się w serdeczność i już pod wieczór mogliśmy się swobodnie poruszać między hotelem a plażą i nawet po raz pierwszy spróbować Bánh bèo w lokalnym stylu. Droga z Tan Thanh do Hoi An jest, co tu dużo mówić, po prostu płaska i nudna, na tyle że dwie trzecie trasy, którą oczywiście przebyliśmy na motocyklu, spędziłam na pisaniu.

Produkcja soli i jeszcze raz solne pola... oj słono się zrobiło na trasie
Hội An – klimatyczne miasteczko otoczone wiejską scenerią
Po raz pierwszy do Hoi An przyjeżdżamy w dzień, w który jest pełnia księżyca. Oznacza to, iż całe miasteczko mieni się kolorowymi światełkami lampionów. Jest bardzo klimatycznie i nastrojowo. Na rzece puszczane są lampiony z zapaloną wewnątrz świeczką a po rzece pływają rozświetlone łódki. Łódki jednak pływają niezależnie od dnia. Spokojnie, przez główny most na rzece, nie da się przejść bo na każdym kroku ktoś oferuje 15 minutowy rejs. To tu skupia się nocne życie. Na nocnym targu sprzedawane są wietnamskie pizze, chè, kem czyli lody. Na uliczkach można spotkać panie, które sprzedają ciasteczka Bánh xoài (mango cake w których smaku mango na próżno szukać) i ciasteczka ziemniaczane z zieloną fasolką, bananem i kokosem. Jest ruch i gwar a po ulicach spacerują głównie Wietnamczycy. Hotele skupione wokół rzeki pogrążone są w ciemnościach. Nawet sobie nie potrafię wyobrazić jak to miejsce wyglądało kiedy istniała turystyka zagraniczna. Wzdłuż rzeki przez sprzedawców nước mía rozstawiane są co wieczór niskie, plastikowe krzesełka, w ilości masowej, O dziwo, wszystkie miejsca po godzinie 19:00 zapełniają się ludźmi. Wietnamczycy lubią w taki sposób spędzać wieczory. Prowadzić towarzyski styl życia.

Lampiony zdobią ulice miasteczka

Księżyc w pełni wita nas w Hội An
Hội An to okoliczne wioski. Małe wyspy, wybrzeże z ładnymi plażami i wiejski krajobraz, który najlepiej podziwiać podczas jazdy na rowerze. Rowery są często dostępne w cenie noclegu. My również skorzystaliśmy z okazji i na miejskim rowerku zwiedziliśmy okolicę. Wystarczy jechać przed siebie, pomiędzy polami ryżowymi, wzdłuż plaży, zatoczyć kółeczko, zatrzymać się na nước mía, wjechać na wyspę Cẩm Nam aby wygodnie rozsiąść się nad rzeką i delektować się zimnym lokalnym piwkiem 😉

Rowerek miejski to najlepszy sposób na zwiedzanie wiejskich terenów Hội An

W drodze do pracy. Wieczór to czas na rejs łódką rozświetloną lampionami
Hội An to plaże. Puste plaże. Bo przecież Wietnamczycy podczas największego upału na plaży nie siedzą. A zagranicznych turystów nie ma. Ci nieliczni którzy mieszkają bądź utknęli w Wietnamie korzystają z przestrzeni i wolnych leżaków. Wietnamczycy natomiast zjeżdżają się na plażę około godziny 16:00. Lokalni sprzedawcy rozkładają maty na piasku, montują światełka i na tak przygotowanych „stołach” miejscowi urządzają sobie piknik. Czyż to nie jest świetny sposób na romantyczną kolację na plaży z widokiem na morze i szumem fal w tle? Zamiast sztywno siedzieć na twardym krześle przy stole w ekskluzywnej restauracji można spędzić miło czas na miękkim, naturalnym piasku.

Pusta plaża, puste leżaki... nic tylko korzystać ;)
Hội An to lokalne targi. Targ z owocami i warzywami oraz ten z ubraniami. Chociaż gotowych ubrań to tu raczej nie znajdziemy. Co więc mają w ofercie sprzedawcy? Ubrania szyte na miarę. Na półkach bowiem poukładane są zwoje materiałów. Wystarczy wybrać z katalogu wymarzoną kreację, zrobić przymiarkę i po kilku dniach odebrać idealnie dopasowane do sylwetki nowe wdzianko.

Lokalny targ to nasze ulubione miejsce zaopatrywania się w owoce i warzywa

Przenośne punkty sprzedaży... wspierane przez głośnik, tak aby wszyscy wiedzieli, że lody są w pobliżu ;)

Bánh xoài czyli Mango cake sprzedawane na każdym rogu w centrum Hội An

I ciepłe, ziemnaczane z fasolką, bananem i kokosem prosto z grilla
Hội An to przede wszystkim sympatyczni ludzie. Przyzwyczajeni do cudzoziemców najszybciej przełamali strach i z otwartością przyjmują obcokrajowców. Nie tylko Ci, którzy chcą coś sprzedać ale również mieszkańcy miasteczka i wiosek. Uśmiech, „hello”, zaproszenie na karaoke to nieodłączna część spaceru wąskimi uliczkami. Nieznajomość języka angielskiego im nie przeszkadza. Spacer wśród miejscowych ponownie staje się przyjemny, lekki, pełen radości, a ja doceniam jeszcze bardziej nie tylko każdą „otwartą” na kontakt osobę spotkaną podczas pieszych wędrówek, ale i fakt, że Ci ludzie w ogóle są i nie zamykają się w swoich czterech ścianach.

Wyławiacze "czegoś" nie wiem dokładnie czego

W godzinach popołudniowych wyruszają na "polowanie"
Đà Nẵng – szerokie, długie, piaszczyste plaże, spektakularne mosty i zielony Sơn Trà
Da Nang to trzecie co do wielkości największe miasto w Wietnamie. Niepodważalnym atutem miasta są szerokie, długie, piaszczyste plaże pomiędzy, które wbija się zielony półwysep Sơn Trà. Wzdłuż południowej części plaży Mỹ Khê znajdują się hotele, już wybudowane i te w budowie, w większości, w tym szczególnym czasie, nieczynne. Iluminacje świetlne rozświetlające najwyższe budynki miasta sprawiają, że Da Nang wieczorami przepełniony jest mieniącymi się kolorowymi światłami. Światełkami są również podkreślone imponujące mosty, które łączą podzielone przez rzekę Hàn miasto. Da Nang to zatłoczone centrum, świecące, w tym czasie, pustkami centrum turystyczne, spokojne dzielnice w których można znaleźć lokalną kawiarnię, deptaki spacerowe przy rzece i szerokie plaże.

Đà Nẵng widoczny z półwyspu Sơn Trà

Rybacy i ich okrągłe łódki którymi wypływają na połów

A w razie potrzeby zbiegają się wszyscy, którzy są w pobliżu aby wyciągnąć sieci z morza
Plaża Mỹ Khê od strony północnej jest bardziej kameralna. W cieniu drzew można pobujać się na hamaku popijając nước mía a wieczorem podziwiać z jednej strony drapacze chmur oraz mieniące się światłami mosty, a z drugiej strony wzgórze przez które przebiega słynna przelęcz Hải Vân. Plaża południowa cieszy się dużym zainteresowaniem w godzinach wieczornych. Pikniki na plaży, zabawy z dziećmi, kręgi towarzyskie można zaobserwować wzdłuż całej linii brzegowej. Tu również można znaleźć punkty z nước mía i przekąskami. Te punkty są jednak zlokalizowane w „drugiej linii” czyli z widokiem najpierw na ulicę, a potem na plażę. Qui Nhơn pod tym względem było bardziej atrakcyjne.

Na hamaku w cieniu drzew iglastych w środku słonecznego, upalnego dnia

Plaża Mỹ Khê od strony północnej późnym popołudniem zaludnia się, a chętnych na kąpiel w morzu nie brakuje
W poszukiwaniu drogi nad jezioro Hồ Hòa Trung
Podczas pobytu w Đà Nẵng postanowiliśmy zobaczyć jezioro Hồ Hòa Trung. Oj, co to była za wyprawa! Dojazd miał trwać pół godziny a my po dwóch ciągle szukaliśmy drogi dojazdowej. Najpierw wjechaliśmy na ogromny teren Parku Technologicznego na którym przygotowywana jest infrastruktura pod inwestycje, kosztem bogactwa naturalnego. Jedna z dróg miała prowadzić do jeziora ale się skończyła. Sebastian tak bardzo chciał zobaczyć jezioro, że postanowił sprawdzić dokąd dojedzie i w ten sposób udało mu się dojrzeć malowniczo położone jezioro z daleka. Możemy więc powiedzieć, że się udało. Ale chyba jednak nie o to nam chodziło. Pobłądziliśmy jeszcze chwilę po okolicy i zawróciliśmy do Da Nang zatrzymując się w całkowicie nie turystycznej dzielnicy. Na tyle nie turystycznej, że mieszkający w niej Kalifornijczyk z ciekawości zapytał czy się zgubiliśmy, bo do tej części miasta obcokrajowcy trafiają tylko gdy się zgubią. My się nie zgubiliśmy ale dzięki temu spotkaniu dowiedzieliśmy się, że jak chcemy dużą kawę z lodem to trzeba zamawiać wersję „Sajgon”. W tej części Wietnamu kawa najczęściej podawana jest w szklaneczce w której znajduje się 1 cm, może 1,5 cm napoju do którego wrzuca się kostki lodu, objętość kawy się zwiększa i można popijać niczym rum z lodem.

Mì Quảng to najbardziej popularne danie w Środkowym Wietnamie

Bánh canh to zupa z makaronem z tapioki

Cao lầu serwowane w Hội An
Sơn Trà - nakarm swoje zmysły pod drzewem Banyan
Zielony zakątek Da Nang. Z jednego ze wzgórz spogląda rozświetlona Lady Budda niczym strażniczka i opiekunka nie tylko Son Tra ale i całego miasta. Posąg znajduje się na terenie rozległego buddyjskiego kompleksu świątynnego z którego podziwiać można południową stronę Đà Nẵngu. Na półwyspie znajduje się kilka resortów, jednak to natura króluje na tym niewielkim obszarze wciśniętym w morze. Góry i lasy, klify i zatoki, piaszczyste plaże i imponujące przełęcze. To właśnie ta nieskażona ludzką ręką część Son Tra przyciąga najbardziej. Najlepiej więc wskoczyć na dwa kółka (nie automatyczne bo te po stromych drogach nie dają rady) i zanurzyć się w głąb półwyspu, nakarmić swoje zmysły pod 800 letnim drzewem Cây đa, zerknąć na malowniczo położoną latarnię Hải đăng, wjechać na najwyższy dostępny szczyt Bàn Cờ i zrelaksować się na skałkach Bãi Đá Đen (Black Rock Beach), obserwując łodzie rybackie z ogromnymi sieciami. Człowiek jest przy nich taki malutki. Pominąć należy tylko te części półwyspu, które są kontrolowane przez wojsko i niedostępne dla odwiedzających. Całodniowa wycieczka po Son Tra to uczta dla ciała i ducha, to dzień spędzony pośród natury wśród dźwięków dobiegających z bujnego, soczyście zielonego lasu, szumu fal, podmuchów wiatru. To obowiązkowy przystanek podczas pobytu w Da Nang, a którego imponującą wielkość można podziwiać z pnących się prawie pionowo w górę dróg półwyspu.

Zielony Sơn Trà ładuje "bateryjki" czystą energią natury

Nadpływa łódź, powoli płynie wzdłuż czarnych skał na których siedzimy

Ogromne sieci wysuwają się z wody

Latarnia ukryta wśród zielonych drzew, na końcu cypla

Miejsce "mocy" to 800-letnie drzewo na półwyspie o które miejscowi bardzo się troszczą

Czerpię energię płynącą z natury
Przełęcz Đèo Hải Vân - naturalna granica
To jedna z najsłynniejszych dróg w Wietnamie. Wije się po zboczu góry widocznej z północnej plaży w Da Nang. Wyznacza nie tylko geograficzną i polityczną granicę między starożytnymi królestwami Đại Việt i Chăm Pa ale również klimatyczną. Prowadzi bowiem z tropikalnego południa do subtropikalnej północy. Jest to przede wszystkim malownicza, niezbyt długa trasa, którą najlepiej przebyć na dwóch kółkach zatrzymując się co jakiś czas aby nasycić oczy spektakularnymi widokami, a w najwyższym punkcie przełęczy zaspokoić uczucie głodu lub przemknąć bez zatrzymywania się, tak jak my to zrobiliśmy. Trasa jest krótka, na tyle krótka, że czuliśmy lekki niedosyt kiedy okazało się, że już jesteśmy znowu na nizinach, które ciągną się wzdłuż wybrzeża aż do Hue.

Kręta droga zawija się niczym wąż, pnie się w górę, przechodzi przez "granicę" i sunie w dół
Huế - Cesarska stolica Wietnamu
Miasto położone nad rzeką Perfumową, które w latach 1802-1945 było siedzibą cesarzy z dynastii Nguyễn i jednocześnie stolicą narodową. To raj dla miłośników zabytków, których w mieście będącym na liście światowego dziedzictwa kulturowego nie brakuje. Pałace, świątynie, cytadele mauzolea, pagody wciąż zachowują majestatyczny, starożytny urok i w tym czasie, kiedy Wietnam jest zamknięty na turystykę zagraniczną, bilety dostępne są 50% taniej 😉. Główną atrakcją miasta jest cytadela otoczona grubymi murami i fosą pełną kwiatów. Cytadela obejmuje Cesarskie Miasto z pałacami i świątyniami, Zakazane Purpurowe Miasto – niegdyś dom cesarza, ogrody, budynek administracyjny oraz Teatr Królewski w którym odgrywane są przedstawienia. Spacer po cesarskim dworze zajmuje od 3 do 4 godzin a w tym szczególnym czasie to jest „samotny” spacer bo zwiedzających, mimo zniżki, jest niewielu. Bilet wstępu do Cytadeli kosztuje „normalnie” 200 000 VND, teraz 50% taniej.

Cytadela - miejsce zamieszkania cesarzy z dynastii Nguyễn
Sesja zdjęciowa na wzgórzu
Hue nas zaskoczyło. Nie spodziewałam się aż tak dużego miasta. To miasto w którym czułam chaos z trudem znajdując miejsce dla siebie. Udało się jednak. Wzgórze Đồi Vọng Cảnh to idealne miejsce na odpoczynek od wielkomiejskiego gwaru. Ze wzgórza roztacza się malowniczy widok na rzekę i zielone wzgórza. Jest bajkowo. A kiedy słońce zachodzi nad brzegiem rzeki skrywając się za horyzontem wzgórze staje się nie tylko romantycznym miejscem schadzek ale i planem zdjęciowym. Wietnamczycy uwielbiają się fotografować. Również i tu nie brakuje chętnych na zdjęcie z zachodzącym słońcem w tle.

Ciche, ustronne miejsce w okolicy Huế to wzgórze Đồi Vọng Cảnh

Na którym znajduje się kilka bunkrów wokół których w nocy, podobno, pojawiają się duchy ;)
Wieczorny spacer nad rzeką
Na zakończenie dnia można wybrać się na przyjemny wieczorny spacer nad rzeką Parfumową. Z jednej strony rzeki jest kładka spacerowa ufundowana przez Koreańczyków i licznie uczęszczana przez miejscowych. Jest również deptak po obu stronach rzeki. Można rozsiąść się wygodnie w knajpce lub na krzesełku pod drzewkiem z drugiej strony rzeki popijając nước mía. Korzystamy zarówno z jednej jak i drugiej opcji wtapiając się między drobnych Wietnamczyków. Obcokrajowców w ciągu tych 6 dni, które spędzamy w okolicy spotykamy kilku, może 5. Od studentów, którzy mieli za zadanie przeprowadzić ankietę z zagranicznymi turystami dowiedzieliśmy się, że w mieście jest co najmniej „aż” 8 cudzoziemców (łącznie z nami) bo tylu udało im się znaleźć w ciągu jednego dnia.

Deptaki spacerowe wzdłuż rzeki Perfumowej to idealny sposób spędzenia wieczoru w Huế
Nocleg w bambusowej chatce
W Hue nocujemy w Huế Lotus Homestay. To miejsce stworzone przez Hang, której pasją jest turystyka i historia. W głównym budynku znajduje się świątynia Ngoc Tuyen wybudowana w 1920 roku na ziemi należącej do cesarskich urzędników. Świątynia została odnowiona i wyremontowana ale nadal zachowany zostały starożytny charakter tego miejsca, a całość podzielona jest na dwie części zgodnie z zasadą: „Front – Buddha, back – ancestor”. Hang chętnie oprowadza swoich gości po świątyni z zapałem opowiadając o historii i elementach tego ważnego dla niej miejsca.
Śpimy w tradycyjnej chatce zbudowanej z bambusa. Tego typu chaty zamieszkiwane były przez najbiedniejszych oraz farmerów należących do klasy średniej. Ta grupa ludzi miała jednak najbliższy kontakt z naturą bo wokół chat sadzone były warzywa, drzewa owocowe i kwiaty roztaczające wokół swój naturalny zapach. Korzystam więc z okazji i poranną jogę praktykuję na zielonej trawce przed chatką.
Z Hue można również udać się nad morze. Dojazd trwa około pół godziny. Jednak plaża nie zachwyca. Plaże w Da Nang, Quy Nhon i bardziej na południe są zdecydowanie lepszą opcją do spacerów, kąpieli czy leżakowania na piasku.

W chatce z bambusa można doświadczyć na własnej skórze jak mieszkali przodkowie Hang

A na śniadanie zjeść bułkę z kremem czosnkowym prosto z miejscowej piekarni
Specjalności królewskiej kuchni
Hue słynie również ze swojej niepowtarzalnej kuchni. Najbardziej znana jest zupa Bun Bo Huế. Jak smakuje nie wiemy bo jest to zupa wołowa więc skosztowaliśmy tylko wersji wege, która niczym się nie różniła od zwykłej Phở. Phở mimochodem zawsze jest inna, a jej zawartość uzależniona od inwencji twórczej kucharki😉 Ale wracając do kulinarnych specjalności Hue to wersje wege popularnych potraw też się znajdą. Przekąski takie jak Bánh bèo, Bánh lọc czy Bánh nậm serwowane były niegdyś tylko na królewskim stole. Naleśnik Khoai będący kolejną wersją naleśnika xèo czy figa zmieszana z sezamem niestety nie trafiły do naszych żołądków bo za późno się o nich dowiedziałam 😉 Skusiliśmy się jednak na słodki deser Chè. Jeden na pół bo jest naprawdę słodki. W skład deseru wchodzą różne fasolki, nasiona lotosu, owoce. Opcji jest dużo, każda jednak podawana jest z lodem. I tym słodkim akcentem kończymy nasz pobyt w Hue.

Bardzo słodki deser Chè

Owoce prosto z drzewa w Huế Lotus Homestay

Nước mía zawsze i wszędzie :)
Droga do Prao
I ruszamy do Prao najdłuższą, opuszczoną ale najbardziej malowniczą górską drogą między Hue i Da Nang oraz Hoi An. To trasa dla miłośników przyrody biegnąca przez pasmo górskie Trường Sơn, wzdłuż granicy z Laosem. Przepiękna.

Po drodze mijamy wioski etniczne i chatki w jakich nadal żyją mieszkańcy górskich wiosek
Wioska Prao – lokalny klimat pośród gór, zielonych drzew i krętej rzeki
Centrum wioski to trójkąt utworzony przez dwie główne ulice. Nocleg rezerwujemy z wyprzedzeniem z pomocą chłopaka pracującego w Lotus Homestay aby tym razem mieć pewność, że nie zostanie odwołany. Po szybkim zameldowaniu się w hotelu ruszamy na ulice wioski, pieszo. Motocykl sprawia, że jesteśmy jakby dalej od wszystkiego i wszystkich. Podczas spaceru natomiast musimy porzucić naszą strefę komfortu i zmierzyć się z własnymi lękami i reakcją mieszkańców. Pierwsze minuty są kluczowe. I niemal po kilku metrach słyszymy „hello”. To dzieciaki wołają do nas. Machamy, wszyscy się uśmiechają, po chwili słyszymy „What is your name” a kiedy odpowiadamy dzieci nieśmiało chowają się za siebie. I tak wygląda cały nasz pierwszy wieczór w Prao. Chyba każde dziecko zawołało „hello”. Znaleźli się również dorośli chętni do rozmowy. W wiosce jest wszystko dostępne, każdy rodzaj usługi. Jest też kawiarnia w której, sądząc po ilości zużytych zaparzaczy, poranną kawę pije niemal każdy mieszkaniec. My również 😊 Są panie które smażą Bánh xèo i sympatyczna pani od Bánh bèo, która próbowała nas uczyć wietnamskiego, są knajpki w nowym stylu gdzie kawa parzona jest w ekspresie. Wioska jest urocza, a okolica jeszcze bardziej. Niedaleko płynie rzeka nad którą można spędzić miło czas w towarzystwie dzieci pluskających się w wodzie. Około 20 km na północ jest wioska etniczna. Jest zielono i spokojnie. Ciszę zakłócają tylko codzienne wiadomości puszczane o godzinie 11:00 i 18:00 przez megafony na całą wioskę. Mieliśmy tu zostać jedną noc, a ostatecznie zostaliśmy trzy stając się prawie częścią wioski.

Główne skrzyżowanie w wiosce z typowo wietnamskim akcentem

Codziennie pod stołem leżą już użyte zaparzacze, a na stole parzą się kolejne porcje wietnamskiej kawy

Bánh bèo to specjalność Środkowego Wietnamu pochodząca z Huế
Nasza "retrodegradacja"
Powrót do Da Nang
Dziwne uczucie. Rzadko kiedy wracamy w to samo miejsce. To nowe doświadczenie spowodowało, że przez pierwsze kilka godzin chciałam wyjechać z tego miasta, miasta które przecież mi się podoba. Z uczuciem zachwytu wyjeżdżałam z Da Nang ponad tydzień wcześniej, a teraz kiedy deszczowe chmury zasnuły miasto czuję, że stoję w miejscu zamiast cisnąć dalej na północ. Bo faktycznie wchodzimy w ruch wsteczny, co nam się nie zdarza. Ciekawe jest jednak to, że mamy okazję do sprawdzenia czy drugie wrażenie będzie takie samo jak pierwsze. Początkowo jestem zniechęcona, co jest raczej bardziej spowodowane wewnętrznym kryzysem a nie postrzeganiem miasta. I ostatecznie zdania nie zmieniam. Da Nang mimo, iż jest dużym rozwijającym się miastem ma swój klimat. Nadmorski klimat, który sprawia że czuć w nim przestrzeń zwłaszcza podczas wieczornych spacerów po plaży.

Lubię te długie spacery po plaży, krok za krokiem czując miękki piasek pod stopami
Hội An w ruchu wstecznym i zatrzymaniu
Po raz drugi do Hoi An przyjeżdżamy po zakończeniu naszego objazdowego kółeczka. Nasze paszporty z przedłużoną wizą wciąż do nas nie dotarły dlatego decydujemy się poczekać na nie właśnie w Hoi An. Tym razem jednak bliżej morza.
Znajdujemy super miejscówkę pomiędzy morzem a rzeką i postanawiamy zatrzymać się tu na dłużej. Na tydzień. Duży pokój, duży taras z widokiem na rzekę, przemili właściciele Riverside Sunset Homestay, do plaży mamy 400 metrów, czego chcieć więcej? Dużym atutem podróżowania w tym czasie jest ogromny wybór noclegów w dobrej cenie, w dobrym miejscu 😊 Ta sama miejscowość po raz drugi, a jednak czas spędzamy zupełnie inaczej, co więcej każdy dzień jest inny, spontaniczny.
Odkrywamy również Tân An, która na pierwszy rzut oka wygląda jak Hoi An. Wzdłuż rzeki rozstawione są niskie krzesełka, sprzedawców z wyciskarką trzciny cukrowej jest tu bez liku, jest duży plac po którym dzieci zasuwają samochodami. Jest klimatycznie i spacerowo i spokojniej a nước mía zarówno dla obcokrajowca jak i Wietnamczyka jest w tej samej cenie 😊.

Wieczorne spacery w spektakularnej scenerii zachodzącego słońca
O wschodzie słońca
Po tygodniu czuję lekką stabilizację, zadomowienie. I odkrywam, że poranne pływanie to najwspanialszy sposób aktywności jaki może być w tym miejscu. Tydzień mi trwało zanim zdecydowałam się wejść do wody. Do trekkingu w górach dwa razy namawiać mnie nie trzeba ale do wejścia do morza nawet kilka razy nie pomaga dopóki sama nie poczuję, że chcę zanurzyć się w falach oceanu i … „przepaść”. Znika poczucie czasu a ja płynę i płynę. I siedzę na plaży od 5:00 rano spoglądając na wschodzące słońce, szum fal towarzyszy mi podczas medytacji po której wchodzę na niekończącą się chwilę do wody i cieszę się z tego dłuższego pobytu nad morzem, który trwa i trwa 😊

Medytacja i pranajama w promieniach wschodzącego słońca, tuż przed zanurzeniem się w orzeźwiającej wodzie
I tu kończy się nasz kolejny etap podróży. Przed nami następny. Przez góry. Ale zanim rozpoczniemy nową przygodę spędzimy jeszcze jakiś czas w Hoi An doświadczając życia nad morzem. Wciąż nam się nie spieszy. Kolejne 3 miesiące pobytu w Wietnamie przed nami 😊

Za nami 3 zaskakujące miesiące w Wietnamie. Przed nami 3 kolejne ...























