parallax background

Sumatra – Wśród orangutanów w Gunung Leuser

9 lutego 2020
Z Shivapuri przez Helambu i Gosaikundę do Doliny Langtang
17 stycznia 2020
Sumatra – Wśród Bataków na Pulau Samosir
9 lutego 2020
 
„A może byśmy polecieli na Sumatrę?” proponuję podczas jednego ze spacerów po ulicach Melaki. Nie mamy za bardzo pomysłu na Malezję a za kilka dni jedziemy do Kuala Lumpur więc można by było po drodze zahaczyć o jedną z największych wysp Indonezji. Nie zastanawiając się długo kupujemy bilety lotnicze do Medanu i już po kilka dniach podekscytowani wysiadamy na lotnisku w stolicy Sumatry Północnej. Od razu rzucamy się na głęboką wodę rezygnując z transportu zorganizowanego i wybieramy lokalne środki transportu. Gdzie jedziemy? Do dżungli!

Bukit Lawang na skraju Parku Narodowego Gunung Leuser
Wioska Bukit Lawang położona jest na skraju Gunung Leuser National Park – parku gdzie orangutany huśtają się na drzewach, żyjąc w ich naturalnym środowisku, gdzie gibony śpiewają swoje piosenki, gdzie stada małp przemieszczają się z jednego drzewa na kolejne, waran spokojnym krokiem wychodzi z rzeki, paw wędruje między drzewami a w nocy słychać dźwięki cykad i jeszcze do tego robaczki świętojańskie migoczą swoimi światełkami pomiędzy drzewami. Zatapiając się w melodyjne a zarazem tajemnicze odgłosy dżungli czujemy otaczającą nas przyrodę i harmonię. Jesteśmy tu i teraz posilając się otaczającą nas energią płynącą prosto z natury.
 
 
No to jedziemy… czyli jak dotrzeć z lotniska do wioski lokalnymi środkami transportu
Pierwsze zadanie po wyjściu z lotniska to znaleźć lokalny bus ALS, co okazało się banalne. Wystarczy wyjść z lotniska a kierowca lub jego asystent sam Cię znajdzie 😉 Trzeba jedynie powiedzieć czego się szuka. Po kilku minutach siedzimy w busie i czekamy na … no właśnie nie wiemy czy na godzinę o której bus ma odjechać czy aż się zapełni większą ilością osób. Nie trwa to jednak zbyt długo i w końcu ruszamy do Binjai gdzie czeka nas kolejne zadanie a mianowicie znaleźć mini bus, który zawiezie nas do wioski. I tym razem kierowca znalazł nas zanim zdążyliśmy wyjść z dużego busa. W związku z tym, że jechało jeszcze z nami 4 turystów szybko zgadaliśmy się i wynegocjowaliśmy niższą cenę za transport. Cena i tak zawyżona ale niższa niż proponował kierowca. Po chwili czekania, nasze bagaże lądują na dachu a my w mini vanie wraz z turystami i lokalsami. Otwarte okno zapewnia nam podmuchy wiatru przez ponad dwie godziny jazdy. Jazdy zdecydowanie innej niż po malezyjskich drogach. Czuję, że nasza przygoda się właśnie zaczyna. Tuk tuki, skutery, samochody, klaksony, przydrożne knajpy, dziurawe drogi… jest inaczej, zdecydowanie inaczej.
W końcu wytrzęsieni i przewiani docieramy do Bukit Lawang a tam kolejna niespodzianka. Czeka na nas dwóch mężczyzn na skuterach aby nas zabrać do pensjonatu. Zerkam na nasze plecaki, potem na skuter i jeszcze raz na plecaki… ”Wskakuj” słyszę od chłopaka. „Ale jak? Z plecakiem?” Nawet nie wiedząc kiedy siedzę z plecakiem na skuterze, drugi plecak zabiera kierowca i jedziemy. Sebastian ląduje na drugim skuterze. Pojawia się strach w oczach, podnosi się poziom adrenaliny a my mkniemy po dziurach, pod górkę i z górki, przejeżdżamy wąskimi uliczkami wioski aby w końcu wysiąść przed domkami położonymi nad rzeką. Uff jesteśmy. Dla miejscowych taka jazda na skuterze to pestka… często bowiem na jednym skuterze mieszczą się całe rodziny 😉
 
 
Życie w wiosce
Wioska Bukit Lawang jest zdecydowanie większa niż nam się na początku wydawało. Główna jej część, położona nad rzeką, to miejsce turystyczne gdzie znajdziemy różne pensjonaty. My spaliśmy w trzech miejscach. W każdym z nich warunki były proste ale wystarczające. Łóżko, moskitiera, wentylator i półeczka to podstawowe wyposażenie pokoju… ale czego chcieć więcej? Łazienka z zimną wodą też jest i to nam w zupełności wystarczy aby cieszyć się otaczająca nas naturą. Pierwsze dwa dni przeznaczamy na poznanie okolicy. Spacerując po wiosce spotykamy pana, który ręcznie struga orangutany z drzewa znalezionego w rzece, artystę który piękno dżungli przenosi na płótno, kilka osób robiących ręcznie wisiorki z kokosa oraz panie, które sprzedają owoce i warzywa smażone w cieście na oleju – to słodkie przekąski popularne w Azji. W tej części wioski miejscowi przemieszczają się na skuterze lub dojeżdżają na lokalny targ bardzo popularnym tutaj, tuk tukiem. Ruch samochodów jest tu bowiem zakazany. Większość turystów wpada do Bukit Lawang na jeden dzień aby skorzystać z jedno lub kilkudniowego trekkingu w dżungli. Warto jednak zostać w wiosce dłużej aby lepiej poznać życie mieszkańców, przespacerować się na pobliskie wzgórze gdzie po ostatniej powodzi została przeniesiona mieszkalna część wioski albo iść wzdłuż kanału gdzie również lokalna ludność ma swoje cztery kąty, poobserwować jak wykonują swoje codzienne obowiązki, porozmawiać chwilę z dziećmi, które chętnie zagadują szlifując w ten sposób swój angielski. Nasz pobyt w wiosce niespodziewanie się wydłużył…dlaczego? To się okaże po trekkingu…
 
 
Trekking w dżungli
Każdy kto przyjeżdża do Bukit Lawang chce zobaczyć orangutany. Aby jednak zobaczyć orangutany trzeba wykupić wycieczkę zorganizowaną i udać się na eksplorację dżungli z przewodnikiem. Może to być jedno, dwu, trzy-dniowy trekking albo dłuższy. Dłuższe pobyty w dżungli oznaczają nie tylko konieczność rozkładania namiotu i zdobywanie jedzenia w dżungli ale również możliwość zobaczenia tygrysa. Brzmi interesująco… my jednak decydujemy się na trzydniowy trekking podczas, którego śpimy w namiotach. Ale nie takich tradycyjnych… powiedzmy, że z czterech stron mamy ściany i dach nad głową. Pomiędzy dachem a ścianami jest jednak otwarta przestrzeń… każdy może zajrzeć. Mamy też materac i śpiwór i opiekę przewodnika, który co jakiś czas zagląda nam do namiotu i coś sprawdza, świeci latarką i szuka… nie wiemy czego i chyba nie chcemy wiedzieć.
Nasz przewodnik Eddy od 29 lat zajmuje się prowadzeniem wycieczek przez dżunglę. Zna każdą ścieżkę a dżungla to jego życie. I mimo, iż oprócz bycia przewodnikiem ma wiele innych obowiązków to mówi, że najbardziej lubi spędzać czas w lesie deszczowym. Opowiada nam o orangutanach i roślinach, które leczą i które lokalna ludność stosuje w czasie choroby, pokazuje różne ciekawostki. Wieczory spędzamy w obozach położonych nad rzeką. W pierwszym obozie poznajemy kucharza Ameta, który uwielbia gotować. Kolacja podana o 19:00 jest niczym innym jak romantyczną kolacją przy świecach. Słońce już zaszło, nastała ciemność i jedynie blask świec oświetla obóz. Wokół panuje cisza i tylko las wydaje coraz więcej interesujących dźwięków.
 
 
W czasie naszej wędrówki po lesie deszczowym spotykamy kilka samic orangutanek ze swoimi dziećmi, kilka nastolatek oraz Minę, która utraciła swoje dzieci i czasem ugryzie przewodnika oraz bardzo przyjacielsko nastawioną Jackie, która zanim urodziła swoje dzieci potrafiła przytulić się do turystki i trzymać w objęciach nawet pół godziny. Wędrówkę umilają nam gibony śpiewające w oddali oraz paw, który niespodziewanie podchodzi do nas podczas lunchu. Posiłek spożywamy w wyznaczonym miejscu postojowym pomiędzy drzewami, gdzie obserwujemy olbrzymie mrówki. Och i gdyby tylko nie turyści, którzy mają potrzebę przeprowadzania ciągłych rozmów i opowiadania każdemu od początku swojej historii podróży… dlaczego ludzie nie mogą pobyć w ciszy? To jest minus eksplorowania dżungli w grupie… rozkoszujmy się dźwiękami dżungli zamiast ciągle trajkotać…
 
 
Na szczęście w drugim dniu rozdzielamy się i my wraz z przewodnikiem i jeszcze jednym chłopakiem idziemy do obozu drugiego. Poranek drugi to przepiękny spektakl w wykonaniu zwierząt. Od rana całe stada małp skaczą po drzewach. Jedna niespodziewanie kradnie ostatnie ciastko z naszego „stołu” a potem siedząc na kamieniu i patrząc na mnie zjada to ciastko… małpy są szybkie i wystarczy chwila nieuwagi aby coś podkradły (najczęściej owoce). Niespodziewanie zza drzew wyłaniają się orangutany a po chwili waran wolno wychodzi z rzeki i w ten sposób na jednym obrazku mamy małpy, orangutany i warana. Przepiękny to jest poranek a magię chwili podkręca szum niewielkiego wodospadu. I przewodnik poczuł się chyba swobodniej bo zaczął nas prowadzić mniej uczęszczanymi ścieżk