Nasz dylemat, którą malajską wyspę położoną na wschodnim wybrzeżu wybrać, został rozwiązany już w czasie pobytu w Melace podczas rozmowy z mieszkańcem miasta. Otóż czytałam o wyspach Perhentian i wyspie Tioman ale o Kapas nie wiedziałam nic, nawet że istnieje. Mój rozmówca powiedział, że jest to niewielka wyspa dla bacpackerów, mniej popularna turystycznie niż dwie znane mi wyspy. Taka wiadomość była wystarczająca abym zaczęła szukać informacji na temat tego tajemniczego skrawka lądu a po dwóch miesiącach od spotkania wsiąść do motorowej łódki i popłynąć na rajską wyspę Kapas.


Pulau Kapas to idylliczna wyspa położona 15 km od stałego lądu stanu Terengganu i 15 minut od wioski rybackiej Marang do której kursują lokalne autobusy z głównego terminala w Kuala Terengganu. Na tę informację natknęliśmy się w hostelu bo na dworcu nigdzie ani słowa o połączeniu z Marangiem (nie mylić z miejscowością Merang). Być może dlatego, że to linia lokalna? Szczęśliwi, że nie będziemy musieli zamawiać taksówki albo graba udaliśmy się na autobus, który miał odjeżdżać o godzinie 11:00. Rozkład jazdy się jednak zmienił (a może tylko w tym dniu obowiązywał inny?) i ostatecznie pojechaliśmy o 12:00. Idealnie zdążyliśmy na prom odpływający o godzinie 13:00. Prom okazał się małą motorową łodzią do której wsiadamy z kilkoma innymi osobami. Wypływamy, nabieramy prędkość, wiatr w oczy zaczyna wiać, czuć podmuch powietrza, kropla wody spada na usta potwierdzając, że jest słona, kołyszemy się, podskakujemy na falach… w końcu trochę adrenaliny! Po ekscytującej przeprawie dopływamy do brzegu, drabinka już podstawiona, jeden krok, drugi krok sandały lądują w wodzie…prawdziwa wyspa bez asfaltu! Jest tylko piasek, plaża i dżungla. Jesteśmy w raju!

Czas na znalezienie noclegu. Na mapie widnieje 14 miejsc noclegowych. Eliminujemy resort na pobliskiej małej wysepce i wszystkie opcje, które mają w nazwie „resort” i zostają nam … pola namiotowe 😉 ok, nie jest tak źle. Chociaż poważnie bierzemy pod uwagę nocleg pod namiotem. Kierujemy się w lewo aby sprawdzić jedno z dwóch pól namiotowych zaznaczonych na mapce. Lewa strona „martwa”. Ani żywej duszy na polu ani w resorcie obok. Sprawdzamy prawą stronę wyspy: nie na nasz budżet, brak miejsc, pokój koedukacyjny, „mam pokój ale tylko na 3 noce” – słyszymy od właściciela domków. Lepsze to niż nic - 3 noce w domku, 2 pozostałe w namiocie - kalkulujemy i idziemy dalej… resort - „proszę oto cennik” - zerkamy i wychodzimy, opuszczony resort - lepiej zmykać i nie wschodzić bo nawet w dzień straszy, pole namiotowe – namiot na namiocie, kolejne pole namiotowe – jest lepiej ale 4 plecaki i my w jednym małym namiocie? Ktoś albo coś będzie spać obok. Wracamy do domków, bierzemy na 3 noce i liczymy na to, że ktoś odwoła rezerwację. Dzień później okazuje się, że jednak domek będzie wolny przez kolejne dwa dni. Mamy szczęście, że przyjechaliśmy w środku tygodnia. W weekend byłoby kiepsko i raczej na pewno wylądowalibyśmy w namiocie.

Wyspa ma 2 km długości i 1 km szerokości. „Co tu robić?” włącza się analityczna i praktyczna strona mojej osobowości. Plaża, plaża, woda, dżungla „Dobrze, że tylko 5 dni tu będziemy” – zaczynam trochę panikować. „A może by tak odpuścić i wczuć się w klimat nic nie robienia?” Spróbuję… Tak się wczułam, że w ciągu dwóch dni przeczytałam książkę i zaczęłam kolejną przemieszczając się jedynie pomiędzy knajpą a tarasem, wskakując od czasu do czasu do krystalicznie czystej wody.


Sebastian oprócz wyżej wspomnianych aktywności miał jeszcze jedną a mianowicie nocne polowanie na komary. Wybraliśmy się na wyspę lekko nie przygotowani bo zapomnieliśmy o kremie na te krwiopijcze paskudy. Oszczędnie dawkowaliśmy sobie to co nam jeszcze zostało z marnym skutkiem bo natarczywe moskity i tak atakowały bez skrupułów, głównie nogi Sebastiana. Co noc następowało starcie komary nazwane przez nasz pieszczotliwie ch…jki vs Sebastian. Wynik 5:0, spanie w długich spodniach w temperaturze lekko tropikalnej i kategoryczny zakaz włączania światła. Dobrze, że czołówki mamy 😉Pozostałe współlokatorki, w postaci żaby i jaszczurki, rezydujące w łazience nie sprawiały nam za to żadnych problemów.


Kiedy w końcu nasze pośladki miały dość przebywania w pozycji horyzontalnej a kość ogonowa przypomniała o swoim istnieniu zdecydowaliśmy się przejść do pozycji wertykalnej udając się na trekking w dżungli. Szerokość wyspy to aż 1 km więc trzeba się przygotować. Spakowani jak na prawdziwą wyprawę ruszamy w głąb lasu tropikalnego. Jakie było nasze zdziwienie kiedy okazało się, że ścieżka jest tak poprowadzona, że wiedzie w górę, w dół, w prawo, w górę, w dół w lewo i tak kilka razy, że zeszło z 2,5 godziny zanim stanęliśmy w punkcie widokowym od strony Captain Long House. Trasa przyjemna i łatwa. Brakowało nam tylko odgłosów dobiegających z lasu wydawanych przez różne ptaki, które słyszeliśmy podczas naszych poprzednich wypadów do dżungli.


Co poza tym robić na wyspie?
• Pływać – w przyjemnej, ciepłej i czystej wodzie czasami przepełnionej niezliczoną ilością parzydełek skutecznie zniechęcających do przebywania w morzu
• Spacerować – zwłaszcza o poranku kiedy wyspa tonie w przyjemnej klimatycznej mgle




