„A może byśmy polecieli na Sumatrę?” proponuję podczas jednego ze spacerów po ulicach Melaki. Nie mamy za bardzo pomysłu na Malezję a za kilka dni jedziemy do Kuala Lumpur więc można by było po drodze zahaczyć o jedną z największych wysp Indonezji. Nie zastanawiając się długo kupujemy bilety lotnicze do Medanu i już po kilka dniach podekscytowani wysiadamy na lotnisku w stolicy Sumatry Północnej. Od razu rzucamy się na głęboką wodę rezygnując z transportu zorganizowanego i wybieramy lokalne środki transportu. Gdzie jedziemy? Do dżungli!
Bukit Lawang na skraju Parku Narodowego Gunung Leuser
Wioska Bukit Lawang położona jest na skraju Gunung Leuser National Park – parku gdzie orangutany huśtają się na drzewach, żyjąc w ich naturalnym środowisku, gdzie gibony śpiewają swoje piosenki, gdzie stada małp przemieszczają się z jednego drzewa na kolejne, waran spokojnym krokiem wychodzi z rzeki, paw wędruje między drzewami a w nocy słychać dźwięki cykad i jeszcze do tego robaczki świętojańskie migoczą swoimi światełkami pomiędzy drzewami. Zatapiając się w melodyjne a zarazem tajemnicze odgłosy dżungli czujemy otaczającą nas przyrodę i harmonię. Jesteśmy tu i teraz posilając się otaczającą nas energią płynącą prosto z natury.

Orangutan i waran przechodzą o poranku przez rzekę a na drzewach siedzą stada małp
No to jedziemy… czyli jak dotrzeć z lotniska do wioski lokalnymi środkami transportu
Pierwsze zadanie po wyjściu z lotniska to znaleźć lokalny bus ALS, co okazało się banalne. Wystarczy wyjść z lotniska a kierowca lub jego asystent sam Cię znajdzie 😉 Trzeba jedynie powiedzieć czego się szuka. Po kilku minutach siedzimy w busie i czekamy na … no właśnie nie wiemy czy na godzinę o której bus ma odjechać czy aż się zapełni większą ilością osób. Nie trwa to jednak zbyt długo i w końcu ruszamy do Binjai gdzie czeka nas kolejne zadanie a mianowicie znaleźć mini bus, który zawiezie nas do wioski. I tym razem kierowca znalazł nas zanim zdążyliśmy wyjść z dużego busa. W związku z tym, że jechało jeszcze z nami 4 turystów szybko zgadaliśmy się i wynegocjowaliśmy niższą cenę za transport. Cena i tak zawyżona ale niższa niż proponował kierowca. Po chwili czekania, nasze bagaże lądują na dachu a my w mini vanie wraz z turystami i lokalsami. Otwarte okno zapewnia nam podmuchy wiatru przez ponad dwie godziny jazdy. Jazdy zdecydowanie innej niż po malezyjskich drogach. Czuję, że nasza przygoda się właśnie zaczyna. Tuk tuki, skutery, samochody, klaksony, przydrożne knajpy, dziurawe drogi… jest inaczej, zdecydowanie inaczej.
W końcu wytrzęsieni i przewiani docieramy do Bukit Lawang a tam kolejna niespodzianka. Czeka na nas dwóch mężczyzn na skuterach aby nas zabrać do pensjonatu. Zerkam na nasze plecaki, potem na skuter i jeszcze raz na plecaki… ”Wskakuj” słyszę od chłopaka. „Ale jak? Z plecakiem?” Nawet nie wiedząc kiedy siedzę z plecakiem na skuterze, drugi plecak zabiera kierowca i jedziemy. Sebastian ląduje na drugim skuterze. Pojawia się strach w oczach, podnosi się poziom adrenaliny a my mkniemy po dziurach, pod górkę i z górki, przejeżdżamy wąskimi uliczkami wioski aby w końcu wysiąść przed domkami położonymi nad rzeką. Uff jesteśmy. Dla miejscowych taka jazda na skuterze to pestka… często bowiem na jednym skuterze mieszczą się całe rodziny 😉

Dworzec autobusowy w Bukit Lawang oraz sąsiadujące z nim targowisko

Gdzieś pomiędzy Binjai a Bukit Lawang - witryny z jedzeniem często spotykamy podróżując po wyspie
Życie w wiosce
Wioska Bukit Lawang jest zdecydowanie większa niż nam się na początku wydawało. Główna jej część, położona nad rzeką, to miejsce turystyczne gdzie znajdziemy różne pensjonaty. My spaliśmy w trzech miejscach. W każdym z nich warunki były proste ale wystarczające. Łóżko, moskitiera, wentylator i półeczka to podstawowe wyposażenie pokoju… ale czego chcieć więcej? Łazienka z zimną wodą też jest i to nam w zupełności wystarczy aby cieszyć się otaczająca nas naturą. Pierwsze dwa dni przeznaczamy na poznanie okolicy. Spacerując po wiosce spotykamy pana, który ręcznie struga orangutany z drzewa znalezionego w rzece, artystę który piękno dżungli przenosi na płótno, kilka osób robiących ręcznie wisiorki z kokosa oraz panie, które sprzedają owoce i warzywa smażone w cieście na oleju – to słodkie przekąski popularne w Azji. W tej części wioski miejscowi przemieszczają się na skuterze lub dojeżdżają na lokalny targ bardzo popularnym tutaj, tuk tukiem. Ruch samochodów jest tu bowiem zakazany. Większość turystów wpada do Bukit Lawang na jeden dzień aby skorzystać z jedno lub kilkudniowego trekkingu w dżungli. Warto jednak zostać w wiosce dłużej aby lepiej poznać życie mieszkańców, przespacerować się na pobliskie wzgórze gdzie po ostatniej powodzi została przeniesiona mieszkalna część wioski albo iść wzdłuż kanału gdzie również lokalna ludność ma swoje cztery kąty, poobserwować jak wykonują swoje codzienne obowiązki, porozmawiać chwilę z dziećmi, które chętnie zagadują szlifując w ten sposób swój angielski. Nasz pobyt w wiosce niespodziewanie się wydłużył…dlaczego? To się okaże po trekkingu…

Precyzyjnie wystrugane, z drewna wyłowionego z rzeki, orangutany można znaleźć u tego pana

Las deszczowy i orangutan to częsty motyw pojawiający się na obrazach artysty z wioski
Trekking w dżungli
Każdy kto przyjeżdża do Bukit Lawang chce zobaczyć orangutany. Aby jednak zobaczyć orangutany trzeba wykupić wycieczkę zorganizowaną i udać się na eksplorację dżungli z przewodnikiem. Może to być jedno, dwu, trzy-dniowy trekking albo dłuższy. Dłuższe pobyty w dżungli oznaczają nie tylko konieczność rozkładania namiotu i zdobywanie jedzenia w dżungli ale również możliwość zobaczenia tygrysa. Brzmi interesująco… my jednak decydujemy się na trzydniowy trekking podczas, którego śpimy w namiotach. Ale nie takich tradycyjnych… powiedzmy, że z czterech stron mamy ściany i dach nad głową. Pomiędzy dachem a ścianami jest jednak otwarta przestrzeń… każdy może zajrzeć. Mamy też materac i śpiwór i opiekę przewodnika, który co jakiś czas zagląda nam do namiotu i coś sprawdza, świeci latarką i szuka… nie wiemy czego i chyba nie chcemy wiedzieć.
Nasz przewodnik Eddy od 29 lat zajmuje się prowadzeniem wycieczek przez dżunglę. Zna każdą ścieżkę a dżungla to jego życie. I mimo, iż oprócz bycia przewodnikiem ma wiele innych obowiązków to mówi, że najbardziej lubi spędzać czas w lesie deszczowym. Opowiada nam o orangutanach i roślinach, które leczą i które lokalna ludność stosuje w czasie choroby, pokazuje różne ciekawostki. Wieczory spędzamy w obozach położonych nad rzeką. W pierwszym obozie poznajemy kucharza Ameta, który uwielbia gotować. Kolacja podana o 19:00 jest niczym innym jak romantyczną kolacją przy świecach. Słońce już zaszło, nastała ciemność i jedynie blask świec oświetla obóz. Wokół panuje cisza i tylko las wydaje coraz więcej interesujących dźwięków.

Obóz w dżungli. W takich namiotach śpimy dwie noce

Przewodnik Edi doskonale zna naturalne sposoby leczenia chorób. W dżungli znajduje lek na malarię
W czasie naszej wędrówki po lesie deszczowym spotykamy kilka samic orangutanek ze swoimi dziećmi, kilka nastolatek oraz Minę, która utraciła swoje dzieci i czasem ugryzie przewodnika oraz bardzo przyjacielsko nastawioną Jackie, która zanim urodziła swoje dzieci potrafiła przytulić się do turystki i trzymać w objęciach nawet pół godziny. Wędrówkę umilają nam gibony śpiewające w oddali oraz paw, który niespodziewanie podchodzi do nas podczas lunchu. Posiłek spożywamy w wyznaczonym miejscu postojowym pomiędzy drzewami, gdzie obserwujemy olbrzymie mrówki. Och i gdyby tylko nie turyści, którzy mają potrzebę przeprowadzania ciągłych rozmów i opowiadania każdemu od początku swojej historii podróży… dlaczego ludzie nie mogą pobyć w ciszy? To jest minus eksplorowania dżungli w grupie… rozkoszujmy się dźwiękami dżungli zamiast ciągle trajkotać…

Kucharz Amet umilał nam czas opowieściami o życiu w wiosce, swoich losach i zamiłowaniu do gotowania

Ten paw dołączył do nas na lunch
Na szczęście w drugim dniu rozdzielamy się i my wraz z przewodnikiem i jeszcze jednym chłopakiem idziemy do obozu drugiego. Poranek drugi to przepiękny spektakl w wykonaniu zwierząt. Od rana całe stada małp skaczą po drzewach. Jedna niespodziewanie kradnie ostatnie ciastko z naszego „stołu” a potem siedząc na kamieniu i patrząc na mnie zjada to ciastko… małpy są szybkie i wystarczy chwila nieuwagi aby coś podkradły (najczęściej owoce). Niespodziewanie zza drzew wyłaniają się orangutany a po chwili waran wolno wychodzi z rzeki i w ten sposób na jednym obrazku mamy małpy, orangutany i warana. Przepiękny to jest poranek a magię chwili podkręca szum niewielkiego wodospadu. I przewodnik poczuł się chyba swobodniej bo zaczął nas prowadzić mniej uczęszczanymi ścieżkami… tak się rozkręcił w ostatnim dniu, że zszedł ze ścieżki i pomiędzy gęstą roślinnością prowadził nas raz w górę raz w dół… po śliskim terenie. Gdyby nie drzewa i liany to zjechałabym na tyłku w każdej chwili. Liany i konary drzew ratowały nas więc przed upadkiem. Ten „spacer” przez gęstą dżunglę dał nam nieźle w kość. Byłam bardziej wykończona niż po trudnym trekkingu w górach. Wędrówkę przez las deszczowy zakończyliśmy lunchem nad rzeką… tylko coś chyba z tym posiłkiem było nie tak bo…

Jackie podczas zabiegów higienicznych

Niezliczona ilość małp towarzyszy nam podczas trekkingu
Uziemienie i zatrucie
W tym samym dniu zaczynam czuć się źle. Brzuch coraz bardziej boli a my zostaliśmy zaproszeni przez Eddiego na kolację do jego domu. Korzystamy chętnie z zaproszenia bo dzięki temu poznajemy jak żyją ludzie w wiosce. Jednak tym razem marzę już tylko o łóżku. Cały kolejny dzień choruję i kiedy ja zaczynam czuć się lepiej to chorować zaczyna Sebastian… i to nas zmusza do zatrzymania się w wiosce przez kolejny tydzień. Dlaczego tak długo? Napiszę tylko, że nie polecam robić żadnych diet oczyszczających przed urlopem na Sumatrze. Nie ma jednak tego złego…

Oranutany - przepiękne i inteligentne robią niesamowicie wrażenie
Poznajemy Sumatrę od kuchni
Siła wyższa zatrzymała nas w tej położonej na skraju dżungli wiosce na dłużej. Z każdym dniem odkrywamy coś nowego a ze zwykłego wypadu na śniadanie do lokalnej knajpki rodzi się jedna z możliwości spędzania wolnego czasu w podróży. Sebastian uziemiony w pokoju na wygnaniu (tak określiłam nasz pokój do którego musieliśmy się przenieść z powodu braku miejsc w pensjonacie w którym byliśmy, a że akurat wtedy byliśmy chorzy to nie mieliśmy siły nic szukać więc wzięliśmy to co nam właściciel zaproponował – pokój w centrum wioski przy najbardziej ruchliwym odcinku chodnika po którym przejeżdżało mnóstwo skuterów, z meczetu dobiegały modlitwy od piątej rano a następnie kogut oznajmiał wschód słońca) a ja idę po śniadanie na wynos do lokalnej knajpki. Od razu zaciekawiło mnie co właścicielka gotuje. Okazało się, że to rośliny z dżungli z chilli (wszystko co nie ma angielskiej nazwy jest rośliną z dżungli). Ostrość potrawy była wyczuwalna w powietrzu. Na drugiej patelni były bakłażany też z roślinami z dżungli. Wszystko wyglądało niesamowicie. Kupiłam naleśnika i porcję ryżu dla Sebastiana. Chwilę później biegłam po czarną herbatkę. Kobieta zorientowała się, że ktoś jest chory. Herbatkę dostałam za darmo a od kolejnego dnia Rita przygotowywała ziołowe mikstury z kurkumą dla Sebastiana i kawę dla mnie. Delektując się czarną kawą odkryłam, że zwykła parzona kawa smakuje tu wyśmienicie…hmm dlaczego? Po chwili już znałam odpowiedź... bo jest gotowana wraz z wodą i przelewana przez sitko.

Wioska położona jest nad rzeką w której można się wykąpać lub siedząc na kamyku moczyć stópki

Domy mieszkańców wioski położone nad kanałem
Nawiązujemy rozmowę z Ritą i jej mężem. Okazuje się, że oboje aktywnie są zaangażowani w pracę fundacji, która działa na rzecz pomocy dzieciom z wioski aby mogły chodzić do szkoły i aktywnie spędzać czas popołudniami. Niesamowite jest to, że fundacja ma taka samą nazwę jak firma Sebastiana… Colibri. Przypadek? Nie! To dlatego mieliśmy zostać w wiosce dłużej aby poznać Ritę i dzieciaki. Wkręcam się w krojenie warzyw z dziewczynkami, czyszczenie capoki i w końcu ubijanie zielonych liści na curry gotowanych w sosie z tapioki. Wieczorem idziemy na imprezę, której celem jest zbiórka pieniędzy na działalność fundacji i wraz z dziećmi tańczymy do lokalnej muzyki. W kolejny dzień czekając na śniadanie wraz z kilkoma kobietami składam pudełka i wkładam do nich banany i sos przygotowując posiłki zamówione na wynos. Takie drobne czynności a sprawiają tyle radości.

Z dziewczynkami z Kolibri kroimy warzywa na imprezę

Po południu odpoczywamy nad rzeką
W Yusri Cafe spotykamy niesamowitą Francise – 90-letnią kobietę tryskającą energią i optymizmem, założycielkę fundacji działającej na rzecz orangutanów. Mimo, iż porusza się przy pomocy balkonika to nadal podróżuje samotnie i właśnie wybiera się do …Indii. Spotykamy też żywiołową joginkę, która dużo mówi, również o Indiach i chłopaka, który „pracując” jako klaun zarabia i jeździ po świecie. Wyjeżdża z BL w niedzielę nie wiedząc dokąd ma jechać… spotykamy go w środę w Tuk Tuk na Pulau Samosir – świat jest mały 😉
W ostatni dzień naszego pobytu mąż Rity pokazuje nam dom Kolibri przeznaczony dla wolontariuszy, którzy chcą zajmować się dziećmi. Dom został wybudowany na wzgórzu skąd rozpościera się piękny widok na wioskę i dżunglę. Warto wybrać się na spacer w te okolice aby zobaczyć jak toczy się życie w nie turystycznej części wioski.
Na pożegnanie Sebastian ma okazję wystrugać sobie wiórki kokosowe z kokosa przy użyciu maszyny, którą w Malezji można oglądać w skansenie a ja na śniadanie robię ciasteczka kokosowo-ananasowe smażone na oleju. I tak miłym akcentem i wspólnym śniadaniem kończymy nasz zaskakująco długi pobyt w Bukit Lawang – wiosce na skraju dżungli.
Co dalej? Jedziemy na spotkanie Bataków – rdzennych mieszkańców wyspy Samosir położonej na jeziorze Toba.

Struganie wiórków kokosowych to nowe doświadczenie i nasze odkrycie

Smażymy ciasteczka kokosowo - ananasowe na głębokim oleju ... najczęściej spotykany sposób przyrządzania posiłków na Sumatrze
Informacje praktyczne
Jak dojechać do Bukit Lawang z lotniska w Medanie?
Lokalnym transportem - bus ALS z lotniska do Binjai, koszt 50 000 rupii / os, następnie należy się przesiąść do mini busa, który jedzie bezpośrednio do Bukit Lawang, koszt max 50 000 rupii (trzeba się targować),
Transportem zorganizowanym - najlepiej i najłatwiej jest skontaktować się z właścicielem pensjonatu w którym planujecie zostać na noc i poprosić o transport, koszt 190 000 rupii.
Jak poruszać się w wiosce?
Pieszo - wioska jest mała, na pobliskie wzgórze czy targowisko można dojść pieszo,
Tuk tukiem - z tego popularnego środka transportu korzystają często mieszkańcy wioski, dojazd na targowisko kosztuje 10 000 rupii.
Jak zorganizować trekking w dżungli?
Poprosić o ofertę właściciela pensjonatu lub zapytać w lokalnych agencjach turystycznych.
Ceny są ustalone z góry przez zarząd parku ale można się potargować. Cena 3-dniowego trekkingu kształtuje się na poziomie 110 EUR/os bez spływu kajakiem za który trzeba zapłacić dodatkowo.
Noclegi
Proste z podstawowym wyposażeniem pokoje lub domki. Można zarezerwować wcześniej przez Booking lub Agodę. Koszt od 50 000 rupii / pokój / noc.
Lokalny targ
Codziennie rano przy dworcu autobusowym jest mały lokalny targ na którym można kupić owoce.
W każdy piątek odbywa się duże targowisko, bardzo popularne wśród mieszkańców. W tym dniu można skosztować lokalne smakołyki.
Środek na komary
Bezwzględnie przyda się w każdym miejscu na Sumatrze. Środki bez deet sprawdzają się bardzo dobrze i można je nabyć w lokalnych sklepach.
Podane kwoty potraktujcie jako orientacyjne i nie zapomnijcie o targowaniu się.

Bukit Lawang - widok ze wzgórza





