parallax background

Na dachu Da Lat czyli Lang Biang Peak

9 kwietnia 2020
Górska perełka Bali – wędrówka na Gunung Abang
9 kwietnia 2020
Blaski i cienie czyli pierwsze chwile w Wietnamie
13 kwietnia 2020
 
Pasmo górskie Lang Biang położone jest w prowincji Lam Dong na płaskowyżu Lang Biang, którego stolicą jest Da Lat. Płaskowyż znajduje się na wyżynie Lam Vien. Najwyższe szczyty tego obszaru to Bidoup Ban (2,287m) oraz nasz cel Lang Biang (2167 m).
Lang Biang znany wśród miłośników DaLat ma 3 szczyty:
• Stacja Radarowa (1929 m) – popularne miejsce turystyczne, do którego można dotrzeć jeepem po asfaltowej drodze,
• Lang Biang Peak (2167m) – na który prowadzi przyjemny, lekko wymagający szlak trekkingowy,
• Ông Peak – najmniej znany ze wszystkich szczytów.
Takiego szczytu jak Lang Biang nie mogło więc zabraknąć wśród odwiedzonych przez nas miejsc. Zdobywanie szczytów górskich to nasza specjalność i moja ulubiona forma aktywności sportowej. Postanowiliśmy dotrzeć na szczyt na własną rękę (co też jest naszą specjalnością) tym bardziej, że przewodnik nie jest wymagany a stopień trudności szlaku niezbyt wymagający (jak dla nas). Ruszamy więc na podbój Lang Biang.
 
 
Gdzie zacząć i jak dojechać?
Wejście do Parku Narodowego znajduje się 12 km od centrum Da Lat. Można do niego dotrzeć na kilka sposobów:
lokalnym autobusem numer 5, który co godzinę odjeżdża z dworca autobusowego lub z rynku w DaLat (czas przejazdu 30-45 minut),
taksówką, którą dojechać na miejsce można w około 20-30 minut,
motocyklem – z Rustic Garden gdzie „mieszkamy” dojazd zajmuje około 40 minut. Na miejscu należy uiścić opłatę za parking (przed sklepem) w wysokości 10000 VND/dzień.
Na miejsce docieramy o godzinie 9:00 oczywiście na naszej Asjatce, która wytrwale wozi nas po wietnamskich drogach. Parkujemy przed wejściem do parku w miejscu wskazanym przez poborcę opłat. Woda, odpowiednie buty, kurtka przeciwdeszczowa i aplikacja Wiki Loc to nasze wyposażenie na trekking. Z małym plecakiem i dużym uśmiechem na ustach ruszamy na szlak.
 
 
Obok bramy wejściowej do parku, z prawej strony, jest wąska ścieżka. Nie interesuje nas wjazd jeepem do punktu widokowego więc od razu udajemy się na ścieżkę. Mijamy kilka domów, skręcamy w prawo i po lewej stronie pojawia się znak aby kontynuować wędrówkę w górę, ścieżką między plantacjami kawy. Wokół nas malowniczo położone ogródki tworzą sielankowy widok, przyjemny dla oka.
 
 
Po około 20 minutach wchodzimy do lasu sosnowego. Stopniowo pniemy się pod górę. Rozkoszujemy się zapachem drzew. Jesteśmy sami na szlaku. Spotykamy tylko 2 osoby, które już idą w przeciwnym kierunku. Wyraźna, dobrze oznaczona ścieżka poprowadzona została pomiędzy drzewami. Nie spiesząc się za bardzo docieramy do asfaltowej drogi zwracając uwagę na tablicę informującą, iż ze względów bezpieczeństwa nie zaleca się chodzenia tą trasą po godzinie 15:00.
 
 
Na skrzyżowaniu z drogą asfaltową chwilę zastanawiamy się którędy dalej.. Na wprost jest wejście na szlak, który następnie skręca w prawo aby ponownie dotrzeć do asfaltu. Po drugiej stronie jezdni jest kilka znaków i budka w której jest/była pobierana opłata za wstęp do parku. W dniu w którym my podążamy na szczyt (a jest to czas szczególny bo marzec 2020) budka świeci pustkami a w okolicy nikogo nie ma. Wchodzimy więc za darmo i ciśniemy dalej przed siebie, przez las sosnowy.
 
 
Szeroka ścieżka robi się coraz węższa aby po jakimś czasie zamienić się w typowy, górski szlak. Pojawiają się drzewa liściaste tworząc gęsty tropikalny las. Las wygląda jak dżungla, nawet podobne dźwięki dobiegają do naszych uszu. Zza bujnej roślinności wyłania się nasz cel…Lang Biang. Ooo! Jaki on wysoki?! Ostatni odcinek to strome podejście. Warto jednak wykrzesać z siebie jeszcze trochę energii i stanąć na szczycie Lang Biang, z którego rozpościera się panoramiczny widok na Da Lat, plantacje i szklarnie licznie pokrywające okoliczne pola.
 
 
Z drugiej strony jest las, przepiękny, zielony … aż by się chciało zejść w tym kierunku. Nie podejmujemy jednak tego wyzwania. Godzinę wygrzewamy się na słoneczku, leżąc na trawie, po czym wracamy tą samą drogą, tym razem z kilkoma przystankami bo las jest tak cudny, że aż trudno przejść obok leżącego pnia i na nim nie usiąść. Siadamy więc co chwilę na pniu, opieramy się o drzewa i maksymalnie opóźniamy powrót do miasta. Po 5,5 godzinach wracamy do miasta mając za sobą 10 km przyjemnego, relaksującego i delikatnie wymagającego trekkingu. Uśmiechnięci i zadowoleni pędzimy na Asjatce na zasłużony obiad.