parallax background

Blaski i cienie czyli pierwsze chwile w Wietnamie

13 kwietnia 2020
Na dachu Da Lat czyli Lang Biang Peak
9 kwietnia 2020
Beztroskie chwile w Mui Ne
13 kwietnia 2020
 
Pierwsze chwile na Asjatce
Czas ruszyć w drogę! Z Ho Chi Minh City wyjeżdżamy 3 marca 2020 o 5:00 rano. 2 duże plecaki przymocowane do bagażnika z tyłu motocykla i my w roli głównej czyli Sebastian i Basia. Po 8 miesiącach w Azji ruszamy na podbój Wietnamu, z południa na północ, na kupionym od sympatycznej pary Niemców motocyklu, ochrzczonym przez nas imieniem „Asjatka”. Z dużą dawką optymizmu, spragnieni kolejnych przygód, otwarci na wszystko co nas może spotkać … no właśnie … czyli wielką niewiadomą, opuszczamy Sai Gon jeszcze przed wschodem słońca. Dlaczego tak wcześnie? Aby uniknąć sajgonu na drodze w tym przepełnionym skuterami szalonym mieście.
Gotowi do drogi … start! „O ja Cię kręcę co się dzieje? Zsiadam!!!” To ja decyduję się zsiąść z motocykla już po kilku pierwszych metrach. Kierownica lata z jednej strony na drugą. Sebastian nie potrafi utrzymać równowagi. Zsiadam natychmiast i mówię „Najpierw zacznij sam, zapanuj nad tym pojazdem i wróć po mnie”. I kiedy Sebastian robi rundkę po mieście moje myśli z szybkością błyskawicy obmyślają alternatywny plan... „plecaki są za ciężkie… co zostawić?… gdzie zostawić?... po 3 miesiącach wrócimy tu po rzeczy?…” I z tego zamyślenia wyrywa mnie głos Sebastiana „Wskakuj”. Niepewnie siadam po raz drugi na Asjatkę i … i jedziemy! Naprawdę jedziemy! Nie ruszam się aby nie zaburzyć równowagi pojazdu i w ten sposób dojeżdżamy do doków na rzece Dong Nai. Na drugą stronę przepływamy promem Cat Lai Ferry, który działa 24/h. A potem to już „z górki”, prosto nad morze.
 
 
Śniadanie na trasie
Na trasie do Ba Ria znajdują się dziesiątki przydrożnych kiosków, które sprzedają Bánh bao 69 – puszyste kluski z mąki ryżowej przygotowane na parze i faszerowane … no właśnie … pieczarkami, jajkiem i mięsem wieprzowym. Bardzo je chcemy spróbować ale w wersji bezmięsnej. Zatrzymujemy się kilka razy pytając o „chay” czyli wersję wegetariańską ale bez sukcesu. W jednym z punktów znaleźliśmy kolorowe buchty: zielone, fioletowe ale nie były jeszcze gotowe. Nie poddajemy się jednak i zatrzymujemy przy kolejnym kiosku. Przedsiębiorcza młoda kobieta szybko zrozumiała, że chcemy buchty bez mięsa, zaprosiła nas do stolika a sama w tym czasie wskoczyła na skuter, podjechała do kolejnego punktu i wróciła z kolorowymi, jeszcze ciepłymi kluskami, faszerowanymi kokosem. Da się? Da się… nawet jeśli sympatyczna sprzedawczyni kompletnie nie rozumie po angielsku. 😊
 
 
Ca phe nóng w Ba Ria
W Ba Ria pierwotnie planowaliśmy się zatrzymać na nocleg. Odcinek z HCMC do tego ładnego, pełnego alejek z kwitnącymi drzewami, miasteczka przejechaliśmy bezproblemowo i całkiem sprawnie dlatego w Ba Ria robimy sobie tylko przerwę na kawę w przyjemnej kawiarni Coffee Danh Phat. To moje pierwsze dni w Wietnamie i pierwsze degustacje wietnamskiej kawy. Zamawiam gorącą ca phe nóng. Kawa jest parzona w tradycyjnym wietnamskim zaparzaczu „phin”. Podawana jest do stolika w trakcie parzenia, co sprawia, że moja ciekawość wzrasta wraz z każdą kroplą spadającą prosto do filiżanki… Krople powinny spadać nie za szybko, nie za wolno aby wydobyć pełny aromat napoju… Zaglądam do zaparzacza po kilku minutach. Jest pusty. Czyli nadszedł czas degustacji… biorę mały łyk, potem kolejny i … kawa jest przepyszna - czarna, gęsta, aromatyczna, bez cukru i bez smaku goryczki. Wow! W tym momencie kawa wietnamska staje się moją ulubioną kawą… Lubię Wietnam 😉
 
 
Skrajności w La Gi
Pierwszą noc na trasie postanawiamy spędzić w La Gi. Zatrzymujemy się w hotelu Tan Phu położonym w centrum miasteczka. Duże, jasne i czyste pokoje oraz bardzo sympatyczni właściciele robią na nas bardzo pozytywne wrażenie. Po szybkim rozpakowaniu bagaży wychodzimy na spacer, niczego nie oczekując. Po kilkunastu metrach od hotelu skręcamy w lewo i wchodzimy na przystań
 
 
„Wow, ale ładnie i kolorowo!!!” To nasze pierwsze wrażenie. Wracamy po aparat. Przystań pełna jest kolorowych łodzi, niektóre przygotowywane są do wypłynięcia na połów. Rozdrobniony lód wrzucany jest do worków i pojemników znajdujących się na łodzi. Pomiędzy brzegiem a łodziami kursują wodne taksówki. Ich operatorzy (zarówno mężczyźni jak i kobiety) wiosłują nogami… jak na rowerze. Zaczynają się wygłupiać, pozować do zdjęć i z uśmiechem zapraszać na pokład. Podbiegają do nas dzieci z latawcem. Zagadują, uśmiechają się, pozują do zdjęć i zachęcają do zjedzenia wraz z nimi banh mi – bagietki przygotowywanej i sprzedawanej przez kobietę bezpośrednio na nabrzeżu. Śmiejemy się, jemy i w końcu żegnamy się z chłopakami i idziemy dalej. Jeszcze kieliszek lokalnego alkoholu z miejscowymi (na szczęście zaproszony został tylko Sebastian) …