9 marca wyjeżdżamy z Mũi Né. Korona dotarła już do Polski. Jak dotąd byłam spokojna a wirus nie zakłócał naszej podróży. Coś jednak „pękło” w tym dniu. Pojawiło się dziwne uczucie w ciele, którego nie rozumiałam. Nagle na telefonie zaczęłam dostawać powiadomienia o sytuacji w Polsce, w Europie. Do tej pory żadnych powiadomień nie było. A tu nagle informacje posypały się z każdej strony. Napięcie w ciele narastało wraz ze zbliżaniem się do Đà Lạt. Do tej pory nie zauważyłam zmiany w naszym otoczeniu w Wietnamie. Ludzie maseczki noszą od dawna. Zresztą maseczki w Azji to norma. Wielu ludzi je nosi ze względu na duże zanieczyszczenie środowiska.
Naszym następnym przystankiem po Mũi Né jest Đà Lạt. Zamieniamy gorące wybrzeże na góry. Zanim jednak dotrzemy do Đà Lạt, w połowie drogi, zatrzymujemy się na nocleg w Tà Hine Café & Homestay aby zobaczyć wodospady znajdujące w okolicy. W miasteczku i wioskach życie toczy się normalnie. Kupujemy owoce, ciasteczka, jemy zupę w wegetariańskiej knajpie. Jesteśmy obsługiwani z uśmiechem. Nic nie wskazuje na zmianę, którą jednak czuję w powietrzu...

Co wisi w powietrzu? Rozejrzyjmy się!
Thác Bảo Đại
Gęste chmury zbierają się na niebie kiedy podążamy w kierunku wodospadu Bảo Đại. Mrok i tajemnicza atmosfera otaczają wjazd na teren kompleksu. Mijamy opustoszałą budkę, w której kiedyś były sprzedawane bilety. Wjeżdżamy na parking. Ogród jest zadbany. Słyszymy jak ktoś podlewa rośliny… jednak nie jest to miejsce opuszczone, mimo iż na pierwszy rzut oka tak wygląda. Kamienie ustawione pośrodku ogrodu wyglądem przypominają Stonehenge, tylko w wersji mini. Mijamy je i schodzimy po kamiennych schodach wokół których rosną ogromne drzewa z kilkoma rozbudowanymi pniami wyrastającymi z jednego korzenia. Rozglądamy się za wodospadem… Wodospadem, którego nie ma bo nie ma spływającej wody. Jest tylko skała, jezioro, kilka śmieci w wodzie, które niestety są niechlubną wizytówką Wietnamu. Cisza przerywana jest przyjemnym ćwierkotem ptaków i cykaniem cykad. Jest tajemniczo. W tym dniu mamy pełnię Księżyca w Pannie. Czuję, że coś się dzieje… a delikatny niepokój w ciele się nasila. Czym jest spowodowany? Nie wiem ale mam ochotę stąd uciec … gdzie? Jak najdalej. Ale gdzie się ukryć i przed czym? Przecież najbezpieczniej jest tu wśród natury. A może byśmy zajrzeli do świątyni buddyjskiej? W tym momencie dostaję smsa po wietnamsku, wrzucam do tłumacza… to instrukcja jak dbać o higienę aby ustrzec się wirusa. To pierwszy taki sms i nie ostatni.

W gąszczu pni, konarów, gałęzi schodzimy do wodospadu

Wodospadu, którego nie ma...
Buddyjska świątynia Phương Liên Tịnh Xứ Chùa Đại Ninh
Wieczorem, zachęceni przez gospodarza homestaya w którym się zatrzymaliśmy, udajemy się do buddyjskiej świątyni Phương Liên Tịnh Xứ Chùa Đại Ninh. Podświetlony budynek robi wrażenie. Na drzwiach wisi kartka. Nie zwracamy jednak na nią uwagi bo tekst jest napisany tylko w języku wietnamskim. Mnisi strzegący wejścia mówią nam, że świątynia jest już zamknięta. Myśleliśmy, że to ze względu na późną porę. Możemy jednak wejść na teren kompleksu. Czuję spokój, harmonię, wszystko jest dobrze… wrócimy tu jutro na dłużej … I wracamy … Drzwi jednak są zamknięte. Dowiadujemy się, że to z powodu „obecnej sytuacji” wstęp na teren świątyni jest zabroniony. Coś pękło. Coś się dzieje jeśli już nawet buddyjskie świątynie są zamykane.

Kamienie pośrodku kompleksu wprawiają w osłupienie

Burzowa aura i sentymetalna muzyka w homestay "dobija" jeszcze bardziej
Khu Du Lịch Thác Pongour
W okolicy znajduje się jeszcze jeden wodospad. Tu również został stworzony cały kompleks, w którym znajduje się ogród, kawiarnie, toalety i główna atrakcja czyli wodospad Pongour Falls. To kilkuwarstwowy, szeroki wodospad położony jakby w kanionie. U jego szczytu znajduje się statuetka bogini. Otoczony jest zielonymi drzewami między którymi płynie rzeka. Siadamy na skale bezpośrednio przed strumieniami spływającej wody. Przyjemny szum wodospadu zagłusza myśli, lekka bryza muska ciało, które rozgrzewają promienie słońca, aż pot z pleców spływa 😉 Ach jak przyjemnie. Bezchmurne niebo rozjaśniło mrok panujący w dniu wczorajszym i na chwilę zapominam o tym czymś co wisi w powietrzu. Kiedy słońce pali w twarz i zbiera się grupa (nielicznych już) turystów, przenosimy się w bardziej odległe miejsce gdzie woda płynie wąskim strumykiem. Siedząc na kamieniu moczymy stópki. I tak w ciszy, skupieni na przepływającej wodzie ukoiliśmy swoje zmysły.

Woda ze spływającego wodospadu Pongour delikatnie muska twarz

A woda w strumyku koi i uspokaja
Nie jedźcie tam!
Homestay, w którym spędzamy noc położony jest nad jeziorem. Jest to bardzo przyjemne miejsce z ogrodem i salą do jogi. Ćwierkot ptaków zagłusza jednak sentymentalna muzyka o niespełnionej miłości w czasie wojny, którą na okrągło słuchają gospodarze obiektu. Na dłuższą metę bardzo przytłaczająca. Zwłaszcza w tym czasie, czasie kiedy COŚ wisi w powietrzu. Dlatego nie zostajemy tu dłużej i po południu kolejnego dnia wyruszamy do Đà Lạt. Nad niebem pojawią się ponownie ciemne chmury. Jakby coś chciało nas zatrzymać i krzyknąć „Nie jedźcie tam!”
Po przejechaniu kilkunastu kilometrów zaczyna padać a po chwili lać. Zatrzymujemy się i czekamy. Wyciągam pelerynę. W strugach deszczu biegnę po bánh tiêu (słodkie bułeczki z sezamem) do schowanej pod dużym parasolem uśmiechniętej Wietnamki nie zrażonej ulewą. Siadamy w kawiarni Milano i popijając wietnamską Cà Phê Đà czekamy aż przestanie lać. Na ulicy strugi wody spływają obficie tworząc prawie powódź. Po ponad dwóch godzinach wypogadza się, ulice w mgnieniu oka schną i nie ma śladu po ulewie. Wskakujemy na Asjatkę i ciśniemy do Đà Lạt. Niewiele pamiętam z tej drogi. Cały czas śpiewałam mantrę ochronną Aad Guray Nameh. Mantrę, która chroni i przyciąga wsparcie, pozytywnych i pomocnych ludzi. Chyba już podświadomie czułam, że tego właśnie w tym czasie będziemy potrzebować.

Ulewa zalewa ulice ale pani z bánh tiêu wytrwale siedzi przy swojej budce... idę po bułeczkę

Mam! Dwie sztuki bánh tiêu do kawy
W ciemno w „ciemność”
Ruch na ulicy był duży. Zewsząd pojawiały się skutery, samochody, wokół panowała aura grozy. W powietrzu unosiła się ciężka, gęsta energia. Jeszcze bardziej się zachmurzyło, zbliżał się zachód słońca. A my nie mieliśmy zarezerwowanego noclegu. Jechaliśmy w ciemno w „ciemność”. Podjechaliśmy pod jeden z wybranych przez nas wcześniej pensjonatów – „AT House”. Na booking.com wciąż widniało kilka wolnych pokoi. Brama jednak była zamknięta. Po chwili od dziewczyny w maseczce dowiedzieliśmy się, że nie ma wolnych pokoi. Do tej pory nikt nie nosił maseczki w miejscach noclegowych… Coś jednak się dzieje… Szybko szukamy innego noclegu na booking.com, rezerwujemy od razu i kiedy dostajemy potwierdzenie natychmiast tam jedziemy. Sympatyczni właściciele Dang Nguyen Guesthouse witają nas z uśmiechem i od razu zaskakują pytaniem prosto z mostu „Do you have coronavirus?”. Jestem tak zaskoczona, że tylko kiwam głową, że nie i wtedy dostaję odpowiedź na nurtujące mnie pytanie: „Co wisi w powietrzu?”

Đà Lạt w objęciach ciemności
STRACH!!! Tak, to strach ogarnął Đà Lạt i cały Wietnam. To w tych dniach wirus wrócił jak bumerang do kraju, w którym od 12 lutego nie pojawił się żaden nowy przypadek a wszystkie wcześniej wykryte zostały wyleczone. Wraz z przybyciem do Đà Lạt zmieniła się nasza rzeczywistość, sposób podróżowania, kontakt z ludźmi... W ciągu jednego dnia zmieniło się wszystko! STRACH przejął kontrolę nad ludźmi!
Czas zadbać o siebie … o swoją WEWNĘTRZNĄ RÓWNOWAGĘ … na co czasu w Đà Lạt będziemy mieć dużo… nadspodziewanie dużo …
Jesteście ciekawi jak wygląda życie w Wietnamie, oczami turystów, kiedy to "coś" wisi w powietrzu? Ta historia ma ciąg dalszy TU.
A może interesuje Was jak zadbać o wewnętrzną równowagę? Na to też jest sposób... TU.
1 kwietnia 2020, Wietnam, Đà Lạt, Hoang Gia Trang, The Rustic Garden

Gdzie zadbać swoją wewnętrzną równowagę? Może w lesie...





