parallax background

Z Shivapuri przez Helambu i Gosaikundę do Doliny Langtang

17 stycznia 2020
Wśród ośmiotysięczników – Khumbu z Jiri przez trzy przełęcze do Ama Dablam BC
14 stycznia 2020
Sumatra – Wśród orangutanów w Gunung Leuser
9 lutego 2020
 
Dolina Langtang, Helambu oraz jezioro Gosaikunda stanowią główną część Parku Narodowego Langtang. Langtang i Helambu łączy przełęcz Lauribina. Bogata fauna i flora są nieodłączną częścią parku. Obszar pokryty jest lasami rododendronowymi, dębowymi, sosnowymi oraz modrzewiowymi. Zamieszkiwany jest między innymi przez czerwoną pandę, himalajskiego czarnego niedźwiedzia, panterę śnieżną oraz ponad 250 gatunków ptaków. Mieszkańcy to najczęściej ludzie należący do jednej z 3 głównych grup etnicznych: Tamang, Yolmo (zwanych również Sherpa) i Bhotia. I mimo, iż wszystkie te grupy oryginalnie pochodzą z Tybetu to różnią się od siebie językiem, ubiorem, stylem życia, ozdobami czy zwyczajami.

Langtang miał być dla nas lekką i przyjemną wędrówką po 39 dniach spędzonych w rejonach Khumbu i Solukhumbu. Mając do dyspozycji 3 tygodnie zdecydowaliśmy się rozpocząć trekking w Sundarijal i zakończyć w Dhunche. Los chciał, że nie dane nam było go zrobić razem. Spacer wzdłuż rzeki Langtang Sebastian niestety musiał odłożyć na czas bliżej nieokreślony. Ja natomiast spędziłam w tym rejonie 24 dni – zarówno dni spokojnych jak i pełnych wrażeń, zaskakujących wiadomości i szybkich decyzji, obserwacji otoczenia i siebie. Jeszcze bardziej doceniam plusy wspólnego podróżowania z Sebastianem, jak wzajemnie potrafimy się uzupełniać i motywować. Jednocześnie jestem wdzięczna za ten „samotnie” spędzony miesiąc, bo podróż to wyzwania i zmierzenie się z własnymi słabościami oraz przekonanie się, że potrafimy więcej niż nam się wydaje 😊
 
 
Dzień 1 – Sundarijal – Chisapani / Schody, schody i jeszcze raz schody
Rozpoczynamy w Sundarijal gdzie dojeżdżamy lokalnym busem z dworca autobusowego przy Ratna Park w Kathmandu. Ten krótki, 20 km, odcinek pokonujemy w niecałe 2 godziny i wraz z kilkoma osobami wysiadamy u wrót Parku Narodowego Shivapuri. Przechodzimy przez bramę, mijamy kilka lokalnych knajpek i rozpoczynają się schody. Po chwili zatrzymuje nas miły pan urzędnik i pyta czy mamy zezwolenie na wejście do parku. Zezwolenie jest jednorazowe i kupuje się je bezpośrednio przed wejściem do parku. Dlatego też płacimy 1000 rupii od osoby plus 50 rupii jako obowiązkową dotację i wraz z dokumentem udajemy się do drugiego punktu tak zwanego check pointu gdzie członek armii sprawdza nasze zezwolenie, wpisuje adnotację i kiwa, że możemy iść. No to ruszamy. Przed nami 1000 metrów pod górę i jak się okazuje głównie po schodach. Schody są wszędzie, nawet w zalesionej części szlaku. Odcinek do Chisapani pokonujemy w 4 godziny zatrzymując się na lunch w Mulkharka. Za Mulkharką aż do Chisapani idziemy leśną ścieżką. Za przełęczą odsłania się widok na wyższe partie gór. W Chisapani na pierwszym planie – jako wizytówka regionu po trzęsieniu ziemi – ukazuje się przekrzywiony budynek, niegdyś lodge, teraz ruina przypominająca o tragicznym wydarzeniu, które dotknęło Nepal w 2015 roku. W tej i kolejnych wioskach ludzie odbudowują swoje domy w tempie szybszym lub wolniejszym w zależności od ilości posiadanych (lub zdobytych) środków finansowych. Dlatego pokoje są nowe, nawet naklejki na toalecie czy drzwiach jeszcze nie zostały zerwane. Dostajemy pokój z łazienką i gorącym prysznicem za który płacimy 500 rupii a do tego kolorowy i zachwycający wschód słońca widoczny z łózka. To pierwszy ale jak się później okazało nie ostatni taki poranek. Weszliśmy bowiem na obszar Helambu
 
 
Helambu - W krainie magicznych wschodów i zachodów słońca
Helambu to region położony niedaleko Kathmandu nad rzeką Melamchi. Bliskość stolicy oraz łatwy i szybki dojazd stwarzają możliwość odbycia krótkiego aczkolwiek interesującego treku wśród drzew rododendronowych z panoramicznym widokiem na pasmo Langtang, poznania kultury Sherpów (Sherpowie z Helambu z Sherpami z Khumbu mają jednak wspólną tylko nazwę) i delektować się magicznymi wschodami i zachodami słońca. Helambu jest bowiem tak położone, że wschody i zachody słońca widoczne są tu nad horyzontem, na tle wzgórz nachodzących jedno na drugie (jak w Bieszczadach tylko trochę wyżej). Słońce wyłania się zza horyzontu rozświetlając wzgórza, tworząc tajemniczą mgiełkę i sielankową atmosferę. Wyskakiwanie z łóżka przed 5:00 aby zobaczyć grę kolorów na niebie jest tak ekscytujące, że nie sprawia najmniejszych problemów. Nawet pomimo niskiej temperatury. Natomiast podczas zachodu słońce chowa się za horyzontem, spływając między wzgórza aby po chwili rozświetlić niebo płonącym blaskiem czerwieni. Spoglądałam z niemym zachwytem na to spektakularne zjawisko, które najpiękniej prezentuje się w Kutumsang.
 
 
Dzień 2 – Chisapani – Kutumsang / Niespodziewany zwrot wydarzeń
W drugi dzień pokonujemy najdłuższy odcinek tej wyprawy. Wychodząc z Chisapani widzimy przełęcz przez którą musimy przejść. Wzgórze jest poprzecinane drogą. Oznacza to również iż szlak jest poszatkowany i na niektóre odcinki lepiej nie wchodzić bo są zniszczone i jeśli nawet uda się wejść na szlak to potem okazuje się, że na jego końcu jest przepaść i trzeba zawracać. Za Gul Bhanjyang podążamy szlakiem prosto do Kutumsang. Jak większość wiosek, Kutumsang to jedna ulica wzdłuż której jest kilka lodgy.
 
 
Wewnętrzny głos…
Idę i wsłuchuje się w swój wewnętrzny głos.. W tym dniu poprosiłam duszę o prowadzenie i wskazanie gdzie mamy się zatrzymać na noc. Może Wam się to wydawać dziwne ale u mnie działa. Przychodzimy do Kutumsang, mijamy jeden duży guest house potem drugi i zatrzymujemy się na środku ulicy. Patrzymy przed siebie. „Gdzie idziemy?” rzucam hasło do Sebastiana. „Co Ci mówi twoja duszyczka?” Zadaje pytanie Sebastian. Stoję i patrzę. Widzę mały domek, przed nim stół z ławką a obok stoi autobus. Chcę powiedzieć, że „obojętnie, wybierz coś” ale nie mogę. Czuję całym ciałem, że musimy iść do tego domku. „Ten domek na wprost, obok jest autobus” mówię i wskazuję palcem. „No to idziemy”. Ruszamy przed siebie. Mijamy guest house w którym gospodyni już zagaduje. Tym razem ignorujemy zaproszenie. Zatrzymujemy się przed wskazanym przeze mnie domkiem, mężczyzna pyta czy szukamy pokoju. „Tak, szukamy”. Okazuje się, że trafiamy do Budha Homestay gdzie rodzina i goście siedzą w jednej izbie, która jest jednocześnie kuchnią, salonem i sypialnią dla właścicieli. Do tej pory po trzęsieniu ziemi udało im się wybudować jeden osobny pokój dla gości. We wspólnej izbie jest piecyk przy którym wszyscy spędzają wieczory. Zostajemy zaproszeni do środka. Wcześniej jednak korzystamy z miski gorącej wody racząc się ciepłym prysznicem z widokiem na zachód słońca …I tu się kończy nasza sielanka. Kilka minut później otrzymujemy wiadomość z Polski w wyniku której musimy podjąć decyzję – decyzję która diametralnie może zmienić nasze życie w najbliższej przyszłości. Spędzamy wieczór w milczeniu…siadamy z gospodarzami przy kominku, Sebastian zamknięty w sobie a ja obserwuję. W izbie z nami oprócz gospodarzy i ich córki jest jeszcze tajemniczy mężczyzna, który bawi się z dziewczynką, mówi po nepalsku i jak nigdy czuję, że muszę do niego zagadać. Podczas kolacji zaczynamy rozmawiać. Ben, pochodzący z Francji jest fascynatem Nepalu. Właśnie przyleciał tu po raz 12, aktywnie angażując się w pomoc dzieciom ze szkół podstawowych odwiedza dobrze już znane jak i nowe miejsca w Nepalu. Znajomość języka nepalskiego ułatwia mu komunikację i lepsze poznanie nie turystycznych zakątków tego kraju….i po 20 latach planuje ponownie samotny trekking w okolice doliny Langtang i Tamang Heritage Village aby odnaleźć chłopca, którego pilnował podczas pierwszej wizyty w Nepalu i przekazać mu zdjęcie zrobione w dzieciństwie…
 
 
Dzień 3 Kutumsang / Decyzja
A co z tajemniczym autobusem? Nazajutrz dowiedzieliśmy się, że jedzie do Kathmandu. Przypadek? W wyniku długich przemyśleń i dyskusji podejmujemy decyzję, iż Sebastian wraca do Polski na miesiąc a ja zostaję w Nepalu. Nie wyobrażałam sobie jednak miesiąca w Kathmandu. Chciałam zostać w górach. Nie czułam się jednak aż na tyle pewnie w tym rejonie aby kontynuować wędrówkę w pojedynkę…i no właśnie w tym momencie dostaję odpowiedź dlaczego mieliśmy trafić właśnie do tego małego domu. Postanawiam zapytać Bena czy chciałby mieć towarzyszkę podczas trekkingu. Mimo, iż Ben lubi samotne wędrówki to z uśmiechem zgadza się na nieplanowane towarzystwo stawiając jeden warunek: „Będziesz się uczyć nepalskiego”. Wspaniale! Mogę zostać w górach, otoczona naturą a w dodatku mam okazję nauczyć się kilka nepalskich słówek i zwrotów. Rozstajemy się więc z Sebastianem na miesiąc aby móc kontynuować naszą podróż po Azji. Smutno mi. Jednocześnie jednak czuję, że muszę zostać w Nepalu.
Wieczorem podziwiam najpiękniejszy zachód słońca nad górami.
 
 
Dzień 4 Kutumsang / Tymczasowe rozstanie i wizyta w szkole
Sebastian wsiada do autobusu i jedzie do Kathmandu aby jak najszybciej wrócić do Polski. Ja natomiast zostaję w Kutumsang. To czas dla mnie. Jak się jednak szybko okazuje nie spędzę całego dnia na medytacji wpatrując się w górski pejzaż przed sobą 😉 idziemy do szkoły. Ben jest sponsorem kilku szkół podstawowych w Nepalu i w tym dniu przekazuje dzieciom kurtki i czapki. Mimo, iż prosi nauczycieli aby nic nie przygotowywali to jak co roku następuje wręczenie szali buddyjskich, dzieci śpiewają i tańczą a Ben osobiście każdemu dziecku wręcza podarunek. W tym czasie dołącza do nas jeszcze jeden pan z Anglii. Fundacja, której jest członkiem opłaciła budowę szkoły w której jesteśmy. Warunki w których uczą się dzieci są skromne ale mają sale, ławki i tablice, toalety. W zeszłym roku gospodarz w Kopchepani pokazał nam „salę”, którą stworzył dla dzieci po zawaleniu się głównego budynku szkoły i mimo, iż bardzo się starał to warunki w najmniejszym stopniu nie dorównywały tym które mają dzieci w Kutumsang. Na szlaku jeszcze a potem w Kathmandu nie raz się spotkałam ze sponsoringiem. Jak się okazuje ludzie z różnych państw starają się pomóc, głównie, dzieciom w Nepalu. Dla mnie to bogate i inspirujące doświadczenie…
 
 
Dzień 5 Kutumsang – Sanugopte / Ruszamy
Dzień kiedy opuszczamy Kutumsang i ruszamy w kierunku doliny Langtang. Wspomnę tu jeszcze o naszym pierwotnym planie, który zmieniał się nie raz w czasie kolejnych 15 dni. Wspólnie wyszliśmy z założenia, że najlepszy plan to brak planu. Zakładaliśmy jednak, że idziemy do Bamboo gdzie szukamy chłopca ze zdjęcia a potem kierujemy się do Tamang Heritage Village, omijając Langtang. Jak potoczyły się nasze losy i co się wydarzyło kilka dni później? No właśnie…to się okaże za kilka dni 😊
A tymczasem idziemy. Nie doszliśmy jednak daleko bo tylko do Sanugopte oddalonego o 1,5 godziny od Kutumsang. Tu w małym Tea house wraz z gospodarzem, tym samym co w Kutumsang, o imieniu Ganzel spędziliśmy popołudnie i wieczór. Po raz pierwszy ulepiłam momo, skosztowałam balu i intensywnie wsłuchiwałam się w rozmowę prowadzoną przez Bena i Ganzela w języku nepalskim.
Dodam, że na tym odcinku znajduje się check point na którym należy okazać (lub zakupić w tym właśnie miejscu) bilet wstępu do parku narodowego Langtang oraz TIMS. My zarówno pozwolenie (3000 rupii) jak i TIMS (2000 rupii) nabyliśmy w Kathmandu w Nepal Tourism Board.
 
 
Dzień 6 Sanugopte – Thadepati / W chmurach
Poranek w Sanugopte to chwila zadumy z herbatką w ręce. Trawa, ława i stół, wszystko pokryte szronem, muskane delikatnymi promieniami słońca, śpiew ptaków i wszechogarniająca cisza…W tym dniu słońce uraczyło nas swoimi promieniami tylko rano. Trasę do Thadepati pokonaliśmy w towarzystwie chmur spotykając kilka osób zmierzających w przeciwnym kierunku. Przez wszystkie dni nie spotkaliśmy nikogo kto by szedł w tym kierunku co my. Grupy czy nieliczni indywidualni turyści najczęściej idą z Dhunche do Kutumsang albo Melamchigaon czy Sundarijal skąd busem wracają do Kathmandu. Po drodze mijamy kilka lodgy i po 4 godzinach (z przerwą w Mangengoth) docieramy do Thadephati. Wybieramy Sumcho Top Lodge skąd doskonale widać wschodzące słońce. W związku z tym, że sezon się skończył dostajemy pokoje za połowę ceny (250 rupii) i ciepłą wodę w wiaderku aby sobie umyć stópki. W pokoju wspólnym po raz pierwszy doświadczam totalnej ciszy mimo, iż przebywają w nim 3 osoby. Trzech introwertyków w jednym pomieszczeniu zajmujących się sobą to rzadko spotykane zjawisko na szlaku. Zazwyczaj znajdzie się ktoś kto chce rozmawiać…a tymczasem z łatwością połknęłam połowę książki 😉
 
 
Dzień 7 Thadepati – Ghopte – Phedi / Góra - dół
Będąc w Thadepati nie możecie przegapić wschodu słońca! Warto wstać wcześniej, wygodnie rozsiąść się na krześle aby wraz ze słońcem powitać nowy dzień. Dzień w którym zmierzamy do Phedi. To ostatnie miejsce noclegowe przed przełęczą. Z Thadepati wyraźnie widać szlak, który biegnie zboczem wzgórza raz w górę, raz w dół. Przyjemna i łatwa trasa do pokonania. W Phedi znajdują się dwie lodge należące do jednego właściciela. W grudniu otwarta jest tylko jedna, ta położona wyżej.
 
 
Dzień 8 Phedi – Gosaikunda – Lauribina / Na przełęczy Lauribina
Przed nami prawie 1000 metrów podejścia. Ruszamy krótko po godzinie 8:00 aby po 3 godzinach zatrzymać się na przełęczy, usiąść przy jednym z jezior i wsłuchiwać w odgłosy pękającego lodu. Za przełęczą ukazuje się panoramiczny widok na pasma Ganesh, tybetańskie szczyty i przepięknie położone święte jezioro Gosaikund czczone zarówno przez wyznawców Hindu jak i Buddystów. Jest to miejsce odwiedzane przez pielgrzymów hinduskich z całego świata. Nad jeziorem znajduje się guest house* w którym jemy tylko lunch i ruszamy do Lauribiny. To długi i wymagający dzień ale szlak jest przepiękny na całym odcinku.
*Jeśli planujecie się tu zatrzymać to za pokój dwuosobowy zapłacicie 1000 rupii, za pojedynczy 600 rupii
 
 
Dzień 9 Lauribina – Singgumba / Czas na relaks
Mamy czas więc pokonujemy krótki i łatwy odcinek do Singgumby gdzie odpoczywamy i robimy pranie 😉 Nie ma tak łatwo. Słońce świeci więc trzeba skorzystać z okazji i popluskać się trochę w lodowatej wodzie, odwiedzić pobliską świątynię i w końcu przy kubku herbaty wygrzać swe ciałko w promieniach słońca. Można też wybrać się na pobliskie wzgórze gdzie kiedyś była najstarsza świątynia w okolicy. Po trzęsieniu ziemi pozostały w tym miejscu już tylko ruiny ale i tak warto spędzić samotnie trochę czasu na tej górze.
 
 
Dzień 10 Singgumba – Thulo Syabru / A może by tak naprawić piłę elektryczną?
Znajomość języka nepalskiego sprawia iż wędrówka staje się nieprzewidywalna, pełna śmiesznych sytuacji i żarcików. „A może byś się ze mną ożenił?” słyszy nie raz Ben. Po jakimś czasie zaczynam rozumieć już to pytanie po nepalsku. W Dursagang natomiast krótkie pogaduszki z gospodarzem kończą się herbatką i naprawą piły elektrycznej i w końcu nieplanowanym lunchem. Gospodarze są tak sympatyczni, że dokładnie tydzień później wracamy i zatrzymujemy się tu na dłużej. Kiedy piła jest już naprawiona a brzuszki pełne możemy udać się na nocleg do Thulo Syabru gdzie przy każdej lodgy słyszymy: „pokój?”, „dokąd idziecie?”, „tea?”, „lunch?”, „fresh cake?”. Konkurencja jest duża a turystów w grudniu mało i tak na całym szlaku w dolinie Langtang. Niestety tym razem nie raz zastanawiałam się na ile uprzejmość miejscowych jest naturalna i autentyczna a na ile wymuszona i powodowana biznesem? Bardzo chciałabym wierzyć, że to pierwsze. Niestety niektóre sytuacje zdecydowanie przemawiały za tym, że opcja druga zdominowała pierwszą.
 
 
Dzień 11 Thulo Syabru – Bamboo - Chhunama / Zdjęcie i Narada
Dzień rozpoczynamy od odwiedzin rodziny chłopca, którego Ben pilnował 20 lat temu przez 2 godziny. Odnalezienie jego rodziców okazało się bardzo łatwe. Na podstawie zdjęcia każdy mieszkaniec Thulo Syabru rozpoznał chłopca. Rodzice byli zaskoczeni odwiedzinami a my tym bardziej jak się dowiedzieliśmy, że dwudziestokilkuletni chłopak uczy się w Katmandu języka … francuskiego. W końcu jako dwulatek nasłuchał się tego języka 😉
No ale czas ruszać w drogę do Sherpagaon. Z takim założeniem doszliśmy do Bamboo gdzie podczas przerwy na herbatkę przeanalizowaliśmy szlak, policzyliśmy dni i stwierdziliśmy że mamy czas na Langtang. Jednogłośnie zmieniliśmy plan i zdecydowaliśmy się iść do River Side zamiast do Sherpagaon. Czy oboje mieliśmy jakieś przeczucia odnośnie tego obszaru? W tym momencie nawet nam to do głowy nie przyszło ale szybko dowiedzieliśmy się, że podjęliśmy słuszną decyzję.
W tym dniu dochodzimy do Chnunamy. Szlak wiedzie przez las w którym pełno małp i ptaszków a na skałach można dojrzeć naturalne ule. Idziemy wzdłuż rwącej rzeki, lekko pod górę. Mijamy Lama Hotel i zmierzamy do River Side. Tu jednak co najwyżej to moglibyśmy się napić raksi z mało sympatycznym gospodarzem dlatego też udajemy się do oddalonego o 10 minut Woodland Hotel&Restarant. I tu po raz pierwszy dowiadujemy się, że w okolicy są niedźwiedzie. Nie było by w tym nic niepokojącego, bo przecież w okolicy Junbesi też są niedźwiedzie, gdyby nie fakt, że te niedźwiedzie atakują ludzi i to w ciągu dnia. 2 tygodnie wcześniej miejscowy mężczyzna został w dżungli zaatakowany przez jednego z niedźwiedzi więc lepiej nie schodzić ze szlaku.
 
 
Dzień 12 Chhunama – Langtang / Zaskakujące wiadomości
Z Chhunamy udajemy się do Langtang. Po drodze mijamy miejsce w którym kiedyś była wioska Langtang. W tym momencie to tylko gruzowisko kamieni. Nowa wioska powstała nieco wyżej. Tym razem poznajemy przewodnika z którym rozmawiamy po kolacji. I tak przy hihach i hahach słyszymy mrożącą krew w żyłach kolejną historię. Do Tamang Heritage Village 4 miesiące wcześniej wybrało się 2 koreańskich turystów. I nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że już stamtąd nie wrócili. Co się z nimi stało? Oficjalnie nie wiadomo. Mieszkańcy Thulo Syabru (zapytaliśmy w drodze powrotnej dlaczego nam nie powiedzieli skoro wiedzieli, że tam zmierzamy) milczą twierdząc, że policja nic nie potwierdziła i że już o tym zapomnieli. Przewodnik odradza samotną wędrówkę w te strony. Potwierdza również historię o niedźwiedziach. W tym momencie zapala się nam czerwone światło. Ben postanawia podpytać w okolicy. Miejscowy przewodnik potwierdza to co już wiemy. Dwa dni wcześniej zmieniliśmy plan i postanowiliśmy zrobić Langtang a dopiero później iść w kierunku Tamang Heritage Village… w tym momencie ostatecznie zrezygnowaliśmy z trekkingu w te rejony. Mamy więc czas…dużo czasu.
 
 
Dzień 13 Langtang – Kyanjin Gumba / Czy ja na pewno jestem cały czas w Himalajach?
Kyanjin Gumba to kolejna wioska całkowicie zniszczona podczas trzęsienia ziemi. Ze starych domów pozostał tylko jeden. Wszystkie pozostałe budynki zostały zbudowane na przestrzeni ostatnich 3 lat. Mimo, iż wioska położona jest na wysokości 3800 m to warunki noclegowe są bardzo dobre, ciepły prysznic, prąd, piekarnie i kawiarnie niczym w europejskim ośrodku turystycznym. To miejsce wypadowe na pobliski szczyt Kyanjin Ri (4790m) oraz całodniowy trekking na Tserko Ri (4984m)
 
 
Dzień 14 Kyanjin Ri / Lekkość i przestrzeń
Skoro mamy tyyyle czasu to postanawiamy tu zostać 3 dni. W drugi dzień wybieramy się na pobliski szczyt Kyanjin Ri. Do wyboru są dwa wierzchołki. Na ten wyższy o wysokości 4790 metrów prowadzą dwa szlaki, można więc zrobić kółeczko. Idąc w prawo stopniowo pniemy się pod górę a szlak ma łagodne nachylenie. Skręcając na rozdrożu w lewo świadomie decydujemy się na strome podejście w podmuchach wiatru. Które wybieram? Oczywiście idziemy w lewo. Jak już wchodzić to wchodzić, stromo pod górę. Po drodze mijamy niższy wierzchołek nawet na niego nie wchodząc i skręcamy w prawo. Po niecałych dwóch godzinach stajemy na szczycie skąd obserwujemy przez lornetkę szczyt Tserko Ri na który planujemy się wybrać w kolejny dzień. Za nami lodowiec i szczyty Langtang Lirung (7227m) oraz Yubra (6264m) a przed nami przełęcz Tangbu w stylu włoskiej via ferraty (podobno niektórych przejście przez przełęcz tak przeraziło, że grupa musiała zawrócić, na szlaku nie ma lodgy!). Schodzimy a raczej zbiegamy łagodnym szlakiem czując niesamowitą lekkość i radość.
 
 
Dzień 15 Kyanjin Gumba – Bamboo / Ewakuacja
Wstaję przed 6:00. Jest jeszcze ciemno ale słyszę jak wieje. Schodzę do kuchni gdzie siedzący przy kominku Ben wita mnie słowami „Widziałaś jaka dzisiaj pogoda?”. Dopiero w tym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że jeszcze dzisiaj nie spojrzałam w niebo…niebo pełne niskich chmur. Internet mieliśmy ostatni raz kilka dni temu więc nie byliśmy na bieżąco z prognozą pogody. Jednak to co zobaczyliśmy oznaczało jedno: ewakuacja w niższe partie gór. Jak utkniemy na 3800 m to nawet nadmiar czasu nam nie wystarczy, żeby wrócić do Kathmandu. Rezygnujemy z całodniowej wyprawy na Tserko Ri. Pakujemy się i czym prędzej śmigamy w dół. Tak śmigamy, że w ciągu tego dnia schodzimy poniżej 2000m i zostajemy w Bamboo. Szum rwącej rzeki kołysze nas do snu nie jedną ale dwie noce.
 
 
Dzień 16 Bamboo / Pada, pada deszczyk
Pada deszczyk, pada…po chwili już leje a powyżej 2000m robi się biało. Ale mieliśmy fuksa, że nie zostaliśmy w Kyanjin Gumba. W ciągu jednego dnia spada tyle śniegu, że na przełęczy Lauribina (4600m) jest ponad metr śniegu i nawet tydzień później jest nie do przejścia. Szlaki robią się śliskie i niebezpieczne.
 
 
Dzień 17 Bamboo – Dursagang / Mam dość
W związku z tym, że do Tamang Heritage Village nie idziemy postanowiliśmy wrócić tą samą drogą, którą przyszliśmy. Przynajmniej Ben bo ja jednak mam wątpliwości, które rozwiewają się z każdym krokiem, który stawiam na szlaku do Dursagang. Cztery godziny marszu to nie długo ale podejście 1000m i trudne warunki na szlaku (błoto, śnieg) sprawiają, że mam dosyć. Ilość dni spędzonych w górach daje się we znaki. Docieram pół godziny później do Lovely Morning View Guest House w Dursagang niż Ben i stanowczo oznajmiam, że koniec na dzisiaj, dalej nie idę….i nie idziemy przez kolejne 5 dni 😊
 
 
Dzień 18, 19, 20, 21 Dursagang / Odpoczynek i całodniowa pudża pogrzebowa
Co robimy w miejscu przepełnionym pozytywną energią? Grzejemy się przy piecyku w małej wspólnej izbie ale nie tylko. Ben z gospodarzem Dorjee chodzą do lasu po drewno. Ja pomagam gospodyni z porządkami w izbie i pokojach. Pijemy kawę z kawiarki i kosztujemy mustang roksi (polecam). Robię pranie i jeszcze mam mnóstwo czasu na odpoczynek i podziwianie górskiego krajobrazu, który się zmienił w ciągu tygodnia. Żółte kwiaty zwiędły a szczyty pokryły się śniegiem. Niezmiennie jednak krajobraz w słoneczny dzień jest jak z bajki. Wraz z gospodarzami udajemy się też na całodniową pudżę. Po raz pierwszy mam okazję wziąć udział w wydarzeniu na którym zebrali się mieszkańcy całej wioski. Spotykam gospodynię z lodgy w Lauribinie i tę z Thulo Syabru i jeszcze kilka osób spotkanych na szlaku. Tym razem jest to pudża pogrzebowa. Zgodnie z tradycją jest ona organizowana po 7 tygodniach od śmierci danej osoby. W tym przypadku zmarły mężczyzna nie miał najbliższej rodziny więc pudża została zorganizowana po 3 tygodniach od jego śmierci. Tradycyjne pieśni modlitewne, tańce, poczęstunek (herbatki, dal bhat, roksi), ołtarzyk, obecność lamy to główne elementy uroczystości pożegnalnej. Każda dolina ma swoje pieśni, które przekazywane są z pokolenia na pokolenie. To niesamowite doświadczenie pozostanie w mojej pamięci na długo.
 
 
Dzień 22 Dursagang – Singgumba / Śladami yeti
Czas ruszać w drogę. Minął prawie tydzień od opadów śniegu co nie oznacza, że już go nie ma. Wręcz przeciwnie! Szlak do Singgumby jest biały. Wędrówka nabrała zatem innych kolorów. Zimowa aura panuje wokoło. Dobrze, że na szlaku widać ślady stóp bo dzięki temu wiem gdzie iść. Mam też zarejestrowaną trasę na WikiLoc z której muszę skorzystać. W idealnym momencie zerkam na mapę. Okazuje się, że ktoś wydeptał ślady w innym kierunku…Szybko wracam na właściwy szlak uświadamiając sobie jak łatwo jest zabłądzić kiedy naokoło wszystko jest pokryte śniegiem. W Singgumbie od razu udaję się do hotelu w którym nocowaliśmy poprzednio. Kilka lodgy w wiosce jest już zamknięta.
 
 
Dzień 23 Singgumba – Dhimsa / Rozstanie z Benem, wzgórze i nocna pudża
Czas pożegnania nadszedł. To dzień w którym nasza wspólna przygoda się kończy. Ben wraca do Kathmandu a ja zostaję jeszcze dwa dni w górach. Pełna wdzięczności udaję się na wzgórze na którym niegdyś lama medytował 3 miesiące, 3 dni, 3 godziny i 3 minuty. Spoglądając na himalajskie szczyty, czując otaczającą mnie przestrzeń i wewnętrzny spokój ze łzami w oczach dziękowałam za to, że mam odwagę i możliwości spełniać swoje marzenia 😊
To nie koniec przygód. W drodze do Dhunche zatrzymałam się na nocleg w Dhimsa Homestay. W momencie kiedy jadłam lunch była tu tylko młoda dziewczyna, jej 13 miesięczna córeczka i starszy mężczyzna. Nic nie zapowiadało tego co będzie się działo wieczorem… 3 kobiety, 4 mężczyzn, 4 dzieci i ja. Mąż gospodyni, który jest jednocześnie lamą przez pół nocy odprawiał pudżę. Okazało się, że w tym dniu wypada ważne buddyjskie święto i z tej okazji rodzina zebrała się aby wspólnie przy rytmach bębna, dzwoniących dzwoneczków i modłów spędzić ten wieczór. A ja? Do 22:00 obserwowałam co się dzieje, po czym zasnęłam i spałam do rana. Po raz kolejny przekonałam się, że bębny mają pozytywny wpływ na dobry sen.
 
 
Dzień 24 Dhimsa – Dhunche
Wypoczęta powoli idę do Dhunche. Prawie wszystkie lodge na szlaku zamknięte. Spotykam jednak dwie kobiety…które od razu mnie rozpoznają. Gospodyni z Singgumby wraz z zatrudnioną u nich dziewczyną wracają już z Dunche. Zerkam na zegarek…jest 11:00. Szybkie są. W końcu to tylko 2 godziny w jedną stronę…
Dzień 25 Dhunche – Kathmandu
Powrót do Katmandu trwał niecałe 7 godzin. Trzęsie, trzęsie na wszystkie strony. To nieodłączna część podróżowania po Nepalu, którą każdy powinien doświadczyć na własnej skórze 😉 Wcześniej jednak kontrola plecaka...no cóż Langtang to w końcu park narodowy i ktoś mógłby chcieć coś nielegalnie zabrać ze sobą...różne przypadki miały miejsce w przeszłości.
 
 

Ciekawostki

• Co dostaje do zabawy małe dziecko na dzień dobry aby nie płakało? ...Telefon
• Co zakłóca przepiękny śpiew ptaków? ...Telewizor a w nim wiadomości
• Co robią miejscowi zgromadzeni przy piecu w kuchni? ...Wpatrzeni w smartfona wertują internet...
• Technologia dotarła już w góry ...
• Jeżeli chcesz zjeść kurczaka u Yolmo (Sherpy) to najpierw musisz znaleźć osobę z grupy Tamang, która go dla Ciebie zabije. Sherpa owszem zje mięso ale życia zwierzęciu nie odbierze. Na szczęście mięso nie jest tu spożywane codziennie.
• Zabijanie zwierząt to nie masowa produkcja mięsa. Jeżeli ktoś planuje zabić np. jaka (bo jest już stary) to najpierw zbiera zamówienie od ludzi z wioski i dopiero jak wie, że będzie mógł sprzedać wszystko, zabija zwierzę. Nie na odwrót!
• A może usługi fryzjerskie? Czemu nie...farbowanie włosów gospodyni w pokoju wspólnym... a ja naiwnie myślałam, że te włosy są naturalnie pielęgnowane

Mimo, iż podczas trekkingu przez dolinę Langtang zrodziły się we mnie mieszane uczucia to niezmiennie jednak kocham Nepal i Nepalczyków. Na pewno wrócę na himalajskie szlaki jeszcze nie raz.

A na koniec zagadka: kto jest na zdjęciu?
 
 
Planujecie trekking w Himalajach i nie wiecie jak się do tego przygotować? Garść praktycznych informacji na ten temat znajdziecie tutaj: Jak przygotować się do wędrówki po himalajskich szlakach? a odpowiedź na pytanie co ze sobą zabrać tu Trekking w Himalajach – co spakować do plecaka?
Wydaje się Wam, że podróż w Himalaje jest niemożliwa? Warto mieć marzenia i w odpowiednim czasie je realizować. Jak to było ze mną? Zapraszam tu Nepal – ziarenko, z którego wyrasta przepiękny owoc.