parallax background

Sumatra – Wśród Bataków na Pulau Samosir

9 lutego 2020
Sumatra – Wśród orangutanów w Gunung Leuser
9 lutego 2020
Sumatra – Relaks na Pulau Weh
9 lutego 2020
 
Zakończylismy nasz niespodziewanie długi bo aż dwutygodniowy pobyt w wiosce Bukit Lawang na skraju dżungli i jedziemy na Pulau Samosir czyli wyspę położoną na wyspie i otoczoną malowniczym jeziorem Toba. Geneza powstania jeziora sięga wybuchu super wulkanu a sama wyspa w przeszłości zamieszkiwana była przez ludożerców. Obecnie, na szczęście, kanibali na próżno tutaj szukać, a na każdym kroku serdecznie witają nas ludzie z plemienia Batak. I to właśnie z nimi chcemy się spotkać. Ale nie w turystycznej części wyspy! W autentycznej wiosce w której życie wciąż wygląda tak jak 100 lat temu, gdzie pieniądze potrzebne są tylko po to aby zapłacić za prąd i gdzie nadal funkcjonuje wymiana barterowa, a ludzie wraz ze swoimi zwierzętami żyją pod jednym dachem. Czy nam się uda?
 
 
Optymistycznie aktywny początek
Tym razem zrezygnowaliśmy z lokalnych środków transportu bo aby z Bukit Lawang dostać się w ten sposób do Parapat, skąd odpływa prom na wyspę, potrzebowalibyśmy kilkunastu albo nawet kilkudziesięciu godzin. Wykupiliśmy więc przejazd u gospodarza pensjonatu w którym spaliśmy i w ten sposób dostaliśmy się do Parapat po prawie 8 godzinach jazdy jeepem. W Parapat wyskoczyliśmy na targ znajdujący się przy przystani aby zaopatrzyć się w owoce a następnie wskoczyliśmy na prom płynący do miejscowości Tuk Tuk.
Tuk Tuk…no cóż… mnie nie zachwycił, odniosłam wrażenie, że lata świetności ma już za sobą a budynki i atmosfera przypominały mi PRL-owskie kurorty. Część resortów w ogóle była zamknięta, a turystów niewielu. Albo bum na Samosir już minął albo jeszcze się nie rozpoczął…?
Pierwszy poranek rozpoczynam od biegania naokoło miasteczka. Na rogu głównej i bocznej ulicy zauważam knajpkę pełną miejscowych. „O tu musimy zajrzeć” myślę sobie. Sebastian w tym czasie szuka noclegu. Spotykamy się na ulicy…”Znalazłem super nocleg a potem miejscowi zaciągnęli mnie na śniadanie”. „O gdzie?” „Do tej knajpki na rogu!” Pokazuje na chwilę wcześniej zauważoną przeze mnie budkę. Uśmiecham się i już wiem gdzie będziemy chodzić na kawkę i śniadanie.
 
 
Skuter i zwiedzanie okolicy
Bez skutera ani rusz. W Tuk Tuk nie ma co za bardzo robić. Nic się nie da też ukryć. Wszyscy wszytko wiedzą 😉 To, że biegaliśmy rano i że wypożyczyliśmy skuter i że wybieramy się na wycieczkę. Taka to mała mieścina. Z ciekawszych miejsc gdzie można podjechać to Ambarita z jednej strony i Tomok z drugiej strony. W obu tych miejscach można udać się do muzeum Bataków, po drodze zobaczyć ich tradycyjne domy odrestaurowane i przygotowane na pokaz dla turystów. W Tomok zajrzeć na targowisko gdzie na pewno nie zaznamy czegoś takiego jak tłum a sprzedawcy z nudów … cóż mogą robić? Spać lub leżeć na bazarowej podłodze. Za to w czwartki warto wybrać się na lokalny market w Ambarita gdzie można kupić owoce, zjeść mie goreng na lunch i martabak na deser. Dla chętnych są też szlaki trekkingowe. Wypróbowaliśmy jeden i chyba nie mieliśmy szczęścia bo nigdzie nas nie doprowadził. Też za bardzo się nie wysilaliśmy, żeby gdzieś dotrzeć więc byliśmy zmuszeni zawrócić i to by było na tyle jeśli chodzi o Tuk Tuk.
 
 
Lokalny przewodnik
Po przejażdżce na skuterze zatrzymujemy się na kawkę i ciastko w knajpce na rogu. Siedzimy, obserwujemy codzienne życie mieszkańców i nagle zagaduje nas mężczyzna. Zaczyna opowiadać o rdzennej ludności wyspy, o tym jak żyli bez pieniędzy, o tradycjach, o pięknie przyrody i w końcu miejscach na wyspie, które do tej pory się nie zmieniły. Ten mężczyzna, chodzący bez butów aby czerpać energię prosto z ziemi, tak nas zaintrygował swoimi opowieściami, że zdecydowaliśmy się udać z nim na dwudniowy trekking po nieskażonych turystyką miejscach na wyspie i doświadczyć prawdziwej Sumatry.
 
 
Spotkanie z Batakami
Ruszamy na spotkanie Bataków! Wyjeżdżamy po 8:00 na dwóch skuterach. Ja jadę z naszym przewodnikiem, Sebastian za nami. Po drodze zatrzymujemy się w symbolicznych miejscach i przy kapliczkach upamiętniających zmarłych. Słuchamy opowieści o ich znaczeniu. Po godzinie, może półtorej zostawiamy skutery gdzieś w polu i idziemy przed siebie. Spotykamy pojedyncze osoby z którymi rozmawiamy za pośrednictwem Jerrego, pełniącego również funkcję naszego tłumacza. Wstępujemy do małych wiosek w których żyją trzy, cztery rodziny. Ludzie mieszkają w tradycyjnych chatach pod jednym dachem ze swoimi zwierzętami, najczęściej bawołami. Uprawiają poletka a warzywa, które na nich rosną są głównym pożywieniem dla całej rodziny. Panuje tu głęboka harmonia pomiędzy człowiekiem a przepiękną przyrodą… wśród której plemiona Bataków żyją kultywując swoją tradycję, wierzenia, język. Czego chcieć więcej? No właśnie, czego? Rozwoju, technologii, pieniędzy… to właśnie wydaje się Batakom potrzebne do szczęścia ale czy na pewno będzie się im żyło łatwiej…?
 
 
Krąg
Zostajemy zaproszeni na obiad do domu rodziny mieszkającej w małej wiosce. Siadamy w jednym kręgu z gospodarzem, po chwili dosiada się dwóch mężczyzn, potem kolejni i tak coraz więcej osób znajduje się w jednym domu. Skąd Ci miejscowi się biorą? Przecież w okolicy nie ma więcej domów. Pojawia się wino palmowe. Ja obserwuję co gospodyni robi w części kuchennej pomieszczenia a Sebastian rozmawia z gospodarzem o życiu w mieście, o rozwoju, technologii, turystyce. Gospodarz kiwa głową i jakby dopiero wtedy zaczyna rozumieć co oznacza rozwój turystyki, jak może się zmienić ich życie… niekoniecznie na lepsze. Pojawia się zrozumienie i wdzięczność za możliwość życia w harmonii z przyrodą z dala od wiecznej pogoni „za czymś”. To jedna z ciekawszych rozmów, którą przeprowadziliśmy, bardzo poruszająca, inspirująca, uświadamiająca nam poglądy i potrzeby plemion, które nadal żyją tak jak żyli ich rodzice i rodzice rodziców.
 
 
Najbardziej nieprzewidywalne dwa dni w naszym życiu
Jedno jest pewno. Ta wycieczka niby zaplanowana a jednak przebiega tak spontanicznie, że nawet nasz przewodnik nie wie co będzie za 5 minut. Całkowita improwizacja i trzeba przyznać, że Jerry jest w tym mistrzem. Miał być trekking przez pola ryżowe ale jest pora sucha i ryż już zebrany więc tylko spoglądamy na tarasy z pobliskiego wzgórza i wskakujemy do ciężarówki, która przywiozła w te okolice materiał do budowy drogi w co zaangażowani są wszyscy mieszkańcy wioski. Dostajemy się w ten niespodziewany sposób do miejsca gdzie zostawiliśmy skutery. Miał być trekking przez dżunglę ale mamy za mało czasu bo obiad u Bataków czeka, miał być nocleg u przypadkowo wybranej rodziny a lądujemy w opuszczonym domu nad wodą, mamy jechać na plażę ale po drodze sołtys woła na wino palmowe, miała być kolacja w chacie znajomej a jest gado gado w przydrożnej knajpie. Tylu wrażeń co Jerry nie zapewnił nam jeszcze żaden przewodnik.
 
 
Co więc nas jeszcze spotkało podczas tych dwóch dni?
Zbliża się pora lunchu. Wchodzimy do jednej z wiosek. Jerry rozmawia z matką czwórki dzieci, której mąż wraz z bawołami wyszedł do pracy na polu. Kobieta zgadza się przygotować dla nas posiłek. Ale najpierw trzeba zebrać warzywa. Udajemy się wiec z gospodynią do ogrodu po roślinki na obiad. A w ogrodzie niby dziko a jednak wszystko ma swoje miejsce a gospodyni wie, które listki i które warzywa są dojrzałe i odpowiednie do przygotowania prostego dania z ryżem.
 
 
Kawa? Jak wygląda manualna obróbka ziaren? Tak to zdecydowanie obowiązkowy punkt programu…przechodzimy przez plantację kawy potem oglądamy jak oddzielane jest ziarno od łuski i w końcu pijemy kawę parzoną z ziaren, które wyrosły na pobliskim wzgórzu.
 
 
A może coś przekąsimy po drodze? Przewodnik wskazuje na dziko rosnące drzewa owocowe, zrywa, pokazuje jak jeść…kosztujemy. Nie spodziewaliśmy się takiej różnorodności i ilości dziko rosnących owoców.
Potrzebujemy wiórki kokosowe do curry… nic prostszego 😉U Bataków nadal stosuje się manualne przyrządy do pozyskiwania wiórek z kokosa dlatego też jak tylko pojawia się okazja to z niej korzystam i wyskrobuję te wiórki manualnie aż ręka mnie już boli a tu końca nie widać i nie widać. W końcu oddaję przyrząd i kokosa gospodyni, która zręcznymi rękoma w mgnieniu oka wyskrobuje wiórki i wrzuca je do garnka.
 
 
No to może byśmy się czegoś napili? Jedziemy na plażę ale przy drodze stoi knajpka a w niej tłum miejscowych. Sołtys woła. Przewodnik hamuje, zawraca i oznajmia że skosztujemy jungle wine. Siadamy przy stoliku i od razu nalano nam po szklaneczce tajemniczego trunku a po chwili wszyscy miejscowi robili sobie z nami zdjęcie. Jak się później okazało wino to jest spożywane codziennie głównie wieczorami przez miejscowych, którzy przyjeżdżają na swoich skuterach do lokalnej knajpki na szklaneczkę albo i dwie takiego wina. Więc jeśli przed lokalną knajpką jest mnóstwo skuterów oznacza to, że w knajpce polewają biały napój palmowy, który mimo, iż wygląda jak mleko, mlekiem nie jest. Jak się ma ze sobą butelkę to takie wino można nabyć nawet na ścieżce gdzieś pomiędzy polami ryżowymi a wioskami bezpośrednio od producenta 😉
 
 
Wieczór nadchodzi więc trzeba gdzieś spać… Jedziemy do znajomej naszego przewodnika. Rozkładamy się we wspólnej izbie. Gospodyni mówi, że ona śpi przy zapalonym świetle. Przewodnik proponuje jego dom. Czujemy, że powinniśmy opuścić to miejsce. Jedziemy więc to opuszczonego i pustego domu. Dostajemy karimatkę i koc i rozkładamy się na podłodze, kręcę się, próbuję zasnąć. Sen jednak nie nadchodzi. Zaczyna wiać. Gałęzie drzew uderzają w dach oraz podest wydając takie dźwięki jakby ktoś się poruszał po podeście i za chwilę miał otworzyć drzwi pomieszczenia w którym próbuję zmrużyć oko, chociaż na chwilę, kręcąc się z jednego boku na drugi na najbardziej twardych deskach na których kiedykolwiek leżałam, trzęsąc się jednocześnie z zimna. To była straszna noc, noc jak z horroru o której ból pleców przypominał mi jeszcze przez kilka kolejnych dni.
 
 
Opuszczone wioski
To kolejny punkt naszej wycieczki. I o dziwo znajdujemy opuszczoną wioskę. To miejsca gdzie nie został jeszcze podłączony prąd skąd ludność zdecydowała się na wyjazd do miasta. Opuszczone domy otoczone dziką roślinnością czekają aż ktoś zechce w nich zamieszkać…co jest możliwe. O ile w okolicy pojawi się elektryczność.
 
 
Dwa dni pełne przygód, inspirujących spotkań, nieoczekiwanych zwrotów akcji kończymy powrotną jazdą na skuterze w strugach deszczu. Do tego zimny wiatr wieje nam w oczy. Liczę minuty i z wytęsknieniem wyglądam za znajomą kapliczką bo od tego miejsca jest już blisko…blisko do łóżka w którym jest materac i w którym będę mogła zasnąć i odpocząć. Moje plecy jednak już dają znać, że ostatnia noc dała im porządnie w kość…
Sumatra pokazała nam swoją dzikość i bezwzględność. Sumatra to wyzwanie i doświadczenie miejsc nieskażonych turystyką. To możliwość spotkania plemion, które nadal żyją tak jak kiedyś i mimo, iż technologia stopniowo dociera już tu, to ich życie wciąż wygląda zupełnie inaczej niż życie w oddalonych o kilkanaście kilometrów przybrzeżnych wioskach.
 
 
Bogaci w niezwykłe i wyjątkowe doświadczenie ruszamy na północ Sumatry do prowincji Aceh… najwyższy czas na relaks! Pulau Weh, snorkeling i krystalicznie czysta woda to zdecydowanie to czego teraz potrzebujemy… ale zanim zaczniemy rozkoszować się atrybutami tej małej wyspy czeka nas doba w podróży więc czas ruszać w drogę 😊
 
 

Posprzątaj swój "ogródek"

To nasze 5 minut, nasz mały sukces. Jerry zaprowadził nas do szkoły w której przebywała młodzież z Medanu. Cel: uświadomić młodym ludziom potrzebę zachowania porządku na ziemi. Zaprowadził nas i ... zostawił. Cóż, było trzeba przystąpić do działania. Wstępnie przygotowani do tematu pokazaliśmy młodym ludziom nasz baner a następnie Sebastian zaczął przemowę. Tak zmotywował zaciekawioną młodzież do działania, że wszyscy zaangażowali się w zbieranie śmieci porozrzucanych wokół szkoły a następnie poprosili o wspólne zdjęcie.
 
 

Informacje praktyczne

Jak dostać się na wyspę?
• Z Bukit Lawang do Parapat- transportem zorganizowanym (my jechaliśmy jeepem), czas dojazdu: oficjalnie 5 godzin, realnie 8 godzin (przez Berestagi) koszt 230 000 rupii / os. Opcja transportu lokalnymi środkami wiąże się z kilkoma przesiadkami i trzeba przeznaczyć na to nawet 2 dni.
• Z Parapat do Tuk Tuk - promem, czas przeprawy 30 minut do wybranego portu, koszt 15 000 rupii / os.
Jak poruszać się po wyspie?
• Na skuterze - nie ma problemu z wypożyczeniem skutera. W Tuk Tuk jest kilka agencji turystycznych więc na pewno ktoś się znajdzie kto chętnie Wam wypożyczy skuter (nawet swój), koszt 300 000 / 5 dni, 80 000 - 100 000 rupii / doba,
• Na rowerze - istnieje również opcja wypożyczenia roweru, nie sprawdzaliśmy jej jednak,
• Pieszo - miejscowość Tuk Tuk można obejść również pieszo, wieczorem może się jednak przydać czołówka.
Lokalny targ
• W każdy czwartek odbywa się lokalny targ w Ambarita,
• Stragany z jedzeniem, pamiątkami oraz targ rozmaitości otwarte są codziennie w Tomok.
Lokalny przewodnik
• Wycieczkę do wiosek Bataków można wykupić w pensjonacie lub zapytać w agencjach turystycznych. Jest to jednak wycieczka jednodniowa. Naszego przewodnika spotkaliśmy w lokalnej knajpce i bezpośrednio z nim uzgodniliśmy warunki i termin naszej dwudniowej wycieczki.
Co dalej? Jak wydostać się z wyspy i gdzie jechać?
• Promem do Parapat skąd można się udać do: Bukit Tinggi (od 260 000 rupii), Padang (290 000 rupii), na lotnisko (100 000 rupii), do Medanu (100 000 rupii), Berestagi (150 000 rupii), Bukit Lawang (200 000 rupii), Sibolga (170 000 rupii),
• Bezpośrednio z Tuk Tuk do Singkil (230 000 rupii).
Środek na komary
• Bezwzględnie przyda się w każdym miejscu na Sumatrze. Środki bez deet sprawdzają się bardzo dobrze i można je nabyć w lokalnych sklepach.

Podane kwoty potraktujcie jako orientacyjne i nie zapomnijcie o targowaniu się.