Pierwsze chwile na Asjatce
Czas ruszyć w drogę! Z Ho Chi Minh City wyjeżdżamy 3 marca 2020 o 5:00 rano. 2 duże plecaki przymocowane do bagażnika z tyłu motocykla i my w roli głównej czyli Sebastian i Basia. Po 8 miesiącach w Azji ruszamy na podbój Wietnamu, z południa na północ, na kupionym od sympatycznej pary Niemców motocyklu, ochrzczonym przez nas imieniem „Asjatka”. Z dużą dawką optymizmu, spragnieni kolejnych przygód, otwarci na wszystko co nas może spotkać … no właśnie … czyli wielką niewiadomą, opuszczamy Sai Gon jeszcze przed wschodem słońca. Dlaczego tak wcześnie? Aby uniknąć sajgonu na drodze w tym przepełnionym skuterami szalonym mieście.
Gotowi do drogi … start! „O ja Cię kręcę co się dzieje? Zsiadam!!!” To ja decyduję się zsiąść z motocykla już po kilku pierwszych metrach. Kierownica lata z jednej strony na drugą. Sebastian nie potrafi utrzymać równowagi. Zsiadam natychmiast i mówię „Najpierw zacznij sam, zapanuj nad tym pojazdem i wróć po mnie”. I kiedy Sebastian robi rundkę po mieście moje myśli z szybkością błyskawicy obmyślają alternatywny plan... „plecaki są za ciężkie… co zostawić?… gdzie zostawić?... po 3 miesiącach wrócimy tu po rzeczy?…” I z tego zamyślenia wyrywa mnie głos Sebastiana „Wskakuj”. Niepewnie siadam po raz drugi na Asjatkę i … i jedziemy! Naprawdę jedziemy! Nie ruszam się aby nie zaburzyć równowagi pojazdu i w ten sposób dojeżdżamy do doków na rzece Dong Nai. Na drugą stronę przepływamy promem Cat Lai Ferry, który działa 24/h. A potem to już „z górki”, prosto nad morze.

Na promie ... Pierwszy odcinek za nami ... Wyjeżdżamy z Sajgonu

Kiosk z banh bao 69 z przedsiębiorczą właścicielką
Śniadanie na trasie
Na trasie do Ba Ria znajdują się dziesiątki przydrożnych kiosków, które sprzedają Bánh bao 69 – puszyste kluski z mąki ryżowej przygotowane na parze i faszerowane … no właśnie … pieczarkami, jajkiem i mięsem wieprzowym. Bardzo je chcemy spróbować ale w wersji bezmięsnej. Zatrzymujemy się kilka razy pytając o „chay” czyli wersję wegetariańską ale bez sukcesu. W jednym z punktów znaleźliśmy kolorowe buchty: zielone, fioletowe ale nie były jeszcze gotowe. Nie poddajemy się jednak i zatrzymujemy przy kolejnym kiosku. Przedsiębiorcza młoda kobieta szybko zrozumiała, że chcemy buchty bez mięsa, zaprosiła nas do stolika a sama w tym czasie wskoczyła na skuter, podjechała do kolejnego punktu i wróciła z kolorowymi, jeszcze ciepłymi kluskami, faszerowanymi kokosem. Da się? Da się… nawet jeśli sympatyczna sprzedawczyni kompletnie nie rozumie po angielsku. 😊

Kokosowe bánh bao chay

Bánh Tráng Nướng czyli wietnamska pizza
Ca phe nóng w Ba Ria
W Ba Ria pierwotnie planowaliśmy się zatrzymać na nocleg. Odcinek z HCMC do tego ładnego, pełnego alejek z kwitnącymi drzewami, miasteczka przejechaliśmy bezproblemowo i całkiem sprawnie dlatego w Ba Ria robimy sobie tylko przerwę na kawę w przyjemnej kawiarni Coffee Danh Phat. To moje pierwsze dni w Wietnamie i pierwsze degustacje wietnamskiej kawy. Zamawiam gorącą ca phe nóng. Kawa jest parzona w tradycyjnym wietnamskim zaparzaczu „phin”. Podawana jest do stolika w trakcie parzenia, co sprawia, że moja ciekawość wzrasta wraz z każdą kroplą spadającą prosto do filiżanki… Krople powinny spadać nie za szybko, nie za wolno aby wydobyć pełny aromat napoju… Zaglądam do zaparzacza po kilku minutach. Jest pusty. Czyli nadszedł czas degustacji… biorę mały łyk, potem kolejny i … kawa jest przepyszna - czarna, gęsta, aromatyczna, bez cukru i bez smaku goryczki. Wow! W tym momencie kawa wietnamska staje się moją ulubioną kawą… Lubię Wietnam 😉

Parzy się... czekam z zaciekawieniem ...

Jest! Czas na degustację ...
Skrajności w La Gi
Pierwszą noc na trasie postanawiamy spędzić w La Gi. Zatrzymujemy się w hotelu Tan Phu położonym w centrum miasteczka. Duże, jasne i czyste pokoje oraz bardzo sympatyczni właściciele robią na nas bardzo pozytywne wrażenie. Po szybkim rozpakowaniu bagaży wychodzimy na spacer, niczego nie oczekując. Po kilkunastu metrach od hotelu skręcamy w lewo i wchodzimy na przystań…

Kolorowa przystań w La Gi

Uśmiechnięty Wietnamczyk pozuje do zdjęcia i zaprasza na pokład

Taksówki kursują pomiędzy przystanią a łodziami

Patrzcie jakie to proste ... jak jazda na rowerze... tylko zamiast dwoma nogami mogę pedałować jedną
„Wow, ale ładnie i kolorowo!!!” To nasze pierwsze wrażenie. Wracamy po aparat. Przystań pełna jest kolorowych łodzi, niektóre przygotowywane są do wypłynięcia na połów. Rozdrobniony lód wrzucany jest do worków i pojemników znajdujących się na łodzi. Pomiędzy brzegiem a łodziami kursują wodne taksówki. Ich operatorzy (zarówno mężczyźni jak i kobiety) wiosłują nogami… jak na rowerze. Zaczynają się wygłupiać, pozować do zdjęć i z uśmiechem zapraszać na pokład. Podbiegają do nas dzieci z latawcem. Zagadują, uśmiechają się, pozują do zdjęć i zachęcają do zjedzenia wraz z nimi banh mi – bagietki przygotowywanej i sprzedawanej przez kobietę bezpośrednio na nabrzeżu. Śmiejemy się, jemy i w końcu żegnamy się z chłopakami i idziemy dalej. Jeszcze kieliszek lokalnego alkoholu z miejscowymi (na szczęście zaproszony został tylko Sebastian) …

Bánh mì przygotowywane i serwowane na przystani

Chodź, chodź na jednego ...

Dzieci z latawcem
I … „Uff, ale syf i smród !!!” To nasze drugie wrażenie. Niestety. Śmieci walają się wszędzie. Jak ludzie mogą żyć w takim syfie? Dla nas to jest nie do pojęcia. Negatywne odczucia nasilają się jeszcze bardziej po spacerze nad rzeką, nad którą również mieszkają ludzie. Mieszkają otoczeni śmieciami, plastikiem, w rozchodzącym się w powietrzu nieprzyjemnym zapachu… Mniej więcej w połowie drogi kiedy już mam dość tego „spaceru” podbiega do nas dziewczynka, z zapałem coś do mnie mówi i przytula się … potem ktoś uprzejmie zagaduje, sympatyczne kobiety serwują nam sok z awokado… Ludzie są przemili… W tym dniu wpadamy z skrajności w skrajność… od zachwytu i radości po smutek i złość. Jak tak sympatyczni ludzie mogą nie dbać o środowisko w którym żyją??? To pytanie pojawi się jeszcze nie raz podczas naszej podróży po pięknym i zaśmieconym Wietnamie.

Druga strona Wietnamu

Nieodłączny element krajobrazu ... śmieci
„Eureka” i kilka słów o wegetarianizmie w podróży
Być wegetarianinem w Azji to wyzwanie. Malezja, Indonezja, Mjanma a nawet Tajlandia i Wietnam to kraje w których na stole króluje mięso i ryby. Pierwsze wyjście „na miasto”, pierwsze spojrzenie w menu czy do „garnków” na street food za każdym razem kończy się tak samo. Czyli „łatwo nie będzie”. Nauka takich słów jak „bez mięsa”, „bez ryb”, „tylko warzywa” to podstawa, przynajmniej dla nas. Kiedy już wiemy jak wygląda sytuacja w danym kraju, przechodzimy do drugiego etapu. Szukamy punktów wege lub próbujemy zamówić coś bez mięsnych i rybnych dodatków. Jeśli sprzedawca mówi po angielsku to nie mam większego z tym problemu ale jeśli nie to … zaczyna się zabawa … która na początku nam sprawiała przyjemność, potem zaczęła lekko irytować aby w końcu doprowadzić do wybuchu… I z takim ładunkiem wybuchowym przemierzałam pierwsze kilometry wietnamskich dróg… „Jak można do wszystkich warzyw wrzucić mięso?” To pytanie dręczyło mnie pół dnia po tym jak w jednej z typowych lokalnych restauracji chcieliśmy zjeść coś na obiad. Kiedy w końcu pani zrozumiała o co nam chodzi i pokazała, że wege jest tylko tofu to z niedowierzaniem zerkałam na 10 innych potraw w których były warzywa ale też i mięso. Jak to jest możliwe? Czy ludzie muszą codziennie jeść mięso? Czy musi być ono w każdej potrawie? Z niedowierzaniem patrzyłam na tradycyjne dania każdego z odwiedzonych krajów i jestem przerażona ilością spożywanego na świecie mięsa i ryb …
Tak też było na początku w Wietnamie. BYŁO aż do momentu kiedy odkryliśmy restauracje „CHAY” czyli restauracje wegetariańskie! Na szczęście nastąpiło to szybko bo, nieświadomi jeszcze nazwy, już w HCMC trafiliśmy do takich knajpek a potem, już świadomie, w Phan Thiet. Od tego momentu nawet się nie wysilamy tłumaczyć, że chcemy „chay” tylko od razu idziemy do wege restauracji i mamy pewność, że zjemy smaczne wegetariańskie jedzonko. Jeśli nie ma knajpki to „staję na rzęsach” (jak to określił Sebastian) i za pomocą słowa „chay” lub (jeśli mój akcent nie jest zrozumiały) tłumacza google wyjaśniam co chcę zjeść, zazwyczaj z sukcesem 😊 Wietnam zdecydowanie jest krajem w którym z powodzeniem można być wegetarianinem i jak na razie pod względem różnorodności dań, ilości warzyw i owoców zajmuje pierwsze miejsce na mojej liście kuchennych azjatyckich smaków.
I tak w Phan Thiet po raz pierwszy świadomie trafiamy do restauracji „chay”. Szczęśliwi, że łatwo poszło jemy wegetariański posiłek i z nowym zapałem ruszamy odkrywać kulinarną stronę Wietnamu! (ale o tym może w innym poście bo to temat rzeka…)
Stołujemy się głównie w lokalnych knajpkach i punktach i tego też dotyczy ten tekst. Zapewne w restauracjach dla "turystów" danie wegetariańskie są dostępne ale nam nie o to chodzi w podróży aby jeść azjatyckie dania podawane w stylu zachodnim.

Phở chay

Bánh cuốn nóng & Đậu bắp luộc

Pierwszy posiłek w Sai Gon ... i pierwszy zachwyt ... wow, ile zieleniny!?

Đậu hủ sốt cà

Zestaw z ryżem i mini zupką w Phan Thiet

Bì cuốn chay

Bánh xèo chay





