Zaledwie 100 km od Hanoi, rzut beretem, wyrastają z ziemi, pokryte gęsto lasem tropikalnym, krasowe szczyty. Nie za wysokie, nie za niskie, zielone wprawiają w zachwyt. Otoczone rozległymi polami ryżowymi, które w odpowiedniej porze roku przybierają słomkowożółty kolor. W skałach ukryte są liczne świątynie buddyjskie, do których można dotrzeć po wyżłobionych schodkach. Wokół wije się rzeka Day River (Sông Đáy), a jej dopływy tworzą baseny i jeziora ukryte pomiędzy górami. Spokojna woda odbija niczym lustro imponujące szczyty i białe chmurki sunące po błękitnym niebie. Pod górami kryją się jaskinie powoli żłobione przez otaczające ją wody. Te jaskinie nie są tak olbrzymie jak jaskinie Phong Nha ale wystarczająco duże aby przez nie przepłynąć, pochylając delikatnie głowę. Chwila nieuwagi i guz na czole gwarantowany. Do tej baśniowej krainy można wpłynąć łódką i rozkoszować się widokiem dzikiej natury komponującej muzykę na żywo. A kiedy ciemne chmury nadciągną nad okolicę, błyskawica przetnie niebo, rozlegnie się potężny grzmot, gęste krople deszczu spadną z nieba i wiatr dorzuci swoje trzy grosze, to doświadczenie nabierze głębszego znaczenia i na długo pozostanie w pamięci.

Wapienne krasy porośnięte gęsto lasem tropikalnym, zielone pola ryżowe, buddyjskie świątynie, rzeki, klify... wszystko w jednym miejscu... gdzie?
O jakim zakątku Wietnamu mowa? To bogaty i urzekający krajobraz Ninh Binh. Miejsce od dawna popularne wśród wietnamskich turystów. Rozległe widoki, magiczne jaskinie, klimatyczne świątynie, romantyczne rejsy w cichej i spokojnej okolicy, wprawiają w sielankowy nastrój. Spokój, cisza i harmonia w miejscu często określanym jako „mały Ha Long Bay".

Gdzie jestem? W malowniczym zakątku Wietnamu Ninh Binh
Hang Mua Central Homestay
Z kilku ciekawych opcji noclegowych wybieramy Hang Mua Central Homestay. Kluczymy wąskimi uliczkami wioski zanim trafiamy na miejsce. Intuicja po raz kolejny nas nie zawiodła. Wita nas wesoła rodzinka. Inicjatywę przejmuje dziewięcioletnia Zu, która od razu zaczyna z nami konwersację po angielsku. Częstuje nas herbatką z gór o gorzkawym smaku (wraz ze zmianą regionu zmieniają się też herbatki). Dołącza do niej młodsza siostra i starszy brat, który również aktywnie używa języka angielskiego. Po krótkiej rozmowie Zu proponuje nam wyjście na taras, które kończy się głośnym "Wow, ale widok!". Tak, widok niewątpliwie budzi zachwyt. Stoimy i wypatrujemy się w zielone skały na wprost nas. Na jednej z nich pną się schody. To główna atrakcja okolicy "Hang Mua". Przez pola przechodzi stado bawołów. Dostrzegamy wąską ścieżkę prowadzącą w kierunku skał. Dziewczynki ochoczo proponują, że pójdą z nami na spacer.

Zachwycający widok z tarasu Hang Mua Central Homestay
W lotosowym raju
Idziemy między polami, skałami i dochodzimy do bramy. „Chcecie wejść?” pyta Zu. Jasne, że chcemy. Okazuje się, że to teren prywatny. Nasze przewodniczki prowadzą nas do miejsca, które dopiero powstaje i które zostanie otwarte za około trzy tygodnie. Przed nami roztaczają się przepiękne kwiaty. Wchodzimy na bambusową kładkę spacerową umieszczoną na wodzie pomiędzy kwiatami lotosu. Z każdej strony otaczają nas kwiaty, liście i łodygi z ziarnami lotosu. Zu bardzo dobrze wczuwa się w rolę fotografa, a jej młodsza siostra w rolę modelki. Spacerujemy, poznajemy właścicieli, rozmawiamy. Wracamy przegryzając ziarna lotosu, wesoło i radośnie z kwiatem lotosu w ręce. Podoba nam się. Wieczorem rozsiadamy się na tarasie, na którym przy dźwiękach świerszczy relaksujemy się przez 7 kolejnych wieczorów obserwując jak księżyc rośnie osiągając swą pełnię w niedzielę 5 lipca, w pierwszą rocznicę naszej podróży 🙏

Otoczeni lotosami spacerujemy po bambusowej kładce
Tydzień w ajurwedyjskim rytmie dnia
Dlaczego ajurwedyjski? Bo udało nam się to co w czasie podróży wydawać by się mogło nierealne czyli wprowadzić rytm dobowy. Odkryłam jak optymalnie i efektywnie wykorzystałam czas spędzony w tym miejscu dbając o ciało, umysł i duszę. Poranne praktyki medytacji, sadhany i jogi - dla duszy, trochę pracy między 10:00 a 13:00 - dla umysłu oraz regularne posiłki, popołudniowy ruch w ramach zwiedzania i wieczorny relaks - dla ciała. Wszystkiego po trochu. Dzięki regularnym posiłkom o stałej porze przestałam tracić czas i energię na zastanawianie się kiedy i co zjeść i niepotrzebne dyskusje na ten temat z mężem. W końcu Sebastian odpuścił, dochodzimy do porozumienia i nagle udaje nam się jeść regularnie. 😊

Ile rybek udało się złowić? Aż 12! Wszystkie rybki wróciły do rzeki i płyną sobie dalej...





